Sonda

Który dodatek DLC do Dragon Age 2 jest Twoim zdaniem najlepszy?
 

Serwisy zrzeszone

Wybierz szablon

Online

Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości

"W dzień targowy" - kolejne opowiadanie na Cudach Thedas

Dodano: 30 października 2010 10:24 | autor: Milo
Dragon Age

W naszym serwisie już od dawna nie pojawiło się żadne opowiadanie, którym moglibyśmy się z Wami podzielić. Postanowiliśmy jednak coś z tym zrobić i udało się. Do Waszej dyspozycji oddajemy kolejny tekst noszący tytuł "W dzień targowy" napisany przez użytkownika Milo.

Życzymy miłej lektury i zapraszamy do komentowania pracy.

W dzień targowy

Karczmarz z impetem kopnął w drzwi i kurczowo ściskając przy brzuchu gar z tajemniczą breją przetoczył się w stronę starego drewnianego parkanu. Nie zważając na kuśtykającego obok włóczęgę wylał zawiesistą zawartość naczynia do rynsztoka. Splunąwszy na efekt swojej pracy otarł nos i podążył w stronę kuchni. Przyzwyczajony do powalającego zaduchu fajkowego dymu rzucił garnkiem na ogromną stertę brudnych kotłów i półmisków. Zacisnął pięści i podszedł do stającego nieopodal zakopconego komina kucharza i solidnie uderzył go w szczękę.
-Jeżeli jeszcze raz przygotujesz to ohydztwo to bez wahania wywalę cię tak jak tą breję!
-Eeeeaaałaaaa! Co ty robisz?!
-Co ja robię?! Może lepiej zastanów się co ty tutaj robisz!
-Ugotowałem to co mi kazałeś…

Karczmarz zdzielił kucharza mocnym kopniakiem w brzuch, że ten o mało nie wpadł do rozpalonego kominka.
-To co ci kazałem? Niech mnie ziemia pochłonie, bo kiedyś zabiję tego gówniarza!
-Sam kazałeś gotować mi to gów… to znaczy polewkę!
-Com kazał, tom kazał! A ty idioto już zapomniałeś, że dzisiaj jest czwartek?!
-Jak miałem zapomnieć?! Ale co mam ugotować?! Wszystko jest albo za drogie, albo nie do zjedzenia!
-Ile razy mam ci powtarzać, że w czwartki masz upiec świniaka na rożnie?! Jest dzień targowy, a ja mam podać kupcom to coś?!
-Dzień targowy… Do licha…
-Co tam gadasz po nosem? Czyść rożen i szybko do spiżarni po prosiaka! Jak nie będę miał czego gościom podać, to ciebie usmażę! Kucharz szybko zabrał się do pracy, jednak wcześniej usłyszał kilka ciętych uwag pod swoim adresem. Tymczasem w głównym pomieszczeniu karczmy aż wrzało od rozmów i krzyków. W dzień targowy w mieście pojawiały się setki kupców, a przy tym każdy mieszkaniec chciał na tym zarobić. W każdym lokalu roiło się od handlarzy, kupczyków, błaznów, krętaczy, kryminalistów, dziwek i innych wyłudzaczy złota. Cały ten motłoch w końcu musiał się gdzieś zatrzymać, a lokalne tawerny i karczmy obfitowały w zyski jak nigdy.

Wszyscy skupiali się wokół placu targowego, który dzięki swoim pokaźnym rozmiarom pozwalał na otwarcie setek straganów. Roiło się tam od sprzedawców rozmaitych produktów. Od wyrobów kowalskich, przez drewniane przedmioty rzemieślników z południa, których zastosowania nikt dokładnie nie znał, po różnego rodzaju substancje alchemiczne, które tego dnia cieszyły się wyjątkowym zainteresowaniem. Nie brakowało sprzedawców orientalnych przypraw i nieznanych afrodyzjaków. Wszędzie wisiały sznury z tajemniczymi warzywami zza morza i martwym drobiem. Tłumy ludzi przeciskały się w ciasnych alejkach starając się dojść jak najbliżej do najbardziej obleganych stoisk. Kupiec w szybkim tempie podawał towary i pobierał opłaty, po czym wypchane sakwy podawał pachołkowi. Ten pospiesznie liczył monety z matką, siostrami, braćmi i resztą rodziny, która nie brała czynnie udziału w sprzedaży. Każdy miał swoje zajęcie. Na targowisku nie mogło zabraknąć cyrkowców i akrobatów, którzy ku uciesze zmanierowanych mieszczan wykonywali sztuczki, które nagradzane były monetami wetkniętymi w kieszenie, czapki i buty. Pieniądz rządził każdym czwartkiem.

Prawdziwy biznes jednak prowadzony był nie na targowisku lecz w karczmie. Był to raj dla wszelkich szmuglerów i oszustów, którzy chcąc ominąć system podatkowy umawiali się z potencjalnymi klientami na „posiłek”. Tak też każdy dzień targowy spędzał młynarz z pobliskiej wioski.
-Za dwa wozy tych skór jestem w stanie dać nie więcej jak dwanaście worków zboża.
-Co?! Czyś ty dziadku zmysły postradał? To nie zwykła skóra! Kupiłem ją od handlarza z Pir Volley, czy Par Vollen… Nie ważne! To prawdziwa skóra wilka z północy! Najmocniejsza jaką w życiu widziałem!
-Toś synku jeszcze mało w życiu widział! Zgodzę się. To skóra. Ale raczej z dupy halli! I nie z północy tylko spod twojego zasranego obejścia. Pasła się halla sąsiada toż ją zabiłeś i wciskasz mi tu kawałek skóry, którym nawet bym się nie podtarł!
-Ty stary…
-Nie kończ! Dam pięć worków, a ty lepiej się ciesz, że przymykam oko na twoje przekręty!
-Osiem!
-Pięć i czwarta część worka mojej mąki!
-Sześć!
-Nie zmniejszę ceny!
-Stary zdzierca! Stoi! Mojego pachołka możesz spodziewać się jutro o świcie! Tylko lepiej, żeby ta mąka czysta była!
-Pierwszorzędowa. Ta, którą daję zakonowi.
-Taaa… Już ja cię znam. Mnie nie przechytrzysz.

Handlarz wyszedł z karczmy nerwowym krokiem, a młynarz przystąpił do konsumpcji specjału kucharza. Nagle pewna rozmowa stała się głośniejsza niż inne i wciąż narastała. Zza kontuaru wyszedł młody mężczyzna, krzycząc:
-Zamknij się! Teraz ja będę mówił! Ciągle mnie oszukujesz i okradasz! Już ja dobrze wiem co robisz wieczorami w domu tego zasranego bankiera! Ktoś pokaże ci trochę złota i już rozkładasz nogi! Jutro masz oddać mi wszystko do to złamanego suwerena!
-Co?! Ty wstrętny maminsynku! Ty śmiesz nazywać mnie dziwką?! Z nami koniec! Znajdź sobie kogoś innego do nalewania gorzały tej bandzie sprośnych pijaków! Sam niczym od nich się nie różnisz!

Kobieta z hukiem trzasnęła drzwiami i zniknęła w ulicznym tłumie, a młynarz powiedział tylko do siebie: „Ta dzisiejsza młodzież…”. Po wybornej uczcie wstał i zapłacił karczmarzowi za posiłek i dorzucił dwa suwereny za przymknięcie oka na jego interesy. Uśmiechnięty gospodarz podziękował i jak zwykle zaprosił starca za tydzień do siebie. Ten i tak wiedział, że jak co czwartek pójdzie do tej samej karczmy w poszukiwaniu handlarzy i innych „biznesmenów”.

Czwartek to dzień targowy. Dzień dla kupców i drobnych handlarzy. Wszyscy ludzie interesu spotykali się w jednym miejscu, by zarobić za dobra nabyte w ciągu całego tygodnia. Była to także okazja dla mieszczan do spotkania się z innymi i podziwiania tego, czego brakuje w każdy inny dzień. Takiej okazji nie może przegapić lokalny arl. Wtedy bowiem może pokazać się przed połową królestwa. W każdy dzień targowy wychodził do ludu, aby (tak jak sam twierdzi) podziwiać zagraniczne dobra. Nawiązanie kontaktu z ludźmi to nic innego jak zabieg polityczny, bo liczy on, że mieszczanie i lokalni możni poprą go w walce o tron.

Całe „wyjście do ludu” przybrało już w mieście formę ceremonii i każdego czwartku wszyscy gromadzili się na placu targowym przy głównej alejce biegnącej przez jego środek. Ludzie brali ze sobą kwiaty, aby rzucić je pod nogi przybocznej straży arl, a on ze „szczerym” uśmiechem witał ich. Młynarz jak zwykle podchodził sceptycznie do tego zjawiska i śmiał się z tych „głupków”, którzy bezgranicznie wielbią sztucznego arla. Tego dnia jednak sam postanowił pójść na targowy plac, ponieważ wyjątkowo wcześnie skończył swoje interesy.

Wychodząc z karczmy dał się porwać tłumowi, który niczym mrowisko podążał w jedno miejsce. Już na sam widok tłoczącego się pospólstwa zrobiło mu się niedobrze. Jednak nie bywał w tym miejscu nazbyt często więc postanowił przebić się nieco bliżej alejki, licząc, że ludzie przepuszczą go ze względu na wiek i wzrost. Przepychany przez zdziczały motłoch trafił na sam przód, gdzie doskonale widział ekscytację i podniecenie małych dzieci trzymających w rękach kwiaty i uporczywie wypatrujących żołnierzy. -Jak dorosnę to zostanę rycerzem i będę walczył na wojnie. –powiedział mały chłopczyk.
-Ja zostanę królem i będę rządził. –powiedział nieco starszy chłopiec.
-Nie prawda! Nie będziesz królem! –zripostował młodszy.
-A właśnie, że będę i wtrącę cię do lochu!
-Wcale, że nie!
-Wcale, że tak!
-Maaaamooooo! On mi dokucza!
-Macie w tej chwili się uspokoić, bo jak nie…

Zabrzmiały fanfary arlowskich trąb i na końcu alejki pojawił się tuzin strażników w lśniących, nieskazitelnych zbrojach. Pośród nich wyraźnie zaznaczył się arl w ciemnozielonej szacie, machający do ludzi. Muzykanci grali na trąbkach i bębnach, a kobiety i dzieci rzucały kwiaty pod nogi maszerujących. Tłum wiwatował. Niektórzy krzyczeli „Niech żyje arl”, mniej entuzjastyczni bili brawo, a chłopcy krzyczeli z radości na widok „rycerzy”.

Procesja powoli zbliżała się do młynarza, więc starzec mógł odrobinę wytężyć wzrok, aby dostrzec arla i jego straż. Gdy byli już dostatecznie blisko niego usłyszał za sobą przepychających ludzi i przekleństwa. Nagle wyrosła za nim tajemnicza, zakapturzona postać w czerwonej szacie, wyjmująca z pochwy długi miecz. Na jej widok jeden ze strażników przyspieszył kroku, aby podejść bliżej nieznajomego.
-Proszę schować broń! To nie jest odpowiednie miejsce na…

Tajemnicza postać zatoczyła półokrąg i oddała cięcie, które odrąbało strażnikowi głowę i odcięło młynarzowi ucho. Reszta straży w mig otoczyła arla, a dwójka lżej uzbrojonych wysunęła się naprzód. Nieznajomy wyskoczył w ich stronę i jednym ruchem nadgarstka sięgnął po dwa noże doczepione do paska i płynnym ruchem wypuścił w kierunku szarżujących. Oba ostrza wtopiły się w gardła żołnierzy, którzy padli na tłum. Pozostali strażnicy przybrali szyk bojowy i wolnym krokiem parli w stronę tajemniczego zabójcy. Ten ,majestatycznie wyjął z pochwy na plecach drugi miecz z finezyjnie zakrzywioną klingą i przyjął pozycję gotowości do ataku. W ułamku sekundy podciął gardło najbliższemu strażnikowi, który obrócił się w stronę ludzi, zalewając ich posoką. Morderca zrobił unik przed padającym ciosem i bez zastanowienia ciął znad lewego ramienia pozbawiając żołnierza nogi. Ten wyjąc z bólu zwalił się pod nogi swojego towarzysza, dezorientując go. Cena była wysoka, bo jego ciało zostało rozdzielone jednym cięciem z góry. Dwójka ostatnich strażników kurczowo trzymała swoje miecze, wycofując się w stronę arla. Ten ze strachem wyjął swoją reprezentacyjną, rodową szablę.
-Czczego ode mnie chcesz?
-Świat jest brudzony przez takich ludzi jak ty. Nasza rasa karleje. Ja tylko spełniam wolę kogoś, kto chce naszego oczyszczenia.
-Do ataku!

Strażnicy uderzyli na nieznajomego, ten jednak wyskoczył w górę i upadł tuż za nimi. Dwa płynne cięcia sprawiły, że ich głowy upadły na bruk.
-Z radością będę patrzył jak umierasz na stryczku. –wyjąkał arl.

Morderca bez słowa schował miecze do pochew i wyjął mały sztylet. Wolnym krokiem skierował się w stronę szlachcica.
-Nawet nie próbuj!

Nieznajomy bez trudu sparował cios arla i chwytając go za rękę zatopił klingę sztyletu w jego brzuchu.

Ludzie w mig rozbiegli się we wszystkie strony, a od północy wkroczyła arlowska gwardia. Pięć tuzinów żołnierzy otoczyło zabójcę. Ten jednak powoli schował sztylet w bucie i zatoczył dłońmi duży okrąg, który szybko przeobraził się w portal palący się fioletowym płomieniem. Jeden z gwardzistów wypuścił strzałę, która zatopiła się w magicznej tafli i znikła.
-Naprzód! –krzyknął oficer.

Zabójca nie tracąc ani chwili dłużej wskoczył w okrągły portal, który natychmiast zamknął się za nim pozostawiając na środku placu jedynie odrobinę kurzu.

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież