Dragon Age

Cuda Thedas

Zdrajcy zapłacą

Dodano: 05 stycznia 2012 19:58 | autor: Severan

Właśnie wtedy dostrzegł błysk wśród cieni. Mrużąc oczy, zdołał wyraźnie zobaczyć miecz. Wypolerowane ostrze odbijało bladą poświatę księżyca. W mroku, na tle zarośli i drzew chłopak nadal nie potrafił zobaczyć człowieka, który trzymał broń, ale i tak poczuł się raźniej, wiedząc, gdzie znajduje się przeciwnik.
Maric uniósł ręce i ostrożnie podciągnął się wyżej. Ból mięśni dało się znieść. Ani na chwilę nie spuszczając wzroku z miecza, chłopak wydostał się z niecki. Ostrze poruszyło się. Mroczna sylwetka zaczęła się zbliżać, unosząc broń i warcząc groźnie.
Bez zastanowienia Maric rzucił się skulony na prześladowcę. Miecz świsnął mu koło ucha, o włos mijając ramię. Chłopak uderzył przeciwnika głową w brzuch, pozbawiając go tchu. Na nieszczęście mężczyzna nosił kolczugę i czoło Marica eksplodowało bólem, jakby uderzył w pień. Zachwiał się i byłby boleśnie upadł, gdyby impet nie zwalił z nóg również jego napastnika. Przewrócili się obaj, ale to uzbrojony mężczyzna grzmotnął plecami w nierówne poszycie. Upadek wykręcił mu ramię, miecz wypadł z niepewnej dłoni i poszybował w ciemność.
Oszołomiony i niemal całkowicie oślepiony Maric dźwignął się, chwytając przeciwnika za głowę. Pod palcami wyczuł silną, zarośniętą szczękę. Mężczyzna próbował odepchnąć chłopaka lub choćby krzyknąć, by wezwać pomoc, ale na próżno. Maric wykorzystał przewagę. Prześladowca jęknął, gdy jego potylica uderzyła o wystający korzeń.
– Ty draniu! – warknął Maric. Mężczyzna desperacko sięgnął do jego twarzy, próbując zgnieść chłopakowi nos i wbić palec w oko. Maric się cofnął i ponownie uderzył głową przeciwnika o korzeń. Mężczyzna jęknął, szarpnął się, by zrzucić chłopaka, lecz przeszkodził mu ciężar kolczugi. Raz jeszcze spróbował sięgnąć do twarzy Marica, jednak nadaremnie.
Łupanie w czaszce było torturą, chłopakowi zdawało się, że napięte mięśnie karku lada moment pękną jak sparciałe postronki. Kiedy puścił głowę mężczyzny, by unieruchomić mu ramię, przeciwnik próbował go zrzucić. Maric na okamgnienie stracił równowagę, lecz to wystarczyło, by brodaty prześladowca wyprowadził cios. Pięść rozbiła chłopakowi nos, przed oczyma rozbłysły mu gwiazdy. Zwalczył jednak oszołomienie i chwycił wroga za włosy. Tym razem zdrajca wrzasnął z bólu. Maric również krzyknął, lecz z wysiłku, gdy po raz trzeci uderzył o korzeń czaszką przeciwnika. Jeszcze mocniej.
– Zabiłeś ją! – wycharczał. Zacisnął palce na włosach mężczyzny i ponownie trzasnął jego głową o ziemię. – Ty draniu, zabiłeś ją! – Jeszcze raz czaszka uderzyła o korzeń.
I jeszcze raz.
Łzy wypełniły Maricowi oczy, słowa z trudem dobywały się z krtani.
– Była twoją królową, a ty ją zabiłeś! – Tłukł coraz mocniej.
Mężczyzna przestał się bronić. Nozdrza chłopaka wypełnił lepki, metaliczny odór. Maric dopiero teraz zauważył, że ręce ma we krwi – i że to nie jego krew. Na wpół przytomnie oderwał się od bezwładnego ciała i zatoczył z bólu, plamiąc liście szkarłatem. Niemal oczekiwał, że przeciwnik się podniesie i ruszy za nim w pogoń, ale mężczyzna nawet nie drgnął. Ciało leżało nieruchomo wśród cieni, niewyraźny kształt czerniący się pod drzewem. Marcowi zdało się, że potężny dąb wznosi się nad zabitym niczym ponury nagrobek.
Chłopakowi zrobiło się niedobrze, żołądek zwinął mu się w supeł, ramionami wstrząsnęły dreszcze. Półprzytomnie uniósł dłoń do ust, by powstrzymać mdłości, lecz tylko umazał sobie policzki świeżą krwią. Z zaciśniętych palców wysunęły się kępki włosów i skory. Maric zatoczył się konwulsyjnie i zwymiotował. Ogarnęło go przerażenie.
Jestem królem – napomniał się.
Matka Marica, królowa Moira, miała w sobie niespożytą siłę. Potrafiła prowadzić zaprawionych w bojach mężów do zwycięstwa. Mówiono, że w każdym calu przypomina swojego dziada. Umiała przekonać najpotężniejszych ze szlachty Fereldenu, żeby powstali i walczyli, aby przywrócić jej tron – i możni nie mieli cienia wątpliwości, że tak właśnie być powinno.
Lecz teraz matka nie żyje, a ja jestem królem – powtarzał sobie chłopak. Nie brzmiało to ani odrobinę bardziej przekonująco niż wcześniej.
Okrzyki pogoni znowu zaczęły się zbliżać. Zapewne zdrajcy usłyszeli odgłosy walki Marica z brodaczem. Czas się zbierać, uciekać, oddalić od wroga. A jednak chłopak nie potrafi ł ruszyć się z miejsca. Siedział w ciemnym lesie, ze zwisającymi z kolan rękoma, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.
I tylko nieustannie wspominał głos matki, kiedy wróciła z ostatniej potyczki. W pełnej zbroi, zbryzganej krwią i potem, królowa uśmiechała się dziko. Nauczyciel walki przyprowadził Marica przed jej oblicze, zaraz po bijatyce z chłopakiem ze służby. Co gorsza, arl Rendorn stał obok matki i to on zapytał, czy Maric przynajmniej wygrał. Płonąc ze wstydu, chłopak przyznał, że został pobity, na co arl prychnął z pogardą, rzucając: Jakiż król z ciebie będzie?
A wtedy matka roześmiała się radośnie, rozpraszając poważny nastrój. Ujęła syna pod brodę i patrząc mu w oczy, kazała nie słuchać arla. Jesteś światłem mojego życia i wierzę w ciebie bez zastrzeżeń.
Młodzieńca ogarnęła żałość tak wielka, że zapragnął śmiać się i płakać jednocześnie. Matka w niego wierzyła, a jednak Maric zgubił się w lesie ledwie po półgodzinie. Nawet jeśli umknie pogoni, wydostanie się z gęstwiny i zdobędzie konia, nadal nie będzie miał pojęcia, gdzie stacjonuje armia buntowników. Chłopak przywykł, że go prowadzono, że w pobliżu zawsze jest przewodnik, który wskaże właściwą drogę. Dlatego nie zwracał uwagi, dokąd zmierza matka z niewielkim orszakiem. Maric jechał za nią jak po sznurku. A teraz nie wiedział, gdzie jest.
I tak oto skończyły się przygody prawowitego następcy tronu Fereldenu – pomyślał z rozbawieniem zabarwionym rozpaczą. Chciał zostać królem, ale nie umiał znaleźć po ciemku nawet własnego zadka.
Przez łzy przedarł się histeryczny chichot, ale Maric stłumił pomieszane uczucia. Nie pora na wspomnienia i żałobę. Właśnie gołymi rękami zamordował człowieka, a w pobliżu czaili się inni wrogowie. Musiał uciekać. Wziął głęboki, choć drżący oddech i zamknął oczy. Mam w sobie stal. Sięgnął po nią, posmakował jej gorzkich, ostrych krawędzi i pozwolił, by ukoiła szalejący w sercu i umyśle wir. Musiał się uspokoić, choćby na chwilę.
Kiedy otworzył oczy, był gotów.
Rozejrzał się, szukając miecza upuszczonego przez pokonanego zdrajcę. Cienie wokół Marica poruszały się bardzo powoli, wydawało mu się, że znalazł się w otoczeniu jakby żywcem wyjętym z najgorszego koszmaru. Zbyt wiele krzewów, zbyt wiele splątanych i pokrzywionych korzeni, ktore mogły kryć zaginione ostrze. Chłopak nigdzie go nie widział. W pobliżu rozległ się okrzyk, zbyt blisko. Maric nie miał już czasu na poszukiwania.
Podniósł się szybko, nasłuchując, skąd dobiegł głos, a potem ruszył w przeciwnym kierunku. Pierwsze kroki stawiał niezdarnie, nogi miał posiniaczone i odrętwiałe, może podczas walki złamał kość lub dwie, lecz ignorował ból. Z wysiłkiem chwytając niższe gałęzie, zagłębiał się w mrok.
Zdrajcy zapłacą za swoją zbrodnię. Nawet jeżeli Maric jako król miałby dokonać tylko tego jednego jedynego czynu – zdrajcy zapłacą.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież