Sonda

Który dodatek DLC do Dragon Age 2 jest Twoim zdaniem najlepszy?
 

Serwisy zrzeszone

Wybierz szablon

Online

Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości

Szesnastu Braci

Dodano: 19 lutego 2012 19:37 | autor: Severan

Medytował. Tak samo jak zwykł czynić podczas gdy, pozostali zakonnicy spożywali obiad w Wielkiej Sali. Siedział w swojej komnacie, ze stopami założonymi na podudzia.
On, już nie potrzebował posiłków, ani snu. Jego ciało odpoczywało medytując, kiedy nieskrępowana więzami z ciałem dusza, wędrowała pośród szarości Pustki.
W niewielkiej komnacie, poza dwoma ławami, na których płonęły świece i ołtarzykiem na wprost niego na którym tliły się kadzidła. Nie było nic, tylko kamienne ściany Twierdzy Alberun. Siedziby Zakonu Białego Wilka. Utworzonego na cześć Pradawnych.
Zakon istniał już od prawie dwóch tysiącleci, jego zadaniem, było strzec pokoju w Sembii i chronić tych, którzy nie mogli ochronić się sami. Walczyć i imperializmem, niewolnictwem i tyranią. Zakon Białego Wilka był potęgą, z która musiał się liczyć każdy. Nawet kraje zza Morza Celebes i Morza Środkowego. Nie zawsze udawało mu się jednak zapanować, nad rzucającymi się sobie do gardeł monarchami. Wojny, nie były w Sembi rzadkością.

Wielki Mistrz Benaayame'indesh, Ten, Który Chodzi w Świetle. Odprawił swe codzienne medytacje.
W świecie duchów, za Zasłoną, oddzielającą go od świata śmiertelników. Tam ni miejsce, ni czas, nie miały znaczenia. Była tylko szarość, cisza i miliony dusz zmarłych, czekających, aż Anioł Śmierci przeprowadzi je przez Pustkę, do światła Stwórcy. Gdzie zaznają odpoczynku, po ich podróży jako istot śmiertelnych. Śmierć, jest tylko kolejną furtką przez, którą każdy musi przejść. Wędrując pośród ponurych korytarzy, nawiedził go Archanioł Serafin. Serafin był potężnym aniołem, któremu powierzono pieczę nad tym światem. Objawiał się jako świetlista istota, odziana w nieskazitelną biel, prosty płaszcz, przysłaniający jego eteryczne ciało. Z dłoni i twarzy Archanioła biła świetlista poświata, delikatna i niepojęta. Nie posiadał on ludzkiej twarzy, była tylko jednym świetlistym obliczem, bez rys, oczu i ust. Ogromne skrzydła, wyrastające z jego pleców, obrośnięte były białymi piórami. W oczach Mistrza Bena i każdego z żyjących, uchodzić mógł za uosobienie piękna i doskonałości. Uosobienie samego Stwórcy.

- Witaj Serafinie. – rzekł Ben, kłaniając się mu nisko. Mówił spokojnie, nie wyrażając emocji ni gestem ni tonem.
- Witaj synu Tal'alena. – odrzekł anioł, a jego głos niósł się po szarych korytarzach Pustki, niczym echo, pośród gór.
- Co cię do mnie sprowadza, świetlista istoto?
- Niestety nie przynoszę ci dobrych wieści Biały Wilku.
- Wybacz mi mój świetlisty bracie, ale rzadko przynosisz dobre.
- Wiem przyjacielu. Jednak, tak jak ostrzegałem cię w czasach dawniejszych, tak samo ostrzegam cię i teraz.
- Czyżby nadciągała kolejna powódź, czy katastrofie naturalnej na ziemiach Sembii lub Farendüru?
- Nie. – odparł anioł – Dzieci Stwórcy, znów zwracają się przeciwko sobie.
- Czyżbyś mówił o Farendürze?
- Nie. Na południe od Farendüru istnieje kontynent. Nieznany żadnemu z mieszkańców północy. Wkrótce wybuchnie tam wojna, wraz z nią nadejdzie klęska. Upadli się przebudzą Benjaminie. Muszą zostać pokonani, nim zaleją świat jak plaga szarańczy. Miliony istnień jest zagrożonych. Zakon Białego Wilka, musi podjąć działanie.
- Mamy wysłać armie?
- Nie. Choć do mnie wilcze dziecię. Pokaże ci przyszłość, to co stać się może, jeśli wojna na południu nie zostanie powstrzymana. – rzekł w anioł, wystawiając swe ręce przed siebie. Wielki Mistrz uklęknął przed nim a Serafin w geście błogosławieństwa dotknął dłońmi jego głowie. Poczuł ciepło bijące z dłoni anioła, uczucie talk obce w Pustce.

Nagle przed jego oczami, zaczęły pojawiać się obrazy. Przenikały, jego pamięć i wbijały się w nią jak ostrze sztyletu. Poczuł cierpienie milionów istnień, ich śmierć i ból. Dziką radość zabijania, plugawych stworzeń, o spaczonych umysłach. Magów walczących z rycerzami niosącymi znak płonącego miecza. Nienawiść, jak cierniste gałęzie pnącej róży, oplatająca ich serca. Mężczyzna opętany duchem zemsty. Szerzy chaos w mię sprawiedliwości, stąpa pośród popiołów swego zwycięstwa. Kobieta stojąca pośród cieni, jej ręce są skute, twarz poznaczona sińcami i bliznami. Nie boi się, nie płacze, czeka na swą śmierć. Nie ucieka, straciła już wszystko, ni już jej nie zostało. Elfi wojownik, którego gniew napełnia siłą, jego skóra błyszczy błękitem pośród ciemności. Spada w otchłań. Jego kruche ciało, roztrzaskane na skałach. Ogień spowija miasta i ziemie, krzyki i cierpienie rozrywające serca. Anioł zabrał dłonie z jego ciemienia.
- Czy rozumiesz powagę tego zadania?
- Tak, Serafinie.
- Zbierz wojowników Benjaminie. Wybieraj mądrze. Każdy z nich, zaważy o losach tego świata.

Wtedy Wielki Mistrz Benjamin Pradawny gwałtownie ocknął się ze swych medytacji. Czuł cierpienie, tych wszystkich utraconych istnień, ich strach i krzyki rozpaczy. Czuł radość z jaką Spaczeni mordowali niewinnych. Żadna z jego wizji, nie była tak… przejrzysta, jak ta. Czuł jakby tam był, jakby był każdym z nich. Zarówno ofiarą, jaki katem. Za pomocą telepatii zwołał swych uczniów. Altemenara, Halmara i Alye, którzy towarzyszyli mu od tysiącleci. Cała czwórka, włącznie z Wielkim Mistrzem. Należała do starożytnego gatunku, zwanego: wilczym ludem. Oni siebie zaś nazywali Olengrada – Wilcze Dzieci. Z wyglądu, przywodzili na myśl mityczne wilkołaki. Nie byli jednak, bezmyślnymi bestiami, którymi kieruje żądza, krwi i mordu. Olgaradowie byli bardzo inteligentnymi stworzeniami, posiadali, własny język i kulturę. Mieli swoją Ścieżkę, będącą ich tradycją, która niezmiennie podążali od tysiącleci. Czas odmierzali w godzinach słonecznych, a dni i miesiące w cyklach księżycowych. Z szacunku natury i bogini-matki, którą nazywali Elayvin, nie wnosili miast ani murów. Mieszkając w ziemiankach skupieni w osadach liczących nawet do kilku set mieszkańców. Otaczali je jedynie wbitymi w ziemie zaostrzonymi palami, które miały chronić ich osady, przed niespodziewaną napaścią ludzkiej konnicy. Jednak z racji ich doskonałego słuchu, wzroku i powonienia, oraz instynktu magicznego ciężko było ich zaskoczyć. Jeśli nie graniczyło to z cudem.
Hodowali owce, kozy, drób, czasem bydło. Uprawiali ziemie, pielęgnowali lasy. Podczas polowań, zabijając jedynie osobniki chore, lub stare. Nigdy nie zabijali samic.

Jego uczniowie zjawili się niemal natychmiast, sądząc po unoszących się równym rytmem piersiach Alyi, przybiegła tu z drugiego końca twierdzy. Najpewniej ze szpitala w którym spędzała większość czasu. Uczniowie powitali swego mistrza zwyczajowym, nieznacznym, pokłonem.
- Jesteśmy na twe wezwanie ojcze. – przemówił Halmar, najstarszy z trójki jego uczniów. Futro miał czarne jak noc. Wykazywał największe zdolności magiczne z jego uczniów. Najlepiej radził sobie z pieczęcią ognia. Zwłaszcza jeśli bardzo się zdenerwował. Złote tęczówki oczu, błysnęły zaciekawieniem, kiedy spojrzał w oczy swemu mistrzowi. Nie nakazywał by im pośpiechu i nie gonił z by przez pół warowni aby się z nimi zwyczajnie przywitać.

Mistrz Ben nie miał nigdy kobiety, ani żony, nigdy nie stworzył Jedności z żadna samicą ze swego gatunku. Byli jego przybranymi dziećmi. Znalezionymi, ocalonymi, przygarniętymi. Niezliczone wieki temu. Kiedy Benaayame'indesh, Ten, Który Chodzi w Świetle, był jeszcze zwykłym śmiertelnikiem. Nie był nieśmiertelny, ale nie istniała na tym świecie istota, która mogła by go zabić. Jak na razie.
- Archanioł Serafin, objawił mi się podczas medytacji. – rzekł Mistrz po chwili, Altemenar odparł niemal natychmiast, słysząc samo imię anioła.
- Zakładam, że to nie oznacza nic dobrego. O nigdy nie przynosi dobrych wieści. – Altimener z kolei, był najmłodszym z jego przybranych dzieci. Był, wspaniałym wojownikiem i dowódcą armii. Jego płomienne przemowy, zagrzewały do bitwy nawet przerażony motłoch. Choć język miał cięty i czasami nie potrafił go pohamować. Jego domeną była ziemia, i łamanie pieczęci tego żywiołu. Umaszczeniem bardzo przypominał lisa, a w piaskowych oczach niemal zawsze tańczyły płomyki zapalczywej młodości.
- Niestety. Usiądźcie ze mną dzieci. Złapcie się za ręce, a pokaże wam co widziałem. – Mistrz Ben od razu wyczuł w jego głosie złośliwość. Zwłaszcza w ostatnim zdaniu. Zrobili o co prosił, całą czwórką, usiedli we wręcz rodzinnym kółeczku. Chwycili się za dłonie, i kiedy tylko ręce Altemenera i Halmara zetknęły się z chłodnymi mimo futra dłońmi ich mistrza, przeszyła ich fala energii i doświadczyli tych samy wizji. Po krótkiej rozmowie, podjedli jednomyślną decyzje. To co pokazał mi Serafin było tylko jedną z wielu ścieżek, jednak dość przerażającą by podjąć działanie.

Cały dziesiątek obserwowali, akolitów Zakonu, poszukując tych, którzy mieliby stawić czoła misji jaka zostanie im powierzona. Spośród tysięcy wojowników i magów służących w Zakonie Białego Wilka, wybrali szesnastu. Ośmiu ludzi. Silnych, odważnych, walecznych, nieulękłych synów Adama i Ewy. Lojalnych wobec Zakonu i swych Braci, sercem i duszą oddani swej misji. Bezlitośni dla swych wrogów, wspaniałomyślnych i szlachetnych, dla przyjaciół. Pięciu elfów. Smukłych jak brzozowe witki, zwinnych i śmigłych jak wiewiórki. Doskonałych łowców i tropicieli, w walce byli niczym cienie. Wybrali też trzech przedstawicieli, prastarego wilczego ludu. Silnych jak niedźwiedzie, szybkich jak błyskawice, w bitwie spadający na swych wrogów, niczym grom.
Ich przywódcą został mianowany, najstarszy spośród nich Sekaara'dean, Olgarad z klanu Pędzącej Strzały. W tym wyborze bynajmniej nie kierowali się, rasą, czy klanem z jakich się wywodził. Ani też tym, że kiedyś był podopiecznym Wielkiego Mistrza. Sekar był weteranem dwóch, spośród trzech ostatnich wojen. Niejednokrotnie dowiódł swego męstwa i wierności Zakonowi. Niejednokrotnie też wysławił się jako, wspaniały dowódca i odniósł wiele spektakularnych zwycięstw. Zarówno podczas wojny z orkami w Farenürze jak i zbrojnego najazdu Cesarstwa Ossen na wschodnią Sembie. Opanował też pewne arkany sztuki tajemnej i potrafił łamać pieczęć ziemi.

Spośród tysięcy wyśmienitych wojowników i magów Zakonu, wybrali szesnastu najbieglejszych i najwaleczniejszych. Ich serca były czyste, a umysły otwarte. Ukazali im przyszłość. To co może się wydarzyć i jakie będą tego konsekwencję, dla całego świata. Przestrzegli ich, miliony istnień było zagrożonych. Przestrzegli ich, trudności jakim stawiali czoła do tej pory, będą niczym w porównaniu do tego co spotkają na swej drodze. Swego zadania podjęli się dobrowolnie. Mimo, że na ich barki złożono ogromy ciężar, przyjęli go bez słowa protestu. Byli wojownikami Zakonu Białego Wilka, Pradawni wybrali ich spośród tysięcy. To był ich obowiązek. Przyświecało im błogosławieństwo Serafina.
Pradawni każdemu z nich podarowali Medalion Wieczności, dla trzech olgardów zaklęty mocą, czyniącą ich ludźmi. Tak by mogli pośród nich kroczyć, nie zdradzając swej prawdziwej formy, która mogła budzić pośród ludzi przerażenie.

Od Zakonu i dostali to co najlepsze, pancerze z mitidrilu, mogące przetrzymać niemal każdy atak. Ostrza z mitdrilu i cyrkonu mogące przebić niemal każdą zbroje jak cienką blaszkę. Łuki ze smoczych kości, strzały o grotach z adamantu i promieniach z żelazo drzewa.
Ich zadanie było trudne, mieli udać się na południe, przez nieznane nikomu ziemie. Dotrzeć do nieznanego lądu, by w Mieście Kajdan, odnaleźć kobietę, mężczyznę, efliego wojownika i maga których widzieli w wizji przyszłości. Mieli powstrzymać wojnę magów za wszelką cenę i zniszczyć plugawe hordy, które będą pustoszyć tamtejsze ziemie.

Z twierdzy Alberun, siedziby zakonu od blisko dwóch tysięcy lat, wyruszyli wczesna wiosną, kiedy tylko ustąpiły mrozy i śniegi. Pierwszego dnia, pierwszego dziesiątka, roku 1310. Szesnastu Braci ruszyło na spotkanie przeznaczeniu. Jednak ani oni, ani Pradawni nie znali nawet połowy prawdy. Serafin nie powiedział im wszystkiego.

W Sembii droga mijała im szybko. Wszędzie gdzie poprosili dostawali świeże konie, a w każdej wiosce, mieście i zamku byli goszczeni, "czym chata bogata". Zakon Białego Wilka i Bractwo Teulu, stanowiące integralną część Zakonu, cieszył się tu wielkim poważaniem. Po dwóch zwycięskich wojnach, zakończonych prawdziwe chwalebnym triumfem, nie mogło być inaczej. Pradawni poprowadzili armie Sojuszu przeciwko znienawidzonemu Imperium Sobaryskiemu, kończąc czasy niewolnictwa i krwawej okupacji.

Dwadzieścia pięć lat później, Wielki mistrz i czwórka jego adeptów wyruszyli na zachód. Przez Księżycowy Ocean. Na nieznane ziemie, przez wiele miesięcy nie dając znaku życia. W końcu zza oceanu powrócił Mistrz Halmar, niosąc wieści o wojnie i straszliwej pladze pustoszącej ziemie. Sambijskie państwa odpowiedziały na wezwanie Białego Wilka. Ogromna flota, niosąca ze sobą wojowników wszystkich, ras, wyznań i narodowości. Ruszyła na zachód, by powstrzymać najazdy barbarzyńskich orków. Położyć kres Plagom nawiedzającym Farendür, krainę Upadłego Mostu.

Tam też poległ, czwarty z uczniów Mistrza Bena, Ulmar, człowiek, dobry człowiek. Było to na Szafranowych Polach, gdzie teraz, w kryształowym sarkofagu, spoczywa jego ciało. Rok później za oceanu przybyły wieści. Wschodnie krainy staneły w ogniu. Cesarstwo Ossen rozpoczęło podbój Sembii. Rozpoczęto Długi Marsz, armie Sembii walczące z orkami w Farendürze zawróciły. Pokonały ogromny dystans i pokonały Ossen. W obu krainach mógł zagościć pokój. Choć na chwile.

Lecz nie był to jedyny powód. Gdy akolita zakonu przychodził do chłopa czy szlachcica, by prosił o konia, prowiant czy nocleg, miał obowiązek, wystawić weksel na sumę, pokrywającą wydatek poniesiony przez gospodarza. Taki papier, podbity pieczęcią Zakonu i podpisany przez goszczonego Brata, wystarczyło zanieść, do najbliższego posterunku Białej Straży lub Sanitariuszy Bractwa Teulu. W przeciągu miesiąca dostawało się pełen zwrot kosztów. Nazywano to Prawem Gościny. To był główny powód dla jakiego ludzie, wręcz bili się, by tylko ich ugościć. To było opłacalne. Cwaniacy nie raz próbowali dorobić w ten sposób, udając, że skradziono im weksel, lub Brat w pośpiechu go nie wypisał. Zdarzały się nawet napady na Braci Zakonnych w celu zdobycia pieczęci, jednak podróżujący zawsze co najmniej w trójkę Zakonnicy byli nie lada wyzwaniem nawet dla weteranów wojennych.

Do rozwiązania takiej sytuacji, wysyłano Olgaradów. Byli empatiami, potrafili czytać z mowy ciała i nawet najsubtelniejszych przebłysków oczu. Nie dało ich się oszukać.
Byli już w drodze od wielu miesięcy, z Warowni Gryfa – jak czasami nazywano Alberun, do Bonu miasta portowego Republiki Imberu mieli do pokonania prawie trzy tysiące mil. Dzięki poważaniu i renomie jaką cieszył się Zakon w Sembi i Prawu Gościny, pokonali ten dystans w zaskakującym tempie.

Imber odzyskał wolność dopiero po upadku Imperium i był pierwszym krajem który odpowiedział na wezwanie Wielkiego Mistrza do wojny, przeciwko hordom pustoszącym zachodzie krainy. Bonn był największym miastem portowy, i stolicą Republiki. W zachodniej części miasta na wniesieniu zwrócona ku morzu piętrzyła się ponad miastem majestatyczna twierdza. Fort Imber. Siedziba Zakonu i Bractwa Teulu w Republice. Tuż poniżej, widać było pozłacaną kopułę Senatu, skąpaną w świetle zachodzącego słońca.

- Bon. – powiedział nagle jeden z Braci elfów, imieniem Illidan, dosiadający karego ogiera. – Musze przyznać szczerze, że wygląda piękni pod zachodzącym słońcem.
- W istocie. – odparł krótko idący obok Totu, wilczy lud, nie korzystał z koni jako środka transportu. Te bardzo często, ponad dwu metrowe istoty, nie odczuwały potrzeby obciążania, swych parzystokopytnych braci, swoimi własnym balastem. Choć głos olgarada był bezbarwny, sam wpatrywał się w miasto z wyraźnym podziwem. – Malan'bari potrafią tworzyć piękno.
- Ej! Mam się pogniewać? Nie zapominaj, że w Alberun uczono nas waszego języka. – zawołał człowiek, Brat Derich, jadący na grzbiecie ciemnego siwka. Z znienacka pyrgając swego towarzysza w ramie.
- Pochwaliłem przecież twój lud. Więc mnie nie pyrgaj. – oparł Olgarad szorstko, Malanbari było określeniem stosowanym przez wilczy lud, wobec ludzi, samo w sobie nie było obraźliwe ale w przeciągu stuleci międzyrasowych zatargów przekształciło się wręcz w wulgaryzm. Derich rzucił okiem na elfa.
- No daj spokój, nie gniewaj o jedno pyrgnięcie. – pyrgął go drugi ras.
- Nie gniewam się. Jeszcze. – elf patrząc na to z boku, ledwie się powstrzymywał od uśmiechu zażenowania.

Wszakże sami Pradawni powiedzieli, by w swej podróży nie zatracili swego człowieczeństwa. Wcześniej byli sobie obcymi, nie znali się. Teraz musieli stać się jednym ciałem i jednym umysłem, zadanie, którego się podjedli wymagało tego od nich. A jak się lepiej poznać jeśli nie przez rozmowę? W podróży więc, śmiali się, żartowali, mówili zarówno o rzeczach błahych jak i niezmiernie poważnych. Poznawali swych towarzyszy, tych z którymi stając ramie w ramie mieli przelewać krew. Wędrując pośród szaraczków, nosili na twarzach materiałowe maski, specjalnie wyprofilowane tak by było widać tylko oczy i brwi. "Członkowie Zakonu, okazują swe twarze, jedynie przed obliczem Stwórcy i swych braci.." Olgaradowie ich nie nosili. Wystający długi pysk, utrudniał uszycie odpowiedniej kominiarki, a futro na nim i tak zdradzało jego umaszczenie. Musieli też wycinać w kapturach specjalne otwory na długie spiczaste uszy. Nie licząc maści futra, która i tak, bardzo często się przeplatała Olgaradowie byli właściwie identyczni. Pomijając już drobne cechy fizjologiczne jak, mniej lub bardziej odstające uszy, kolor oczu, czy wzrost.

Nagle elf i człowiek ryknęli śmiechem, pijącym czułe uszy Totu jak szpilki. Nawet Sakar idący daleko w przedzie, wraz ze swym drugim pobratymcem, Serrachem, zwrócili uwagę na tą nagłą radość. Rozjuszony Totu złapał, obu za kołnierze płaszczy i przyciągnął do siebie.
- Braciszkowie moi, zamknijcie się, albo dopilnuje by was konie z siodeł zrzuciły. – wysyczał, puścił ich a ci poprawili się w kulbakach.
- No daj spokój Totu. Pośmiać się nie można? – zaprotestował elf.
- Nie prosto w uszy. – odparł machinalnie, grzebiąc sobie pazurem w uchu. Serrachem rzucił Sakarowi porozumiewawcze spojrzenie po czym prychnął z irytacją.

Bon pierwszy przystanek ich ekspedycji. Był już na wyciągnięcie ręki. Nie mieli jednak zamiarem poświęcać czasu, na zwiedzanie i zbieranie pamiątek. U bram panował tłok, ciężko było im się przepchnąć przez gąszcz ludzi i zwierząt wchodzących i wychodzących przez bramy. Najpierw udali się do fortu Imber, tam zdali wierzchowce w stajni i zaciągnęli ze skarbca mała fortunę na potrzebę wyprawy. Musieli pokazać upoważnienie, do pobrania tak znaczącej sumy. Stanowcza odmowa, przy odpytywaniach o cel ich misji, na szczęście starczyła dociekliwemu skarbnikowi. Udali się do doków w których już czekał na nich "Pogromca Fall", niewielka, wysłużona brygantyna. Nie potrzebowali luksusów. Popłynęli na zachód do Farendüru. Przy dobrych wiatrach dotarli by tam w przeciągu dwóch dziesiątków. Przez kapryśne wiatry i sztormy, często nawiedzające Morze Celebes o tej porze roku, nieznośnie wydłużały rejs. Olgaradowie kiepsko to znosili, wilczy lud, nie był żeglarzami. Tęsknili za twardą ziemią pod stopami. Nie próżnowali jednak, czekając aż upragniony ląd ukarze się za horyzontem. Niestanie trenowali, są sprawność fizyczną i szermierkę. Pielęgnowali swoją wiedzę i władanie sztukami tajemnymi. Każdy z nich znał odrobinę magii, choć "magami" można było tylko nazwać dwóch członków Bractwa Teulu. Pomijając przodków, Viktor i Beren byli jednymi z najpotężniejszych czarodziejów całej wschodniej Sembii.

Po trzydziestu dwóch dniach, od opuszczenia portu w Bonie. O brzasku, nareszcie ujrzeli masyw lądowy piętrzący się nad bezmiarem wód. Sztormy zepchnęły ich jednak daleko od Serefan, gdzie mieli wylądować. Zamiast tego, ich oczom ukazało się jakieś niewielkie miasteczko. Kilkadziesiąt drewnianych chałup, otoczonych palisadom.

- Kapitanie! – zawołał Elsar, elf któremu akurat przyszło czuwać na dziobie okrętu. Piraci byli zmorą tych wód.
- Co się stało mości elfie? – zapytał pochodząc do niego gruby jak baryłka kapitan okrętu z wielką czarną gęstą brodą. Elf nie dał tego po sobie poznać, ale ten wilk morski, był dlań wręcz uosobieniem brzydoty.Raził jego wrażliwe na piękno fiołkowe oczy.
- Nigdy nie byłem w Farendürze, ale ja widzę jakaś ludzką osadę otoczoną palisadą Anie potężne miasto z kamiennymi ścianami w koło. – odparł sucho, kapitan "Pogromcy", rzucił mu zaniepokojone spojrzenie, chwycił lunetę i zączoł rozglądać się niezdarnie po brzegu. Elsar subtelnie nakierował lunetę kapitana w miejsce, o które mu chodziło. Brodaty brzuchacz z memłał w gębie jakąś wyjątkowo paskudną wiązkę przekleństw.
- Do kroćset. – warknął na koniec, opierając stopę o burtę okrętu. – Znam te dziurę. To te sztormy, nas tak rzuciły na północ. Serefan jest trzy dni drogi stąd, idąc traktem na południe.
- Trzy dni? – zapytał elf spokojnie,. unosząc wysoko brew. – Stwórco zlituj się… trzy dni drogi w plecy.
- Jakie trzy dni o czym ty gadasz? – rzucił człowiek Gelahad, podchodząc do nich.
- Serefanm jest tam trzy dni drogi stąd. – wskazał elf palcem na południe.
- Jak to?
- Sztormy. – odchrząknął kapitan brygantyny, Gelahad wypuścił z siebie spokojnie powietrze.
- Poinformuję Sekara. – już chciał się obrócić i odejść, kiedy nagle Olgarad wyrósł przed nim jak z pod ziemi. – Mamy problem bracie.
- Tak?
- Sztormy zniosły nas na północ.
- Jak daleko?
- Trzy dni bitym traktem od Serefan. – skwitował Gelahad wskazując kciukiem za siebie. Sekar milczał przez chwilę. Spojrzał na rosnącą w oczach wioskę. Unosiły się nad nią słupy dymu. Gelahad i Elsar zaciekawieni spojrzeli w tym samym kierunku.
- Lądujemy. Wołaj Viktora i Berena, mają rozbujać mi te łajbę!

Galehad wbiegł pod pokład, mało nie wywijając na schodach orła, kiedy powinęła mu się noga. Czarodzieje jedzący akurat posiłek, po usłyszeniu wieści, rzucili wszystko na stół, chwycili swe kostury i woreczki sproszkowanego illidium. Wybiegli na pokład, Sekar powtórzył im polecenie. Wspięli się na mostek kapitański. Rozsypali illidium tworząc krąg. A w nim runy pieczęci wiatru. Zaintonowali jedną ze świętych pieśni. Po czym w skupieniu, złamali Pieczęć wiatru. Potężny wiatr, ze wściekłym wyciem, uderzył w żagle, mało ich nie rwąc na strzępy. Szarpnęło statkiem, połowa załogi w tym i kilku braci zaległa na pokładzie, jakby ktoś podcios im nogi. Magowie wykorzystali zaklęcie Stabilności dzięki czemu sami nie wylądowali na pokładzie lub w słonej wodzie. Dziób okrętu zanurzył się po samą burtę. Rufa okrętu uniosła się wysoko "Pogromca Fal" ciął wodę niczym nóż. Płonąca wioska zbliżała się z każdą sekundą. Słyszeli już krzyki przerażonych ludzi.

- Zamknąć Pieczęć! – ryknął Sekar do magów pogrążonych w transie. Złamanie Pieczęci Żywiołu, to jedno wymaga umiejętności i pochłania wiele energii. Zespolenie jej na powrót… to już nie lada wyzwanie. Złamanie Pieczęci, daje pełną władzę nad żywiołem, ale jeśli się go nie okiełzna… Skutki są tragiczne. Oswobodzony żywioł okazuję pełną siłę i niszczy wszystko co spotka na swojej drodze. Magowie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego wybrali wiatr, łagodniejszy z żywiołów. Okiełznanie wody, z oceanem za plecami graniczyło z cudem. Dziób okrętu zaorał przybrzeżną plaże, załoga i pasażerowie znów padli na deski pokładu.
- Medaliony! – krzyknął do swych wilczych towarzyszy, mocą medalionów przybrali ludzką postać. – W bój bracia! – ryknął na koniec chwytając pewnie swe ostrze. Latarnnas – mieczowłócznia, błysnął złowrogo, w świetle rodzącego się dnia. Czternastu wojowników zeskoczyło na plaże i pędem ruszyło między zabudowania osady. Podzieli się na trzy grupy. Totu, Sekar i Serrachema ruszyli frontem tuż za nimi truchtem szedł elf Leyto, strzelając w każdego kogo uznał za zagrożenie dla jego Olgarackich braci. Illidan i Elsar i trzech ludźmi, poszli prawym skrzydłem, Gelahad, Stan i Velod szli przodem, elfowie trzymali się z tyłu z łukami gotowymi do strzału. Lewym skrzydłem zajęli się, Sillivan, Argel, i pozostałych trzech ludzi. Magowie po złamaniu pieczęci byli na jakiś czas wyłączeni z walki.
- Bandyci. – wycedził Sekar pod swą ludzką postacią. – Zabić. – powiedział do swoich, przyśpieszyli biegu, i wpadli na niczego nieświadomych rozbójników próbujących się właśnie dobrać się do jednej z kobiet. Młodej, zapewne jeszcze dziewicy. Krzyczała, wiła się błagała o pomoc. Jeden z bandziorów chciał już ją zdzielić w twarz. Stracił rękę, która z cichym plaśnięciem, wylądowała w lepkim błocie. Nie wydał nawet z siebie dźwięku bo sekundę później stracił głowę. Latarnnas, Varralaen Tenshen, Kosa Wichrów, śmigała w powietrzu jak zaklęta. Lata szkoleń, w jego władaniu uczyniły Sekara, niezrównanym wojownikiem. Najeźdźcy, mieli się wkrótce o tym przekonać.

Zbóje ją puścili, padając na ziemie jak kłody. Otworzyła oczy, teraz, w koło leżały trupy. Spojrzał w bok. Jej cichy wybawiciel, należał do Czarnej Straży, na plecach jego czarnego płaszcza, widniał znak. Stylizowany łeb białego wilka o ciemno niebieskich oczach i szeroko rozwartej paszczy, pełnej białych kłów. Tłem była ośmiu ramienna gwiazda.
Bandyci, przywykli grabić, zastraszać i podrzynać gardła bezbronnym chłopom, nie walczyć z Czarną Strażą.
Latarnnas Sekara, śmigał w powietrzu w śmiercionośnym tańcu, a jego ostrze kładło trupem, każdego głupca, który zbliżył się w zasięg klingi. Serrachema, był Tancerzem Ostrz, sztukę władanie bronią białą miała opanowaną do perfekcji. Skrócone olgaracki szable stosowane przez Strażników, mimo swego ciężaru, w jego rękach wydawał się nic nie ważyć. Był w bitwie nie do zatrzymania, finta, obrót, cięcie w przeponę. Unik, cięcie w krtań, parada, obrót, wykop w mostek, pchnięcie między żebra. Odbicie, cięcie w kolano, parada, cięcie w drugie kolano, ścięcie. To w wszystko w kilka chwil, w kilka uderzeń serca i pół tuzina trupów pod nogami. Był szybki, zabójczy i nieuchwytny, jak wiatr, niosący burze. Z bocznych alejek, dochodziły wrzaski konających, świadczące o tym, że napastników było wielu i Bracia mieli tam pełne ręce roboty. Elfickie strzały, zawsze sięgały celu, nie dlatego, że były zaczarowane. To biegłość strzelców nadawałam im te cechę. Bandyci stłoczyli się na środkowym placyku tuż pod bramą w palisadzie. Z bocznych uliczek, wyszli wojownicy zakonu, ich płaszcze obryzgane były krwią. Mimo Czerni było widać jak wilgotna krew odznacza się na materiale. Nie było na nich widać śladu zmęczenia, po coś jednak były te zabójcze biego-marsze po kolana w śniegu, po wszystkich szczytach Gór Żelaznych. Nieważne czy deszcz, czy skwar, czy trzaskający mróz. Byle krótka potyczka nie mogła ich zmorzyć.

- To nie są zwykli rabusie. – zauważył Totu, kładąc trupem kolejnego zbira. – Nie są odziani jak rabusie. – jego współplemieńcy posyłali mu krótkie spojrzenie niezrozumienia. – To nie Sennidzi przypadkiem? Spójrzcie na ich pancerze… - dodał po chwili trącając butem świeżego trupa. – Głównie wygarbowana skóra i misiurki, parę pancerzy łuskowych czy kolczug. Broń? Tandetna niechlujna robota. No i jeszcze te tatuaże na łysych czaszkach. Wydaje mis się, że to Sennidzi.
- Wydaje mi się… że masz słuszność Bracie. Co więc sugerujesz? - odparł Seekar uważnie obserwując najeźdźców.
- Na razie sugeruje zacisnąć pętle. Będą się stawiać to ich wyrżniemy, jak nie to może się dowiemy co oni, do cholery robią tak daleko na południe.
- Równie dobrze możemy ich wyrżnąć i zostawić wodza na spytki. – prychnął Serrachema , wskazując ostrzem najlepiej uzbrojonego z grupy ocalałych napastników.
- Nie jesteśmy barbarzyńcami. – skwitował Sekar, schował Latarnnasa do pochwy na plecach i ruszył w kierunku, tłoczonych na placyku nieprzyjaciół, zakonnym zwyczajem chowając dłonie w szerokich rękawach płaszcza. Zatrzymał się trzy kroki od najbliższego z nich i zapytał.
- Czemu niepokoicie mieszkańców tej wioski? Dlaczego palicie ich domy? – w odpowiedzi Sennidzi ruszyli do ataku. Spodziewał się tego, choć miał nadzieje tego. Najwyraźniej nie mieli ochoty na paktowanie. Skoczyli na niego jak rój wściekłych os. Z rykiem i wrzaskiem. Elfie strzały ze świstem przecięły powietrze, natychmiast przerzedzając rój. Pozostali bracia rzucili się z pomocom swemu przywódcy. Po może minucie, z dumnej bandy, zostało tylko kilka przerażonych, zdyszanych, zająców i dobre pół setki ciężkich do zidentyfikowania zwłok. Totu założył broń na brak.
- Biedni dranie, nie wiedzieli z kim zaczynają. – westchnął
- Ciekawi mnie tylko, co oni tu do licha robią. Przecież to ziemie Królestwa. –stwierdził Serracham.
My głodni panie. – wyjąkał jeden z rozciętą zakrwawioną ręką, zawieszając wzrok na Sekarze.
- Głodni? To nie mogliście poprosić tych ludzi o jedzenie? Pohandlować? – za jego plecami rozległ się głośny syk, Viktor i Beren gasili płonące domostwa. Na szczęście do tego wystarczyły proste zaklęcia jedynie naruszające Pieczęć jednego z najniebezpieczniejszych żywiołów.
- Oni nie chcieć handel. – Wybełkotał barbarzyńca.
- Handel?! Jaki handel ty gnido z gnojowiska?! – huknął jedne z wieśniaków, dzierżący w dłoni zakrwawiony miecz, na pierwszy rzut oka lepszej jakości niż te którymi walczyli Senndzi. – Zaatakowaliście nas, kiedy jeden naszych przyłapał was na kradzieży bydła! Zarznęliście Ronana jak świnie!
- Cisza! – ryknął Sekar. – Kłamiesz Sennidzki psie, wiedzę to w twoich oczach.
- U nas głód! Dzieci chore od głód! One umierać! – zaskowyczał tamten
- A myślisz że my tu dostatki opływamy?! Zeszłoroczna susza zniszczyła nasze plony! – odarł gniewnie wieśniak, - Ledwo sami mamy, dość by nie przymierać głodem!
- Gospodarzu zamknij się i przestań się wydzierać, albo tak ci w rzyć nakopie, że do następnej wiosny się z łóżka nie podniesiesz. – warknął Sekar, wieśniak umilkł, wyraźnie speszony. Dzięki Medalionowi Pradawnych wyglądną jak człowiek, nie była to iluzja. Miał ciało człowieka. Jednak jego umysł i zmysły, pozostały Olgarackim. Krzyki wieśniaka, były dla niego jak walenie metalową łyżką w stalowy gar. – Co zginęło? – podjął po chwili, zwracając się do wieśniaka.
- Pewnie wszystko co nie było przytwierdzone do podłogi. – zaśmiał się Serrachem
- Tak dokładnie. – odparł wieśniak niepewnie.
- Velod! Ponoć znasz ich język. – zawołał Totu
- Tak znam. – odparł beznamiętnie Velod podchodząc do nich, opierając o bark, swój wielki topór - Mam tłumaczyć ten bełkot? – dodał po chwili, niespecjalnie radowała go ta myśl.
- To powiedź mu, żeby nas zaprowadził do osady, z której tu przyszli. – Velod zączoł coś mówić do Sennity, brzmiało to jak bulgot spod wody.
- Nie powinniśmy się w to mieszać, to sprawa Królestwa nie nasza. – wtrącił Gelahad, chowając swój potężny miecz w pochwie. Dzięki sprzączkom i pasom, Bracia mogli nosić swoją broń na plecach. Jako że większość z nich posługiwała się bronią dwuręczną, długie klingi nie ciągnęły się za nimi po ziemi i nie przeszkadzały im przy chodzeniu.
- Więc jak? Mamy ich tak tutaj zostawić? Albo jeszcze lepiej, poinformujemy o tym patrole na dziedzińcach. Farendürczycy zbiorą armie i puszczą z dymem parę wiosek. Myślisz, że będą się przejmować czy wbijają ostrze w kobietę czy dziecko? Zarżaną wszystkich a kto przeżyje zostanie niewolnikiem. To nie Sembia, Bracie. Tu ten zbójecki proceder, choć nie legalny, nadal kwitnie w najlepsze. – odezwał się Illidan, w jego głosie wyraźnie dało się słyszeć pobrzmiewający gniew. Był jedyny, Farendürczykim w ekspedycji. Jego przodkowie byli niewolnikami ludzi, jeszcze a długo przed szóstą plagą.
- Myślisz, że jestem ślepy i głuchy? Wiem o tym dobrze Illidanie. Mamy naszą misje, o to powinniśmy się martwić przede wszystkim.
- Czytałeś, kiedyś kodeks Glahadzie? – odparł elf, oczy Glahada zastygły nagle, stały się zimne i nieprzeniknione.
- Zarzucasz mi…? – nie dokończył jednak
- Zamknijcie się. – rzekli Sekar i Totu jednocześnie
- Idziemy do tej wioski, zobaczymy co się tam dzieje, odzyskamy dobra, zacnych obywateli tej malowniczej wioski. – wtrącił Serrachem, udając wielkie zainteresowanie swoją pancerną rękawicom. – I wszyscy będą szczęśliwi.
- Nie pomagasz. – syknął Sekar
- Och. Wybacz.
- Twojemu sarkazmowi nie ma końca, co?
- Nie.
- Idziemy do tej wioski, obadamy sprawę i zobaczymy co możemy zrobić dla jednej i drugiej strony, bez niepotrzebnego mordowania.

Velod krzyknął coś do jeńców. Oni ustawili się w szeregu, jeden za drugim i położyli ręce na głowach. Velod znów zakomenderował coś, w ich dziwacznym języku. Skrupulatnie opatrzono rannych, po czym porządnie skrępowano im ręce. Powiadają, że elfich splotów nie sposób rozwiązać. Jeńcy ruszyli naprzód.
- Co im właściwie powiedziałeś? – zapytał Sekar zrównując się z tłumaczem.
- Żeby prowadzili nas do swego wodza i nie próbowali sztuczek, bo zginą natychmiast. – odparł Velod beznamiętnie, uważnie obserwując Sennidzkich więźniów.
- A skąd u licha, nauczył się tego języka? Ja nawet nie rozróżniam poszczególnych słów, a ty władasz nimi niemal jak orężem.
- Szczerze? Z czystej ciekawości. Zainteresował mnie ich kultura i styl bycia. Nauka języka, sama jakby przyszła.– odrzekł obojętnie.
- Interesujące. Ja wiem o nich tyle co dowiedziałem się w przeciągu… ostatnich może, dziesięciu minut.
- Czyli? - Że mają kiepską broń, i jeszcze gorszy styl walki. No i że mają w zwyczaju się tatuować.
- Sennidzi. To koczownicze plemiona ludzi, zamieszkujące Zmarznięte Równiny na północy Farendüru. Nie braknie tam lasów ni dzikiej zwierzyny. Sennidzi od wieków podążają tropem wielkich stad. Polują na dziki, karibu, łosie, bizony. Maja wielki szacunek dla zwierząt które karmią ich lud. Wiele z nich czczą jako bożków. Wszystkie jednak są, tak jakby, częścią, najważniejszej istoty w ich panteonie bóstw. – Sekar spojrzał na niego wyczekująco – Nie pytaj mnie jednak jak się zwie bo nie wiem.
- A jak przywykli traktować kobiety i dzieci?
- Z szacunkiem, ale to mężczyzna jest głową rodziny jeśli ma takie widzimisie, to może zabić każdego jej członka bez poniesienia konsekwencji.
- Więc gdzie tu szacunek?
- Nie wiem właśnie, co autor miał na myśli. Strasznie mętne, było to jego dzieło. Jakby sam się gubił, we własnych domysłach, mimo że napisał prawie sześćset stron. Nie pamiętam niestety jak się nazywał. Harrish… coś tam.
- Harrish Welt może?
- Tak krasnolud.
- Znałem tego starego durnia. My walczyliśmy z Plagą, a on sobie siedział przy ognisku w ciepłym obozie, bazgroląc coś na papierze. Nie przypuszczałem, że jednak dopnie swego.
- Z tego co czytałem. Sennidzi dobrze traktują przede wszystkim chłopców, a winę za brak potomka, płci męskiej zwalają na kobiety. – Sekar zaśmiał się głośno na te słowa.
- Nie kobiet wina, jak faceci strzela nie tymi co trzeba.
- No pewnie, tylko przetłumacz im to.

Sekar bez wahania złapał najbliższego jeńca. I zapytał go stawiają go między sobą a Velodem. Jeniec był przerażony. Pewnie myślał, że zaraz go pchną z znienacka.
- Powiedź no mi przyjacielu, masz dzieci? – zapytał, a Velod przetłumaczył mu wszystko. Sennid kiwnął głowa. - Ile?
- Dwie córki. – odparł Velod, tłumacząc słowa więźnia, na bardziej zrozumiały język.
- Czyją jest wina że nie masz syna?
- Mówi, że ma złą żonę, i same córki mu rodzi.
- Dlaczego uważasz niby, że twoja żona jest zła? To jej wina? – Sennid kiwnął głowa słuchając tlumacza.
- Co jej za to zrobiłeś? – jeniec pod gradem pytań, zączoł spoglądać, to na jednego to na drugiego. Sekar zacisnął mocno palce na jego karku. – Odpowiedź.
- Uderzył ją. – Sekar na te słowa, złapał go za głowę i uderzył go z kolana w nos.
- To powiedźmy, że oddałem ci od twojej żony, za to, że ją uderzyłeś. – Velod przetłumaczył dokładnie, każde słowo. Sekar, znów złapał jeńca, z łeb i uderzył go drugi ras. – To ode mnie na pamiątkę. Wracaj do szeregu.– puścił więźnia.
- To nie było potrzebne. Łamiesz prawa konwencji Kalmarskiej. Odnośnie praw jeńców wojennych. – rzekł Elsar zrównując się z towarzyszami.
- Wiem. Ale w jestem Olgaradem. Nie puszcze takiej hańby płazem. Prędzej by mnie otchłań pochłonęła. – odparł przywódca, mając jeszcze ochotę, kopnąć w dupę tego chama, co ważył się rękę na kobietę podnieść. U Olgaradów za taki czyn, w najlepszym wypadku, groziło wygnanie. Oni mieli we krwi, bronienie niewiast i dzieci. A zwłaszcza dzieci. Przy Olagaradach, niezależnie od gatunku, czy płci dzieci były nietykalne.

Dopuszczalne było jedynie, proedukacyjne "ścierowanie". Kiedy dziecko, osiągało pewien wiek, parasol ochronny był zdejmowany. U chłopców, do piętnastu lat, u dziewcząt do siedemnastu. Takie były u nich zwyczaje.
- Mam na myśli ten drugi raz. Pierwszy mu się należał. – dodał elf, poklepując towarzysza po ramieniu. Elfowie mieli do tych spraw, bardzo podobne podejście. Poza tym kodeks Zakonny nakazywał: "bronić tych, którzy nie mogą bronić się sami". Wszyscy byli wychowankami Zakonu, jedni dłużej drudzy krócej, ale wszyscy mieli kodeks wryty w pamięć niczym mantrę. Za złamanie zasad, groziła tęga chłosta.
Pochwyceni Sennidzi kluczyli, a przynajmniej próbowali, Bracia nie dali się jednak wywieść w pole. Krótkie pouczenie, bez niepotrzebnego tłuczenia jeńców, wystarczyło by ostudzić ich zapędy. Po dwóch godzinach marszu, wyszli z puszczy i przekroczyli rzekę Javen. Stanowiącą granice Królestwa i Zmarzniętych Równin.
Ukazała im się wioska. Niewielkie przenośnie domostwa , wyglądały niezwykle pośród bujnych traw północy. Była wiosna. Wszystko kwitło i zieleniło się. Było tu naprawdę pięknie. Ruszyli do wioski popędzając jeńców. Mieszkańcy wnet zorientowali się, że od strony lasu zbliża się grupa obcych. Pośród zielonych traw ich czarne płaszcze odznaczały się, jak ognisko w mroku nocy. Wiedzieli kto idzie. Czarna Straż. Straszliwi wojownicy.

Kobiety i dzieci upchnięto w domostwach a mężczyźni wyszli na zewnątrz, dzierżąc w rękach broń i uważnie obserwując przybyszów. Bracia nie dostrzegli jednak, jakiś oznak zarazy, czy głodu. Na pewno nie w śród mężczyzn. Co poniektórzy byli lekko niedożywieni, ale na pewno nie obłożnie chorzy. Sekara coś tknęło.
- Velod?
- Tak Sekarze?
- Na pewno dobrze im wytłumaczyłeś, o co nam chodzi? Mieli nas zaprowadzić do swojej wioski. Jakoś nie widzę tu objawów, choroby głodowej czy innej zarazy. Poza tym oni mają inny odcień skóry. – nie było to zbyt odkrywcze stwierdzenie. Wojownicy ci najwyraźniej należeli do innego z ludów północy. Wystarczyło spojrzeć na sam kolor skóry i odzienia które nosili. Spodnie ze skóry ozdobione frędzlami, skórzane obuwie. Wszystko schludne i czyste. Domostwa też stawiali inne. Ci stawiali spiczaste namioty, tak zwane wigwamy. Sennidzi jurty, duże krągłe o niewielkim nachyleniu dachu.

- Mogłem się pomylić przy tłumaczeniu. Zamiast powiedzieć: "zaprowadźcie nas do swojej wioski ", mogłem powiedzieć: "do najbliżej wioski". Wystarczyło przeinaczyć sylabę. Albo zrobili nas w konia.
- Rozumiem. – odparł sucho, po czym rzekł do reszty Braci. - Zostańcie tu z jeńcami. Poszukamy starszego. – Podszedł do najbliższego wojownika, chowając dłonie w płaszczu.
- Zaprowadź nas do swego wodza. – powiedział, Velod.
- Pyta się: czego chcecie od Siedzący Byk?
- Porozmawiać. Nic więcej. Pójdziemy tylko ja i mój towarzysz, będzie tłumaczył moje słowa wam, a wasze mnie. – odparł Sekar, Velodowi chwile się zeszło z tłumaczeniem, starał się uniknąć błędu w zawilej gramatyce języka Sennidów. Wojownik spojrzał na przyprowadzonych dziesięciu jeńców. Opatrzeni, skrępowani, teraz klęczeli na ziemi z głowami zwieszonymi w dół. Zapytał o coś wskazując na nich.
- Że co on chce?
- Pyta się skąd są ci wojownicy. Nie należą do ich plemienia.
- Napadli wioskę na południu. Zabili wielu ludzi i skrzywdzili wiele kobiet. Traf chciał, że sztormy zniosły nas na północ od naszego celu podróży, dzięki czemu ocaliliśmy wiele istnień.
- Ilu zabiliśmy?
- Nie mam pojęcia. Ja obaliłem co najmniej z piętnastu. – Bracia zaczekali wykrzykiwać po ilu zbili. Padały spore liczby. Jednak żaden z Braci nie przechwalał się tym, ile żyć, odebrało jego ostrze. Ich obowiązkiem było bronić tej wioski i jej mieszkańców. Na prawym skrzydle, zbitych zostało czterdziestu, na lewym trzydziestu. Sennidów napadających wioskę była ponad setka.
- Stu trzydziestu i dwóch. –rzekł Sekar dokonując w głowie szybkich obliczeń. Wojownik uniósł brwi zdumiony. Szesnastu zakonników, położyło trupem ponad stu wrogów. Średnio ośmiu na głowę. Więc, jednak opowieści o sile i biegłości Czarnych Płaszczy nie były przesadzone. Wskazał palcem namiot na wprost. Poszli więc do wskazanego wigwamu, której wyszedł właśnie nie młody już mężczyzna, wokół którego tłoczyła się grupka wojowników. Na głowie nosił dziwaczną ozdobę, pióra orła, zatknięte na długim skórzanym pasie. To z pewnością był wódź. Podeszli do niego on gestem zaprosił ich do swojego namiotu. Już chcieli wejść ale drogę zastąpił im wielki jak niedźwiedź mężczyzna. Nakazując im gestem oddać broń. Sekar i Velod zrobili tak ich poproszono. Chwile się jednak zeszło zanim, pozbyli się całego arsenału chowanego, w najprzeróżniejszych miejscach. W sumie na niewielkiej kupce przed namiotem pojawił się ponad tuzin ostrzy wszelkiego rodzaju. Cztery stalowe kastety, osiem noży do rzucania, dwa sztylety. Latarnnas Sekara i ulubiony obusieczny topór jego Nordyckiego kompana. Odpięli nawet pneumatyczne ostrza ukryte w przedramionach, w specjalnych karwaszach. Wystarczyły niezbyt skomplikowany ruch ręką, aby wysunąć je i ugodzić przeciwnika w miękkie gardło, podstawę czaszki lub słabszy punk w zbroji. W trakcie wysuwania ostrze miało dość energii by przebić czaszkę czy kolczugę. Velod był Nordem, doskonale świadczyła o tym budowa jego ciała, był krępy, wysoki. Z bardzo charakterystycznym dla jego ziomków twardym północnym akcentem. Widać było, że mężczyźni, oraz co i rusz wychylające się z domostw młode dziewczyny, patrzyli na niego z podziwem. Sekar w swej ludzkiej postaci, był od niego o polowe węższy w barach mimo, ze bynajmniej nie ustępował mu siłą czy wzrostem. Czuł się z tym nieswojo tym bardziej że nie przywykł jeszcze do swojej ludzkiej formy. Bez furta czuł się wręcz nagi. No i musiał nosić buty. Dziwne było to dla niego uczucie, tak izolować się od Elayvin. Bogini-matki przenikającej żywioły. Nie dawał tego po sobie poznać, rzecz jasna. Miał jednak nieodpartą pokusę, obmacać te delikatną ludzką twarzyczkę. Tan malutki nosek i malutki okrągłe uszy. Dobrze wiedział, że będzie musiał użyć Medalionu Światła. Jako Olgarad przyciągał by, zupełnie niepotrzebną uwagę. Mimo poświęcenia jego pobratymców podczas ósmej plagi, Olgaradowie nie cieszyli się tutaj zaufaniem. Wszyscy tutaj kojarzyli je z wilkołakami, drapieżnymi bestiami pożerającymi dzieci. "Przesądni idioci." – pomyślał mimo woli.Może wilkołaki kiedyś faktycznie istniały, ale poza baśniami i legendami, nie spotkano żadnego. Może byli to jego przodkowie, którzy popadli w obłęd? Opętani przez jakieś istoty z Pustki? O dziwo. Historie o wilkołakach przybyły do Sembii wraz z ludźmi. Elfowie, krasnoludy czy gnomy… nie posiadali w swych mitologiach podobnych istot. A może wilkołaki istniały tylko w ludzkich głowach? Może uosabiały ich lęk przed nieznanym? Przed dzikością i niesamowitością natury? "Dobra. Nie czas, nie miejsce, na snucie filozofii." – skarcił sam siebie w myślach. Weszli do wigwamu wodza, bez brzytwy nawet, a w koło stało co najmniej kilku uzbrojonych ludzi. Żadna sztuka, w końcu uczono ich nie tylko walki bronią białą. Sowicie oprószony siwizną mąż, klapnął przy ognisku z głośnym stęknięciem.

- Więc, co sprowadza was do naszego domu przybysze? – bardzo się obaj zdziwili słysząc, Farendürski w tak czystej formie.
- Napadnięto na wioskę dwa dni drogi z stąd, na południe. Ludzie, których przyprowadziliśmy, to ci z napastników których pochwyciliśmy.
- Tak, ponoć w szesnastu położyliście trupem ponad setkę wrogów. Wyczyn godny uznania.
- Broniliśmy niewinnych, kobiet, dzieci, przed agresją i nienawiścią. Przybyliśmy by dowiedzieć się dlaczego wioska została zaatakowana. Wolelibyśmy uniknąć wojny.
- Ale sami walicie w jej bramę taranem młodzieńcy. Szlachetne są wasze serca, ale zabijając tych ludzi sprowadzacie na swych braci burze.
- Być może. Nie mogliśmy jednak stać bezczynni i patrzyć jak mordują i plądrują. Powiedź czy ci ludzie, których tu przyciągnęliśmy, należą do waszego plemienia?
- Nie ich osada jest dalej na północ stad nad wodospadem.
- Jeden z pochwyconych mężczyzn, mówił, że panuje u nich głód i zaraza.
- Wiem.
- Wiec dlaczego nic nie czynisz w związku z tym?
- A co miałbym uczynić?
- Pomóc?
- Pomóc? Grzmiąca Dłoń i jego ludzie, nigdy nam nie pomogli, kiedy nasze dzieci głodowały. Dlaczego my mielibyśmy im pomóc…?

Rozmowa w namiocie trwała dobrą godzinę. Niewiele informacji wyciągnęli od Siedzącego Byka. Właściwie była to zupełnie bezproduktywna rozmowa. Ni jak nie dał się przekonać, do tego by pomóc swoim somsiadom. Sekar i Velod podziękowali za "gościnę" i opuścili namiot. Zdziwili się lekko, kiedy okazało się że ich broni tam nie ma. Elsar podniósł w górę Latarnnas Sekara, dając im znać że ich ekwipunek jest bezpieczny.
- I co? Udało wam się coś dowiedzieć? Dobrą godzinę, żeście tam siedzieli. – zapytał elf, kiedy się zbliżyli
- Nic. Zupełnie nic. Jak walenie głową w kamienny mur. – odparł Velod, chowając swe ostrza na miejsce.
- No i co zrobimy z tymi łobuzami? – zapytał Totu, jego zielone oczy błysnęły niezadowoleniem.
- Velod. Powiedź im, że mają wracać do swojej wioski. Jeśli jeszcze raz, zjawią się na południu, to ześle na nich wilkołaki by pożarły ich serca. – odparł Sekar beznamiętnie, zapinając na przedramieniu karwasz z ukrytym ostrzem. Nord spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Że co?
- To co słyszałeś. Tłumacz. – orzekł szorstko, chowając w pochwie swój Latarnnas.
- Słowo w słowo?
- Nie zadawaj głupich pytań, dość czasu zmarnowaliśmy.
- Dobrze nich ci będzie. – rzekł, po czym zączoł tłumaczyć Sennidom słowa przywódcy. Pobledli śmiertelnie, a ich strach spotęgowały iskry sypiące się z oczu Sekara. Kłamał. Sennidzi łyknęli haczyk, jak głodne karpie. Wyraźnie było to widać, po ich minach. Zostali rozwiązani i puszczeni wolno. Mieszkańcy wioski, również widać uznali jego słowa za prawdziwe.
- To co teraz robimy? – zapytał Leyto
- Idziemy do Serefan, Tam skontaktujemy się z Zakonem, ponoć mamy tam jakąś niewielką placówkę.

Olgaradowie, mimo swej ludzkiej formy i przez to przytępionych zmysłów nie dali się zwieść kluczącym Sennidom. Do wioski, w której wylądowali, farsowym marszem wrócili tuż przed świtem kolejnego dnia. Poinformowali mieszkańców wioski o tym, że udając się do Serefan i przyślą stamtąd pomoc zakonu przeciągu kliku dni. Farmerzy i hodowcy nie powitali tego okrzykiem radości. Pomogli tylko jeszcze zepchnąć "Pogromcę Fal" z powrotem do wody, kapitan mało się nie popłakał ze szczęścia.

Wsiedli powrotem na jego pokład i ruszyli na południe do Serefan. Wiatry jednak jak na złość dmuchały na północ. Jakby każąc im wracać. Dwa dni płynęli do Serefan, by w końcu ujrzeć je wynurzające się zza horyzontu. Dobili do dzielnicy portowej, jedynej otwartej na ocean Celebes. Kiedy tylko okręt uderzył w nabrzeże doków wszyscy Bracia jak jeden mąż zeskoczyli pokładu "Pogromcy Fal"
- Serefan. Nasz pierwszy przystanek. – rzekł Segran, krasnolud towarzyszący ekspedycji, jego zadaniem, było doglądać obozowego ekwipunku i kucy, które kosztowały mała fortunę.
– Z chęcią zajrzał bym do jakiejś karczmy i zjadł coś ciepłego. – stwierdził Totu nareszcie stając na twardym lądzie. – Hm. Wygląda na to, że nie jesteśmy tu zbyt mile widziani. – dodał po chwili rozglądając się badawczo.
- Nie zapominaj Bracie że zza pleców wystaje ci rękojeść twojej szabli. To z pewnością przyciąga uwagę. – odezwał Serrach, trzeci z Olgaradów, stając u jego boku.
- No tak z pewnością.
- Dziwnie się czuje w ludzkim ciele. – stwierdził Serrach drapiąc się po ogolonej czaszce. – Jakiś taki goły się czuje, zamiast mojego pięknego wypucowanego futra, mam tylko jakieś liche, ciemne włoski na ciele. - Mówiłem ci, żebyś się przyzwyczajał. Ja nosze medalion odkąd wsiadaliśmy na okręt. Uwierz mi pierwszy tydzień jest najgorszy.
- Ha! Wierze. Nie mam wyjścia. – odparł młodzik. Każdy z trzech Olgaradów biorących udział w misji, dostał od Pradawnych, osobiście zaklęty przez nich, medalion, dzięki któremu mogli przybierać ludzką formę. Nagłe znalezienie się w skórze innego gatunku, jest naprawdę nieprzyjemnym uczuciem.
- Przestaliście już rozpowiadać na prawo i lewo o tajemnicach Zakonu. – syknął Sekar, obaj zrobili zdumione miny kiedy zobaczyli ich, przywódcę w ciele człowieka.
– Na litość Stwórcy. Sekar to ty? Ależ ty dziwnie wyglądasz. – Sekar drapał się właśnie po naramienniku zbroi, lekko przygarbiony z kwaśna miną. Wyglądało na to, że też nie zdążył przywyknąć do ludzkiego ciała. - Zamknij się. Nazywam się teraz Altegar Coen, nie żaden Sekar. Zapamiętajcie to wreszcie. – posłał im gniewne spojrzenia, zatrzymał wzrok na najmłodszym olgaradzie w ekspedycji. – Jak on się nazywa? – zapytał wskazując na Totu
- Tibor Sándor jest Frygiem.
- Dobrze. Jak on się nazywa? – zapytał drugiego, wskazując na jego przedmówcę.
- Izekar Autar z Mozairu.
- Dobrze. Że, też ja nie mam zębów, żeby popieścić te delikatną skórkę. – warknął pod nosem intensywnie drapiąc się po naramienniku. – Nawet pazurów nie mam żeby się podrapać. Szlak by to. – Stanął sztywno, wyprostował się, krzyknął. – Kompania! Baczność!! – jego piętnastu towarzyszy ustawiło się w dwuszeregu, jak przystało na rasowych żołnierzy, waląc podeszwami, okutych ciężkich buciorów, o wybrukowane nabrzeże. Ci którzy jeszcze tego nie zrobili naciągnęli na głowy kaptury Zakonnych płaszczy i naciągnęli na twarze czarne chusty zasłaniające ich oblicza aż po same oczy.
– Naprzód marsz! – zakomenderował i ruszyli równym krokiem do bram portu. Ciężko ich był nie zauważyć, już pomijając fakt że maszerując robili mnóstwo hałasu uderzając twardym obuwiem, o bruk portu. Czarne podróżne płaszcze z wyszytym na plecach symbolem Bractwa, stylizowanym pyskiem białego wilka, wręcz biły po oczach. Nawet mimo tego że były on przysłonięty potężnymi ostrzami zwisającymi za plecami ich posiadaczy. Stalowe mosiężne klamry uprzęży na których uczepiona była broń, również przyciągały wzrok gapiów.

Tutaj nazywano ich Czarną Strażą i byli budzącymi zarówno postrach jak i szacunek wojownikami. Szesnastu zakapturzonych wojów z za morskiego Zakonu. Dziś to już niecodzienny widok. Szkoleni przez lata, ganiani po szczytach gór jak kozice. Zaprawieni w bojach, hartowani w ogniach bitew, tych szesnastu wojowników, stanowiło siłę, z którą należało się liczyć.

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież