|
Dla tych, którzy postanowili pozostać w chłodnych, klimatyzowanych pomieszczeniach w ten upalny weekend, przedstawiamy nowe opowiadanie, zaliczające się do fan fiction Dragon Age. Autorka, waber, opisała barwną przygodę Morrigan, którą polecamy bardziej starszemu gronu graczy. Opowiadanie znajdziecie w rozwinięciu tej wiadomości oraz na liście Głosu Fereldenu - życzymy miłej lektury!
Opowiedz mi o lesie
Stała nieruchomo na szczycie wzniesienia, wśród prastarych, porośniętych mchem drzew. Właściwie tylko jej długie i lśniące, poruszane muśnięciami wiatru, czarne włosy zdradzały, że jest żywą istotą, a nie dostojnym posągiem. Jej szczupłe i zgrabne ciało wręcz emanowało wewnętrzną, nienaturalną energią, a alabastrowe, pełne i krągłe piersi, przysłonięte jedynie skrawkiem zwiewnej szaty w kolorze dojrzałych wrzosów, skrzyły się w popołudniowym słońcu, niczym niedostępne lodowe wzgórza. Prawa dłoń kobiety spoczywała na długim, dziwnie powykręcanym, sękatym kosturze, pokrytym tajemnymi inskrypcjami, których znaczenie potrafili odczytać tylko niezwykle potężni maleficarum. Jej postać wzbudzała jednocześnie fascynację i przerażenie – dzika i niebezpieczna, lecz pociągająca i piękna zarazem. Była niezależną i dumną czarownicą, świadomą swych umiejętności i talentów. Gdyby jednak w tej chwili ktoś zdołał spojrzeć z bliska w jej duże, kocie oczy, zanim wydałby ostatnie tchnienie ze zdziwieniem odkryłby przejrzystą kroplę, spływającą powoli po nieskazitelnym i delikatnym jak jedwab policzku kobiety. To była ostatnia łza, na którą Morrigan mogła sobie pozwolić. Żegnała świat, w którym się narodziła, który rozumiała i akceptowała, w którym czuła się bezpieczna, świat, w którym stała się kobietą i w którym nauczyła się poskramiać swoje pragnienia.
Głusza Korcari była jej domem.
Nie znała swojego ojca, a matka – potężna i siejąca powszechnie grozę Flemeth – nigdy o nim nie wspominała. Na pytania dotyczące mężczyzn, stara wiedźma zawsze odpowiadała, że są oni jedynie narzędziem w dłoniach mądrych kobiet, łatwo dostępnym środkiem do osiągania wyższych celów.
- Pamiętaj córko – mówiła - piękno i miłość są ulotne, a mężczyzna zawsze uwierzy kobiecie w dwie rzeczy: że jest bezbronna i że uważa go za atrakcyjnego. Uczucia przemijają, tylko prawdziwa moc jest w życiu ważna.
Pomimo tego, że matka wychowywała ją w duchu pogardy dla innych ludzi, Morrigan nie potrafiła wyzbyć się żywego zainteresowania mężczyznami, nauczyła się jednak ukrywać swoje prawdziwe emocje i dostosowywać do surowych zasad narzucanych przez Flemeth. Zresztą jedyni mężczyźni, jakich wówczas spotykała w Głuszy, byli zagubionymi wędrowcami lub dzikimi Chasyndami, których na życzenie matki wabiła do chaty, gdzie Flemeth odprawiała z ich udziałem tajemne rytuały. Nigdy później nie widziała już żadnego z nich, ale zdawała sobie sprawę, że jakiekolwiek pytania o ich losy mogłyby jedynie rozdrażnić matkę. Wciąż pamiętała słowa kołysanki, którą Flemeth śpiewała jej w nagrodę za dobrze wykonane zadanie:
„Drogie dzieci dobrze teraz uważajcie
Jestem głosem z poduszki
Przyniosłam wam coś, co ze swej piersi wyrwałam
To serce daje mi moc szantażowania powiek
Śpiewam dopóki nie zbudzi się dzień, jasny blask na nieboskłonie
Moje serce płonie
Przychodzą do was w nocy demony, duchy, czarne wróżki
Wypełzają z piwnicznych dziur i zaglądają pod waszą pościel
Przychodzą do was w nocy i kradną wasze drobne, gorące łzy
Czekają do wschodu księżyca i wciskają je w moje chłodne żyły
Moje serce płonie”
Ta wieczorna pieśń była jedynym przejawem uczuć ze strony matki, jakich Morrigan doświadczyła w dzieciństwie. Nie zaznała nigdy matczynego pocałunku czy ciepła troskliwej dłoni. Rozumiała jednak, że tak być powinno, że dzięki temu stanie się na tyle silna, by sprostać niezwykle ważnej i tajemniczej misji, do której nieustannie przygotowywała ją Flemeth. Wiedziała, że nie może zawieść oczekiwań starej wiedźmy, która przecież przekazywała jej swój największy skarb – wiedzę i umiejętności. To właśnie dzięki niej Morrigan już jako nastoletnia dziewczyna stała się zmiennokształtną i świetnie radziła sobie z zaklęciami z zakresu entropii, chłonąc każdą nową informację. Tak mijały długie lata, pełne wyrzeczeń i nauki pokory.
Teraz jednak, roniąc ostatnią w życiu łzę, nie myślała o matce. Zamglonym i nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w polanę leżącą u stóp wzgórza, na którym właśnie stała. Trawa była tam gęsta, soczyście zielona, usiana drobnymi, białymi kwiatami, wydzielającymi delikatny, słodkawy zapach – dokładnie tak samo jak w dniu, w którym po raz pierwszy go zobaczyła.
Był zupełnie sam, a jego lewe ramię krwawiło. Pomyślała wówczas, że ktoś, kto samotnie zapuszcza się w ostępy Głuszy Korcari musi być szaleńcem, totalnym głupcem lub zdesperowanym samobójcą. Zaciekawił ją jednak ten tajemniczy wędrowiec odziany w skóry dzikich zwierząt i niosący ze sobą niewielki tobołek, jednoręczny miecz pokryty runami, kołczan pełen strzał i długi, rzeźbiony łuk. Obcy był elfem, choć wzrostem zdecydowanie przewyższał wszystkich przedstawicieli swojej rasy, których Morrigan dotychczas widziała. Jego ciało było szczupłe, lecz dobrze umięśnione i zbudowane niezwykle harmonijnie. Pociągłą, lekko smagłą twarz, pokrytą mistycznymi tatuażami, opływały długie, ciemne włosy. Mężczyzna sprawnie zawiązał na krwawiącym ramieniu opatrunek z kawałka lnianej tkaniny, który wyciągnął z tobołka i zaczął przygotowywać chrust do rozpalenia ogniska. Następnie z zebranych gałęzi i liści postawił prowizoryczny, dość obszerny szałas, który miał ochronić go od ewentualnego deszczu i wiatru. Zbliżał się wieczór i widać było, że podróżny zamierza spędzić noc na obrzeżu polany, co wydało jej się rozsądną decyzją, w porównaniu do przemierzania nocą dzikich gąszczy. Pomimo zmęczenia, które dostrzegła w jego zielonych oczach, elf poruszał się zwinnie, z niezwykłą wręcz gracją, wyglądał nie tylko na wojownika, ale również wprawnego łowcę. Widok tego niezwykłego podróżnika zafascynował ją do tego stopnia, że nawet nie pomyślała o ukryciu się w postaci jakiegoś zwierzęcia w bezpiecznej odległości. Gdy ich oczy spotkały się, było już za późno na jakiekolwiek zmiany. Była zaskoczona reakcją obcego – zamiast uciekać, jak to robili ci, których widywała dotychczas, on stanął dumnie wyprostowany i wpatrywał się spokojnie w jej twarz. Patrzył bez cienia lęku, nawet nieco bezczelnie, z nieukrywaną ciekawością. Mogłaby przysiąc, że kąciki jego ust drgnęły przez moment w ledwie zauważalnym grymasie, przypominającym zadziorny uśmiech. Nie mogła ruszyć się z miejsca, ani wydobyć z siebie głosu, nawet, kiedy obcy powoli zaczął się do niej zbliżać. Nie potrafiła go zatrzymać, a może… nie chciała? Gdy stanął przed nią, dosłownie na wyciągnięcie ręki, cały czas wpatrując się w jej oczy, przeraziła ją reakcja własnego ciała. Niezwykle przyjemny, choć zupełnie niespodziewany dreszcz przeszył jej podbrzusze i niemal natychmiast przerodził się w ognistą falę, która wędrując w zawrotnym tempie przez poruszające się w przyspieszonym oddechu piersi, sięgnęła bladych policzków. Pierwszy raz w życiu poczuła, że traci nad sobą kontrolę. Bezskutecznie usiłowała przypomnieć sobie mentorskie słowa matki, ale nie miały one teraz żadnego znaczenia. Czas się zatrzymał. Stali w milczeniu chłonąc się wzajemnie wzrokiem, a wirujące wokół nich powietrze pachniało burzą. Nie zauważyli, kiedy zapadła ciemność, dopiero pierwsze krople deszczu spadające na ich rozgrzane ramiona sprawiły, że elf poruszył się, powoli ujmując dłoń czarownicy i poprowadzi ją w stronę swojego obozowiska. Szła jak zahipnotyzowana. Był tak piękny, dziki, pociągający, że wręcz nierealny. Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie wywarł na niej takiego wrażenia. Czyżby to była ta słabość, którą chciała wyplenić u niej matka, a której Morrigan pragnęła doświadczyć teraz bardziej niż czegokolwiek innego na świecie? Kompletnie przestała walczyć z uczuciem, które nią zawładnęło i poddała się dotykowi szczupłych palców elfa, który wprowadził ją do szałasu i delikatnie ułożył na miękkim, aksamitnym mchu. Z zewnątrz dobiegał cichy szmer kropli deszczu, muskających płatki kwiatów porastających polanę. W płomieniach dogasającego przed szałasem ogniska niecierpliwie obserwowała rozbierającego się mężczyznę. Kiedy pochylił się nad nią, czarownica położyła dłoń na jego nagim, rozpalonym torsie i powoli, zapamiętując każdy, najdrobniejszy szczegół jego ciała, przesunęła ją w stronę karku, wplatając palce w jego długie włosy i przyciągając jego twarz do swojej. Gdy ich spragnione pocałunku usta spotkały się wreszcie, a języki rozpoczęły dziki i namiętny taniec, nie było już odwrotu. Gwałtownym ruchem zdarł z niej ubranie. Ich ręce coraz zachłanniej wędrowały po wszystkich zakamarkach niespokojnych, naprężonych ciał. Czuła jego wirujący, wilgotny i szorstki język na swojej szyi i nabrzmiałych sutkach, drażniąc jej skórę na granicy bólu wędrował coraz niżej. Z jej ust wydobył się niekontrolowany jęk rozkoszy, drżącymi dłońmi chaotycznie mierzwiła długie włosy elfa, rozrzucone na jej rozkołysanych biodrach, pomiędzy szeroko rozłożonymi udami. Na zewnątrz burza przybrała na sile, gdy pod osłoną szałasu wirował cały świat, a dwoje kochanków wraz z nim. Bez sprzeciwu poddawała się kolejnym, coraz śmielszym pieszczotom, starając się odwzajemnić je równie namiętnie. Czuła się tak, jakby nagle ktoś we wnętrzu jej ciała wypuścił z klatki stado kolorowych, dzikich motyli, szaleńczo krążących we wszystkich kierunkach i usiłujących wydostać się na zewnątrz, trzepocząc szybko skrzydełkami. Ciała obojga całkowicie się zsynchronizowały, a mężczyzna wypełnił sobą jej wnętrze i zaczął poruszać się coraz szybciej i szybciej, zapadając się w nią coraz głębiej i mocniej. Poczuła nagle, że jej ciało rozpada się na tysiące maleńkich kawałków, które eksplodują w nocne niebo, na wzór potężnego fajerwerku. Polana jeszcze przez długą chwilę rozbrzmiewała echem ekstazy spełnionych kochanków, po czym leniwie, wraz z nimi, zapadła w odprężający sen.
Morrigan obudził cichy, męski głos dochodzący z zewnątrz, wibrujący w pięknej i zarazem smutnej pieśni, której nigdy wcześniej nie słyszała:
„Miłość jest dzikim zwierzęciem
Ona wdycha Twój zapach, poszukuje Cię
Zagnieżdża się w pękniętym sercu
Idzie na polowanie przy pocałunkach w blasku świec
Mocno wsysa się przez Twoje usta
Przedziera się przez żebra
Pozwala opaść, niczym miękki śnieg
Najpierw będzie gorąca, potem zimna
Aż wreszcie sprawi ból…”
Owinęła nagie ciało rozdartą szatą i wyszła na polanę. Elf śpiewał, przy wtórze tańczących w ognisku płomieni. Usiadła cicho obok niego, zamknęła oczy i oparła skroń na obandażowanym ramieniu mężczyzny. Objął ją w talii i mocno do siebie przytulił. Wiedziała, że to, co między nimi zaszło nie będzie trwać wiecznie. Pochodzili z dwóch różnych, nienależących do siebie światów. Czuła, że właśnie skończyło się w jej życiu coś, co nawet jeszcze na dobre się nie rozpoczęło, że traci to bezpowrotnie. Nie chciała się z tym pogodzić, ale on o nic nie prosił, a ona nie miała prawa niczego żądać.
Musiała pozwolić mu odejść.
Pamiętała, jak złożył na jej ustach ostatni, gorący pocałunek, po czym ruszył bez wahania w leśne ostępy i za chwilę jego sylwetkę całkowicie przesłoniły olbrzymie liście rosnących wokół paproci. Morrigan ruszyła biegiem w przeciwnym kierunku, kaskady łez spływały po jej policzkach, biegła jak mogła najszybciej. Czuła, że gdyby choć na chwilę się zawahała i obróciła, pękło by jej serce.
Od tamtego zdarzenia minęło wiele lat i nigdy już nie spotkała swojego elfa z kwiecistej polany, choć wracała tam co wieczór. Flemeth miała rację – miłość, pożądanie i czułość to okrutne bestie, które prędzej czy później rozszarpią każdego, kto bezmyślnie odważy się wypuścić je na zewnątrz - liczy się tylko moc. Morrigan otarła wierzchem dłoni spływającą po policzku, łzę. W jej życiu nie było już miejsca na słabość, teraz musiała skupić się na misji powierzonej przez matkę. Musiała być silna i bezwzględna. Schodząc ze wzgórza nuciła cichutko pieśń, której słowa od wieków dzikie wiedźmy z Głuszy przekazywały swym córkom:
„Wierzę w prawa dawnych czasów, gdy tańczyliśmy w rytm innych bębnów
Opowiedz mi więcej o lesie, który kiedyś nazywałaś domem…”
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy czarownica spokojnym, zdecydowanym krokiem zmierzała w stronę ruin, będących niegdyś bazą Szarych Strażników. Tam czekało na nią przeznaczenie.
Była gotowa.
Wykorzystano fragmenty tekstów:
- „Mein Herz Brennt” - Rammstein
- „Amour” - Rammstein
- „Tell Me Abort the Forest” – Dead Can Dance
|