|
Ferelden. Kraj, w którym elfy są śmiertelne i żyją w obcowiskach, a krasnoludy w podziemnych thaigach. Kraj, gdzie magów pilnują templariusze, a Zakon wiedzie prym kościelny. Kraj, gdzie osoby, które żyją poza Kręgiem Maginów, a parają się sztukami magicznymi- są zwane apostatami. Maleficarum…
Czy zastanawiałeś się kiedyś jak to jest, kiedy…
...Jedyne co pamiętasz z dzieciństwa to stara rozsypująca się chałupa położona nad jedną z tysiąca cudownych zatok Morza Amarantowego? Co rano budziły cię ze snu fale, roztrzaskujące się o wystające skały nadbrzeżne, a ty leżałeś na wilgotnej macie z pustym brzuchem, bo brakowało jedzenia…
-Väinamöinen! Wstań już!- głos matki był jak dzwon, który wybudzał cię z przykrego otumanienia. Otwierasz oczy i widzisz jej zatroskaną twarz. Matka. Deneve. Apostatka. To ona przekazała ci tę spuściznę krwi. To ona zawsze przestrzegała: „Nie zbliżaj się do ludzi”- jakbym nie wyglądał na jednego z nich- „Nie jesteś taki jak oni”. Wskazuje na twoje uszy, lekko spiczaste i zaostrzone przy końcach. Ciągnie cię przed potłuczone lustro. W odłamkach widzisz swoją sylwetkę- niby ludzką, a jednak mniej masywną. „Jesteś półelfem, a jednak oni wyzwą cię od elfów. Traktują to słowo jak przekleństwo”.
Elf. Elfka. Matka. Znów na nią patrzysz. W jej smutne oczy, pociągłą twarz, złote włosy upięte w kok.
A potem były ćwiczenia. Cała masa ćwiczeń… i kolejne
„Skup się! Inaczej zagotujesz sobie krew i umrzesz!”
Samokontrola- tak to nazywała. Magia krwi- na co to komu!?
Staliśmy jak zawsze sami- na szczycie klifu. Zamykasz oczy i wtedy, w uszach słyszysz tętent końskich kopyt. Odwracasz się. Po kamiennym trakcie w dole jadą rycerze w płytowych zbrojach. „Uciekaj stąd. Biegnij ile sił w nogach” szepcze i popycha cie w stronę ścieżki. Ale jest już za późno. Jeden z jeźdźców pośpieszył konia do galopu i w ułamku sekundy pojawia się tuż obok was.
Wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach i śmiesznej koziej bródce patrzy ze śmiertelną powagą na matkę. ‘Oddaj go, Deneve’ mówi spokojnym stanowczym głosem. „Nie, Gregor. To moje jedyne dziecko! Miejże litość!” ‘Oddaj go dobrowolnie, bez żadnych sztuczek. Wiem, że jesteś magiem krwi i formalnie mam prawo zabić cię na miejscu. Ale nie chcę tego robić, Deneve. Nie zmuszaj mnie do tego… Błagam’
Matka waha się, jednakże to nie trwa długo. Unosi ręce, składa palce w gest. Templariusz jest szybszy, dobrze przeszkolony w swoim fachu, dobył broń i zanim ona skończyła formułę zaklęcia- pchnął ją mieczem pod żebra. Wydała cichy jęk. Zsunął ją z ostrza i pozwolił spaść bezwładnemu ciału w odmęty wody.
Dalej wszystko dzieje się jak pod zasłoną mgły- templariusz łapie cię w pasie i sadza przed sobą w siodle. ‘Nie szarp się dzieciaku. Jedziesz z nami do Kręgu’ mówi, po czym ogłusza cię rękojeścią miecza- na wypadek gdybyś próbował się wyrwać. I zanim oczy przesłaniają ciemności- patrzysz raz jeszcze na matkę. Spokojne oblicze, złote rozrzucone włosy unoszące się na powierzchni wody… i szkarłatną plamę, w której pływa jej ciało…
-Krzyczałeś przez sen- Jowan siedział w koszuli na krawędzi łóżka- Darłeś się, że go nienawidzisz. Kogo?
-A czy to ważne? Która jest?- zapytałem patrząc uważnie w twarz starszego adepta.
-Wcześnie. Wszyscy jeszcze śpią… no, prawie wszyscy- mrugnął porozumiewawczo.
No tak, templariusze sypiali na zmianę, po kilka godzin. Wciąż stróżowali. Pilnowali, żeby jakiemuś magowi nie strzelił do głowy głupi pomysł ucieczki z Kręgu.
-Ależ ja jestem śpiący- skłamałem i ziewnąłem ostentacyjnie. Jakoś nie chciało mi się gadać z Jowanem o moich koszmarach, tym bardziej, iż od rana czekały nas katusze z Irvingiem, Pierwszym Zaklinaczem.
-Taak… Faktycznie, lepiej być wyspanym na zajęciach z Irvim.
Wrócił do swojego łóżka i nakrył się pierzyną aż po uszy. Po chwili usłyszałem ciche chrapanie, ale ja nawet nie zmrużyłem oka.
Nauka w wieży nad jeziorem Kalenhad bazuje głównie na technikach koncentracji i samoobrony przed istotami Pustki. Kiedy zdobędziesz podstawy, zaczynają uczyć cię prawdziwych zaklęć i odpowiednich gestów wspomagających czary. Lata biegną coraz szybciej, a ty na pewnym etapie przestajesz to zauważać. Otaczają cię te same mury, te same twarze i ci sami templariusze pełniący warty przy każdej z sal. Raz po raz wyłania się Gregor – dowódca rycerzy. Patrzysz w jego obojętne oczy i w kółko wspominasz śmierć matki. Słuchasz głośnych rozmów i śmiechów, i szeptów… a słowo wolność nabiera dla ciebie nowego znaczenia- bez wartości, bo nigdy nie odjedziesz z Kalenhad. Krąg staje się twoim domem, a wieża- więzieniem.
-Zamknijcie Andersa w karcerze. To już trzeci raz- rozkazał Gregor, po czym odwrócił się i ściął mnie wzrokiem- Nie masz zajęć?- syknął jadowicie.
-Nie. Pierwszy Zaklinacz kazał mi odpocząć. Jutro przechodzę Katorgę, jeśli pamiętasz- poinformowałem go z wymuszoną uprzejmością.
-Tak, masz rację… Nie daj się pochłonąć przez żadnego demona. Nie mam ochoty zabijać pupilka Irvinga- ostatnie zdanie rzucił przez ramię na odchodnym.
‘Nie masz ochoty? Mojej matce też tak mówiłeś…’ cofnąłem się o krok i poczułem, że plecami wpadam na zbroję.
-Uważaj jak łazisz, szczeniaku- warknął Cullen, jeden z młodszych templariuszy. Nazywanie mnie w ten sposób wcale nie poprawiało jego wizerunku. Z twarzy zionęła nienawiść względem magów.
-To ty uważaj gdzie stajesz. To środek korytarza.
-Ty….- zaczął, ale od razu zamilkł. Z głębi dobiegł nas głuchy odgłos kostura stukającego o posadzkę.
-Väinamöinen, prosiłem abyś zmusił się do snu. Jutro twój wielki dzień i nie chcę żebyś był zmęczony. Pamiętaj, zmęczenie to…- Irving był dla mnie jak ojciec. Naprawdę się o wszystko martwił- karał za przewinienia, nagradzał za sukcesy i każdego adepta, a później maga, traktował jak własne dziecko.
-…największy wróg maga- dopowiedziałem. Powtarzał to na każdych zajęciach.- Już idę do sypialni.
-Dobrze. Cullen, czy nie miałeś dziś pełnić warty przy Wielkiej Sali?
-Tak, właśnie tak szedłem Pierwszy Zaklinaczu- skrzyżował ręce na piersi i odmaszerował. Co jak co, ale Irving cieszył się ogromnym szacunkiem wśród templariuszy. Wróciłem do pokojów uczniów, przebrałem w koszulę i wlazłem pod kołdrę. Później wymruczałem zaklęcie snu i odpłynąłem…
Obudziłem się w południe. Zdziwił mnie nieco fakt, że nikt nie przyszedł wyrzucić mnie z łóżka. Pokoje były puściutkie. Pozostali uczniowie pewnie mieli zajęcia.
Ubrałem się i pognałem do Sali Katorgi znajdującej się na szczycie wieży. Czekali tam na mnie Irving z Gregorem i paroma templariuszami.
-Widzisz, Gregor? Mówiłem ci, że jak tylko się obudzi to tutaj przybędzie- Irving machnął ręką, żebym do niego podszedł- Pamiętasz na czym polega Katorga?
-Oczywiście. Dwa dni temu o tym rozmawialiśmy- potaknąłem.
-W takim razie, powodzenia- rzucił Gregor i wraz ze swoimi ludźmi ustawił się w okrąg dookoła nas- Twoja magia to dar, ale i przekleństwo…
-Uważaj. Pustka to niebezpieczne miejsce…- Pierwszy Zaklinacz spojrzał na mnie, położył dłoń na moim ramieniu- Będę modlił się o powodzenie dla ciebie, chłopcze…
Świat zawirował. Otworzyłem oczy. Znalazłem się w miejscu zawieszonym w między sferach. Brudno rdzawe ścieżki wiły się przede mną niczym węże. Niedaleko mnie płonęło nikłe światełko. Zbliżyło się i okrążyło parę razy. W końcu- zaatakowało wiązką energii.
‘Ognik’, pomyślałem, uchylając się przed pociskiem. Wzniosłem dłoń rzucając czar uścisku zimy. Eteryczne stworzenie zamarzło w ułamku sekundy i pękło z trzaskiem. Pobiegłem w dół. Przy rozwidleniu dróg zauważyłem duchowe wilki atakujące… mysz? W myślach uszykowałem wiązankę czarów, którymi chwilę później zasypałem napastników.
~Uf, dziękuję za ratunek- wypiszczała mysz- Więc jesteś kolejnym biedakiem, którego wrzucili do Pustki? To twoja Katorga, mam rację?
‘Kolejnym?’ zdziwiłem się. Moje myśli krążyły poza ciałem i nabierały rozgłosu. Usta zdawały się być zaszyte grubą nicią- nie dawały się otworzyć.
~No tak. Przecież każdy mag zanim uzyska tytuł zostaje tu wysłany.
‘A ty? Też byłeś magiem?’ pochyliłem się. Poruszał śmiesznie noskiem. Fuknął.
~Naturalnie. Dawno, dawno temu. Po co pytasz? Nie musisz czasem odnaleźć swojego demona?
Demon. Miałem ogromną ochotę palnąć się w ten głupi łeb. Prawie zapomniałem, po co tu jestem. Obszedłem mysz i ruszyłem przed siebie. Rdzawy pył osadzał się na mojej szacie, tak że wkrótce całkowicie zmieniła barwę z niebieskiej na bliżej nieokreślony brąz.
Od jakiegoś czasu miałem wrażenie, iż coś podąża krok w krok za mną. Śledzi mnie?
~Przygotuj się- pisnął Myszka śmigając między moimi nogami.
‘A ty tu czego?’ pomyślałem, a słowa same nabrały siły i wydarły się poza ciało.
~Nie będziesz potrzebować pomocy?- powiedział rozpaczliwie i zastrzygł uszkami.
‘Heh. Ależ z ciebie bohater… ale dziękuję. Skoro chcesz…- matka uczyła mnie przyjmować pomoc od każdego, kto ją oferuje i co najważniejsze- oferuje ją szczerze.
Ostrożnie dobrnęliśmy do kolejnego rozstaju. Intuicyjnie wiedziałem, którędy mam iść. Minęliśmy potężny namiot ozdobiony licznymi napisami i wzorami- swoisty symbol legendarnego Czarnego Miasta w Pustce. Przy ścieżce biegnącej w lewo stał wojownik w zbroi i hełmie typowym dla templariuszy.
~Witaj, śmiertelniku- skrzyżował ręce w geście powitania, jak tylko wyłoniłem się zza zakrętu- Przybywasz tu, aby w chwale ujarzmić i zmiażdżyć złe siły, czyhające na twą duszę…- bardziej stwierdził niż zapytał- Jestem Duchem Sprawiedliwości, stań ze mną w szranki i przekonaj się, czy podołasz swemu demonowi- zagrzmiał.
‘Nie jestem osobą, która wybornie radzi sobie z mieczem. Jak miałbym cię pokonać? To byłby bardzo nieuczciwy pojedynek- skwitowałem go. Irving uprzedzał, że w Pustce spotkam wiele różnych istnień- mniej lub bardziej przyjaznych. Dodał również, iż sam będę musiał rozróżnić, które spośród nich jest „moim demonem”.- A może TY pomożesz mi zwalczyć Demona?
~Ja?- zdziwił się- Niby dlaczego, skoro to na tobie mu zależy?
‘W takim bądź razie, dlaczego mam z tobą walczyć, skoro nie TY jesteś Demonem?- czułem, że zaraz go rozgniewam. Mag w bezpośrednim starciu z mieczem nie ma zbyt dużych szans na wygraną. Co prawda, one rosną wraz z gorszym wyszkoleniem rycerza, ale też mogą maleć- im lepiej jest zaprawiony w boju.
~Eh… Wykazujesz ogromną odwagę, skoro poczynasz sobie w ten sposób z Duchem Sprawiedliwości… Nie mogę udzielić ci fizycznego wsparcia, bo to nie moja próba. Jednakże weź jedną z broni- wskazał na stojaki obwieszone różnymi rodzajami oręża znajdujące się tuż za nim.
‘Dziękuję i tak- odpowiedziałem ściągając z nich kostur.
Myszka był już gotów do drogi. Oddaliliśmy się od Ducha i szybko dotarliśmy do dużej, hmmm… polany? Wnęki? Na środku leżał ogromny demon, wyglądem przypominający przerośniętego psa skrzyżowanego z jeżem. Z żuchwy, łopatek i paru innych części ciała wystawały mu śnieżnobiałe kolce. Zawarczał ochryple i uchylił jedno żółte ślepie.
~Grrr…. Jesteś kolejnym nieszczęśnikiem, który tu trafił we śnie?
‘Ja…nie… kim jesteś?- czułem, że to nie ON.
~hahahaha…. Demonem gnuśności, chłopcze… Eh… jak mi się nie chce- przeciągnął się i ziewnął.
‘Skoro nie masz nic do roboty, czy mógłbyś mi pomóc w walce z Demonem- zacząłem, ale nie pozwolił mi dokończyć.
~Jesteś magiem? Taaak… oczywiście, że nim jesteś- odpowiedział sobie na własne pytanie- Czy mógłbym? Sądzę, że tak, ale nie tobie.
‘To znaczy?- uniosłem brwi. Bawił się ze mną.
~Twój towarzysz, mysz, to niezbyt udany kompan do walki. Mogę nauczyć go zmiany postaci… hmm… na przykład w niedźwiedzia?
‘Więc go ucz- zdecydowałem, a Myszka zapiszczał z przerażenia.
~Niiieee mogę… Wpierw chcę, żebyś zagrał ze mną w zgadywanki.
Przełknąłem ślinę.
‘A jak nie zgadnę?
~Wtedy… cię… zjem- otworzył drugie ślepie i mlasnął. Kłapnął zębami- Co ty na to?
~Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł- wtrącił się Myszka.
‘Czemu nie? Warto spróbować- byłem tak pewny siebie, bo nie miałem sobie równych w zagadkach. Zawsze wygrywałem z mamą, a później z Jowanem i pozostałymi uczniami.
~Wyborrrrnie. Oto pierwsza…- wyrecytował krótki wierszyk, ja udzieliłem poprawnej odpowiedzi i tak trzy razy. Zaśmiał się- Logika! Pewność! Wytrwałość! Taki ma być mag! Świetnie się z tobą bawiłem! Dobrze. Umowa to umowa…- wzniósł wielką szponiastą łapę. Myszkę otoczyła fala energii- i oto mysz przybrała postać niedźwiedzia grizzly.
~Niesamowite. Magia pierwsza klasa!- wykrzyknął uradowany.
~Tak, tak… A teraz, idźcie już sobie..- złożył łeb na łapach i głęboko westchnął. W duchu dziękowałem Stwórcy za to, że demony gnuśności są cholernie leniwe i naprawdę rzadko atakują.
‘Jak się czujesz?- spytałem, gdy byliśmy w jednej trzeciej drogi powrotnej.
~Niezwykle. Spójrz tylko. Ja, Myszka… jestem niedźwiedziem!
Wróciliśmy do miejsca, w którym wcześniej rezydował Duch Sprawiedliwości. Rozejrzałem się, ale nigdzie go nie było. W zamian usłyszałem przeraźliwe wycie. Z bocznych ścieżek wyskoczyły widmowe wilki. Rzuciłem czar uderzenia umysłu, który na szczęście odniósł odpowiedni skutek. Wilki zamarły w bezruchu, ogłuszone. Myszka dopadł pierwszego i rozdarł na strzępy. Z resztą rozprawiliśmy się równie szybko…
Potem przyspieszyłem kroku. Czułem się zmęczony. Pustka to jednak nie jest świat całkowicie rzeczywisty i organizm zupełnie inaczej reaguje na każdą najdrobniejszą zmianę, jaka może nastąpić. Zmiany są przenajróżniejsze, ale najczęściej wszystkie na pewnym etapie powodują ogromne zmęczenie i wyczerpanie…
Nagle, w kotlinie którą mijałem wcześniej, zapłonęły cztery ogniska. Pośrodku zmaterializował się stwór przypominający chodzącą, płynną lawę.
~Myszka!- krzyknął uszczęśliwiony- Przyprowadzasz mi śniadanie?
Ostatnie zdanie uderzyło mnie jak grom drzewo w szczerym polu. Zdrajca. Myszka skulił się patrząc na mnie uważnie. Milczał.
‘Więc, to Ty jesteś „moim demonem”?
~Nie inaczej. Dzięki Myszce, użyję ciebie aby wejść do świata realnego. Zmaterializuję się po tamtej stronie, jako.. ty!- zaczął snuć plany.
‘Po moim trupie. Nigdy na to nie pozwolę. Będę z tobą walczyć do upadłego… A gdybym przegrał templariusze dokończą dzieła. Zabiją cię gdy tylko pojawisz się w Sali Katorgi.
~Zobaczymy- rozłożył magmowe ręce i wzniósł bezkształtny łeb w górę. Kilka kropel lawy spadło na ziemię. Dookoła pojawiły się naładowane energią ogniki. Myszka zaryczał groźnie i rzucił się na eteryczne kule. Odciągnął je ode mnie, pozostawiając mi szerokie pole do popisu przed demonem.
To była niezmiernie krótka walka. Kilka czarów ofensywnych i demon z piskiem „rozlał” się na piachu.
~Oto koniec. Koniec, prawda?- Myszka przybrał postać człowieka. Faktycznie był magiem zaginionym w Pustce.- Tak! To musi być koniec! Spójrz, znów jestem człowiekiem! – obrócił się w miejscu.
‘Muszę wracać- przerwałem mu tę błogą chwilę euforii.
~Czekaj! Czy… czy nie mógłbyś mnie stąd wyciągnąć?
Zatrzymałem się w pół kroku. Chwila… Zaświtało mi coś w głowie… A potem przyszło olśnienie!
‘Wiesz co? Odnoszę wrażenie, że to nie tamto stworzenie było moim demonem- rzuciłem podejrzliwie, jednocześnie układając głęboko w myślach odpowiednie zaklęcia obezwładniające.
~Jak tak możesz…- zaczął, ale nie pozwoliłem mu skończyć.
‘Gdybym chciał, zapytałbym magów o pomoc w wyciągnięciu cię z Pustki. Ale nie chcę. Sam też ci nie pomogę- złożyłem palce prawej dłoni w gest- serdeczny i mały przyłożyłem do kciuka.- Zbliż się do mnie, a zagwarantuję ci gwałtowny powrót do nicości.
~Brawo, wygrałeś! Pierwszy Zaklinacz powinien być z ciebie dumny…
|