Sonda
Ostatnie wątki
- Czy pojdzie mi dragon age?
- Logowanie, sprawdzanie poprawności - problem
- Dragon Age 2 - zapisy stanu gry
- Dragon Age: Początek i Przebudzenie - zapisy stanu gry
- Zbroje - Materiały
Forum
Serwisy zrzeszone
- GameWalk.pl - Gry
- Status Widmo: Mass Effect 3
- Risen Info - Risen
- Upadek Setarrif - Arcania: Fall of Setarrif
- Wrota Fable - Fable 3
- Warownia - Wiedźmin 2
- Majesty Site - Majesty
- Crysis Core - Crysis 2
- Call of Duty Modern Warfare 3
- Mafia Game - Mafia 2
- Kuźnia Demona - Hunted: The Demon's Forge
- The Elder Scrolls IV - Skyrim
- Stronghold Info - Twierdza 3
- Bulletstorm
- SF Polska - Street Fighter
- ACSite - Assassin's Creed
- WSM - Witcher 3
Współpracujemy
Wybierz szablon
Online
Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości"W dzień targowy" - kolejne opowiadanie na Cudach Thedas
|
Dodano: 30 października 2010 10:24
| autor: Milo
|
|
|
W naszym serwisie już od dawna nie pojawiło się żadne opowiadanie, którym moglibyśmy się z Wami podzielić. Postanowiliśmy jednak coś z tym zrobić i udało się. Do Waszej dyspozycji oddajemy kolejny tekst noszący tytuł "W dzień targowy" napisany przez użytkownika Milo. Życzymy miłej lektury i zapraszamy do komentowania pracy. W dzień targowyKarczmarz z impetem kopnął w drzwi i kurczowo ściskając przy brzuchu gar z tajemniczą breją przetoczył się w stronę starego drewnianego parkanu. Nie zważając na kuśtykającego obok włóczęgę wylał zawiesistą zawartość naczynia do rynsztoka. Splunąwszy na efekt swojej pracy otarł nos i podążył w stronę kuchni. Przyzwyczajony do powalającego zaduchu fajkowego dymu rzucił garnkiem na ogromną stertę brudnych kotłów i półmisków. Zacisnął pięści i podszedł do stającego nieopodal zakopconego komina kucharza i solidnie uderzył go w szczękę. Karczmarz zdzielił kucharza mocnym kopniakiem w brzuch, że ten o mało nie wpadł do rozpalonego kominka. Wszyscy skupiali się wokół placu targowego, który dzięki swoim pokaźnym rozmiarom pozwalał na otwarcie setek straganów. Roiło się tam od sprzedawców rozmaitych produktów. Od wyrobów kowalskich, przez drewniane przedmioty rzemieślników z południa, których zastosowania nikt dokładnie nie znał, po różnego rodzaju substancje alchemiczne, które tego dnia cieszyły się wyjątkowym zainteresowaniem. Nie brakowało sprzedawców orientalnych przypraw i nieznanych afrodyzjaków. Wszędzie wisiały sznury z tajemniczymi warzywami zza morza i martwym drobiem. Tłumy ludzi przeciskały się w ciasnych alejkach starając się dojść jak najbliżej do najbardziej obleganych stoisk. Kupiec w szybkim tempie podawał towary i pobierał opłaty, po czym wypchane sakwy podawał pachołkowi. Ten pospiesznie liczył monety z matką, siostrami, braćmi i resztą rodziny, która nie brała czynnie udziału w sprzedaży. Każdy miał swoje zajęcie. Na targowisku nie mogło zabraknąć cyrkowców i akrobatów, którzy ku uciesze zmanierowanych mieszczan wykonywali sztuczki, które nagradzane były monetami wetkniętymi w kieszenie, czapki i buty. Pieniądz rządził każdym czwartkiem. Prawdziwy biznes jednak prowadzony był nie na targowisku lecz w karczmie. Był to raj dla wszelkich szmuglerów i oszustów, którzy chcąc ominąć system podatkowy umawiali się z potencjalnymi klientami na „posiłek”. Tak też każdy dzień targowy spędzał młynarz z pobliskiej wioski. Handlarz wyszedł z karczmy nerwowym krokiem, a młynarz przystąpił do konsumpcji specjału kucharza. Nagle pewna rozmowa stała się głośniejsza niż inne i wciąż narastała. Zza kontuaru wyszedł młody mężczyzna, krzycząc: Kobieta z hukiem trzasnęła drzwiami i zniknęła w ulicznym tłumie, a młynarz powiedział tylko do siebie: „Ta dzisiejsza młodzież…”. Po wybornej uczcie wstał i zapłacił karczmarzowi za posiłek i dorzucił dwa suwereny za przymknięcie oka na jego interesy. Uśmiechnięty gospodarz podziękował i jak zwykle zaprosił starca za tydzień do siebie. Ten i tak wiedział, że jak co czwartek pójdzie do tej samej karczmy w poszukiwaniu handlarzy i innych „biznesmenów”. Czwartek to dzień targowy. Dzień dla kupców i drobnych handlarzy. Wszyscy ludzie interesu spotykali się w jednym miejscu, by zarobić za dobra nabyte w ciągu całego tygodnia. Była to także okazja dla mieszczan do spotkania się z innymi i podziwiania tego, czego brakuje w każdy inny dzień. Takiej okazji nie może przegapić lokalny arl. Wtedy bowiem może pokazać się przed połową królestwa. W każdy dzień targowy wychodził do ludu, aby (tak jak sam twierdzi) podziwiać zagraniczne dobra. Nawiązanie kontaktu z ludźmi to nic innego jak zabieg polityczny, bo liczy on, że mieszczanie i lokalni możni poprą go w walce o tron. Całe „wyjście do ludu” przybrało już w mieście formę ceremonii i każdego czwartku wszyscy gromadzili się na placu targowym przy głównej alejce biegnącej przez jego środek. Ludzie brali ze sobą kwiaty, aby rzucić je pod nogi przybocznej straży arl, a on ze „szczerym” uśmiechem witał ich. Młynarz jak zwykle podchodził sceptycznie do tego zjawiska i śmiał się z tych „głupków”, którzy bezgranicznie wielbią sztucznego arla. Tego dnia jednak sam postanowił pójść na targowy plac, ponieważ wyjątkowo wcześnie skończył swoje interesy. Wychodząc z karczmy dał się porwać tłumowi, który niczym mrowisko podążał w jedno miejsce. Już na sam widok tłoczącego się pospólstwa zrobiło mu się niedobrze. Jednak nie bywał w tym miejscu nazbyt często więc postanowił przebić się nieco bliżej alejki, licząc, że ludzie przepuszczą go ze względu na wiek i wzrost. Przepychany przez zdziczały motłoch trafił na sam przód, gdzie doskonale widział ekscytację i podniecenie małych dzieci trzymających w rękach kwiaty i uporczywie wypatrujących żołnierzy.
-Jak dorosnę to zostanę rycerzem i będę walczył na wojnie. –powiedział mały chłopczyk. Zabrzmiały fanfary arlowskich trąb i na końcu alejki pojawił się tuzin strażników w lśniących, nieskazitelnych zbrojach. Pośród nich wyraźnie zaznaczył się arl w ciemnozielonej szacie, machający do ludzi. Muzykanci grali na trąbkach i bębnach, a kobiety i dzieci rzucały kwiaty pod nogi maszerujących. Tłum wiwatował. Niektórzy krzyczeli „Niech żyje arl”, mniej entuzjastyczni bili brawo, a chłopcy krzyczeli z radości na widok „rycerzy”. Procesja powoli zbliżała się do młynarza, więc starzec mógł odrobinę wytężyć wzrok, aby dostrzec arla i jego straż. Gdy byli już dostatecznie blisko niego usłyszał za sobą przepychających ludzi i przekleństwa. Nagle wyrosła za nim tajemnicza, zakapturzona postać w czerwonej szacie, wyjmująca z pochwy długi miecz. Na jej widok jeden ze strażników przyspieszył kroku, aby podejść bliżej nieznajomego. Tajemnicza postać zatoczyła półokrąg i oddała cięcie, które odrąbało strażnikowi głowę i odcięło młynarzowi ucho. Reszta straży w mig otoczyła arla, a dwójka lżej uzbrojonych wysunęła się naprzód. Nieznajomy wyskoczył w ich stronę i jednym ruchem nadgarstka sięgnął po dwa noże doczepione do paska i płynnym ruchem wypuścił w kierunku szarżujących. Oba ostrza wtopiły się w gardła żołnierzy, którzy padli na tłum.
Pozostali strażnicy przybrali szyk bojowy i wolnym krokiem parli w stronę tajemniczego zabójcy. Ten ,majestatycznie wyjął z pochwy na plecach drugi miecz z finezyjnie zakrzywioną klingą i przyjął pozycję gotowości do ataku. W ułamku sekundy podciął gardło najbliższemu strażnikowi, który obrócił się w stronę ludzi, zalewając ich posoką. Morderca zrobił unik przed padającym ciosem i bez zastanowienia ciął znad lewego ramienia pozbawiając żołnierza nogi. Ten wyjąc z bólu zwalił się pod nogi swojego towarzysza, dezorientując go. Cena była wysoka, bo jego ciało zostało rozdzielone jednym cięciem z góry. Dwójka ostatnich strażników kurczowo trzymała swoje miecze, wycofując się w stronę arla. Ten ze strachem wyjął swoją reprezentacyjną, rodową szablę. Strażnicy uderzyli na nieznajomego, ten jednak wyskoczył w górę i upadł tuż za nimi. Dwa płynne cięcia sprawiły, że ich głowy upadły na bruk. Morderca bez słowa schował miecze do pochew i wyjął mały sztylet. Wolnym krokiem skierował się w stronę szlachcica. Nieznajomy bez trudu sparował cios arla i chwytając go za rękę zatopił klingę sztyletu w jego brzuchu. Ludzie w mig rozbiegli się we wszystkie strony, a od północy wkroczyła arlowska gwardia. Pięć tuzinów żołnierzy otoczyło zabójcę. Ten jednak powoli schował sztylet w bucie i zatoczył dłońmi duży okrąg, który szybko przeobraził się w portal palący się fioletowym płomieniem. Jeden z gwardzistów wypuścił strzałę, która zatopiła się w magicznej tafli i znikła. Zabójca nie tracąc ani chwili dłużej wskoczył w okrągły portal, który natychmiast zamknął się za nim pozostawiając na środku placu jedynie odrobinę kurzu. |

Facebook
Google+
Twitter
YouTube
BioWare












