Dragon Age

Cuda Thedas

Historia Sandala

Dodano: 13 lutego 2011 13:00 | autor: eovinn

Kolejna ekspedycja krasnoludów powracała z Głębokich Ścieżek. Tym razem kasta górników zmniejszyła się tylko o ośmiu członków, podczas całego, kilkumiesięcznego pobytu w zapomnianych thaigach. To była dobra nowina.

Pomimo strat, członkom wyprawy nie udało znaleźć się niczego wartościowego, za wyjątkiem kilku popękanych płyt. Skulptorium otrzyma nowy materiał do zbadania i stanie się tak jak za każdym razem – tylko Rzeźbiarz Wspomnień będzie zadowolony z efektu poszukiwań.

Sandal przerwał pracę i wychylił się przez szynkwas, obserwując kierujących się do oberży górników. Och, jakże im zazdrościł! W opuszczonych thaigach na pewno kryło się mnóstwo rzeczy, mnóstwo skarbów, które dla większości krasnoludów były zwykłymi kamieniami, lecz dla Sandala…

- Weźże się do roboty, smarkaczu! – huknął starszy krasnolud, strzeliwszy chłopaka przez łeb. – Na Kamień, ten topór sam się nie naostrzy!

Sandal pozwolił sobie na zirytowane westchnięcie dopiero wtedy, gdy hałas spowodowany ostrzeniem broni stał się na tyle donośny, aby ojciec nie mógł niczego usłyszeć.

Agoth należał do kasty kowali. Był potężnie zbudowanym, łysym krasnoludem dzierżącym w dłoniach wielką siłę. Owoce jego rzemiosła uchodziły za najbardziej ceniony towar w Orzammarze. Pochodził z rodu o korzeniach dłuższych niż samo Thedas i tradycjach niezmiennych przez pokolenia. Jedną z nich było nieustanne doskonalenie kunsztu i przekazywanie tej wiedzy swoim potomkom. Wolą Przodków było jednak, że na świat przybył jedynie Sandal i jego siostra, Maya, zanim ich matkę przyjął Kamień. Agoth jakieś pięć lat temu opchnął córkę zacnemu jegomościowi z kasty górników, aby w spokoju prowadzić szkolenie syna. Sandal potrafił wykonać wszystko, co nakazywał mu ojciec, lecz brakowało mu zaangażowania i nie siedział w kuźni dłużej, niż to konieczne. Starszy krasnolud wiedział, że to tylko przejściowe. Wystarczy znaleźć dzieciakowi wnerwiającą żonę, aby nauczył się, iż miejsce prawdziwego mężczyzny wcale nie jest u jej boku.

Gdy tylko ojciec powrócił do kucia, Sandal ośmielił się spojrzeć tęsknie w kierunku maszerujących górników. Był wśród nich Gendon, mąż Mayi, który mimo, że nie podzielał zapału szwagra, jako pierwszy przyczynił się do rozwoju jego zainteresowań. A właściwie nie tyle on, co jego małżonka.

Przez kilka pierwszych lat Gendon przynosił swojej ukochanej rozmaite podarunki znalezione na Głębokich Ścieżkach. Część świecidełek wędrowała do Sandala, lecz największym skarbem, który znalazł się w jego rękach był okrągły, czarny kamień z wygrawerowanym pośrodku symbolem. Nigdy wcześniej takiego nie widział i nie ośmielił się zapytać o jego właściwości w Skulptorium. Wtedy mogliby go zabrać, a Sandal czuł, że z pozoru marny upominek krył w sobie więcej, niż wyglądało na pierwszy rzut oka.

Skulptorium miało w swoich zasobach wiele wysłużonych, niekiedy niezrozumiałych woluminów, do których od wieków nie zaglądano. Wśród nich znalazło się kilka ksiąg blisko związanych z magią i tam też Sandal rozpoczął swoje poszukiwania. Tajemniczy kamień na pewno nie był własnością ludu Orzammaru i musiał znaleźć się na Głębokich Ścieżkach dzięki komuś z zewnątrz.

Ze znalezionego opisu wynikało, że Sandal został posiadaczem kamienia runicznego, a dzięki rycinie rozpoznał, iż na artefakcie błyszczał symbol oznaczający dwimeryt. Podobno niektórzy potrafili zaklinać bronie podobnymi przedmiotami, dodając im nowych właściwości. Sandal, urodzony w kaście kowali, widział w tym swoją szansę. Mógłby ulepszać miecze i topory stworzone przez Agotha i sprzedawać je tym bardziej zamożnym ziomkom. Jeden kamień runiczny to jednak za mało, żeby zrobić wrażenie na ojcu, nie mówiąc już o Kongresie. Poza tym Sandal nie był pewny, czy poświęciłby swój największy skarb przedsięwzięciu, które mogło się nie udać. Być może na Głębokich Ścieżkach znajdowało się więcej podobnych przedmiotów?

Młodzieniec nie chciał zawracać Gendonowi głowy i prosić, aby szukał niepozornych kamyków z wymalowanymi symbolami, ale czy istniało inne wyjście? Agoth nawet nie chciał przyjąć do wiadomości, że jego jedyny syn zszedłby na Głębokie Ścieżki. Na Kamień, za każdym razem boleśnie wybijał mu ten pomysł z głowy! Z drugiej strony Sandal jeszcze nigdy nie był tak zdeterminowany, aby sprzeciwić się woli ojca. Gdyby jednak znalazł się ktoś, kto znał realne zagrożenie z górniczych wypraw i poświadczył, że chłopak dałby sobie radę…

Sandal znał tylko jedną osobę, która mogłaby się za nim wstawić.


Przygotowanie planu trwało prawie trzy miesiące. Młody krasnolud był tak pomocny, posłuszny i miły, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie chciał dawać ojcu dodatkowego powodu do nie wyrażenia zgody na podróż. Gendon i Maya z początku byli sceptycznie nastawi, lecz gdy przekonali się, że pragnienie Sandala nie jest tylko krótkotrwałym pomysłem – zgodzili się na współpracę. Szwagier miał wkrótce poprowadzić kolejną wyprawę na Głębokie Ścieżki i tym razem młodzieniec chciał mu towarzyszyć.

Zbliżająca się rocznica zawarcia małżeństwa była dobrym powodem, aby zorganizować rodzinne spotkanie, na którym miał być obecny Agoth wraz z synem. To właśnie wtedy Gendon przystąpił do działania i po ośmiu kuflach przedstawił swoją propozycję teściowi.

- Chyba pozamieniałeś się z bryłkowcem na rozumy! – huknął Agoth, uderzając pięścią w stół. Nie zrobiło to na nikim wrażenia; nikt nie spodziewał się, że kowal przyjmie wiadomość spokojnie. – Nie wyślę jedynego syna na Głębokie Ścieżki!
- Chłopak chce się wykazać – odparł spokojnie Gendon, ocierając wąsy z resztek piwa. Maya zaraz napełniła mu kufel kolejnym. – Kobity są ostatnio bardzo wymagające. Jak Sandal ma znaleźć w takim wypadku żonę?
- Przyjdzie czas to żona znajdzie jego. Nie musi włóczyć się razem z innymi wariatami po tych zapomnianych dziurach!
- Te „zapomniane dziury” są dowodami naszej przeszłości…
- Co mi przyjdzie z tego, że oddam dzieciaka w łapy mrocznych pomiotów?! – Agoth splunął na podłogę, marszcząc gniewnie brwi. – Potrzebuję go w kuźni!
- To kuźnia potrzebuje ciebie – rzucił Gendon. – A nam, górnikom, przydałby się na wyprawie ktoś, kto wie jak naprawiać broń. Nalegam, przyjacielu. – Krasnolud pochylił się nad stołem. – Wolałbym zabrać ciebie, ale wiem, że to niemożliwe, więc wystarczyłby mi syn tak zacnego kowala. Co ty na to? - Nie jestem już taki młody, jak kiedyś – burknął nadąsany Agoth. – Nie wiem, jak długo poradziłbym sobie sam…
- Tak się składa, że mam kuzyna, który bardziej interesuje się toporami, niż kilofem. Weź go na termin, dopóki nie odstawię Sandala z powrotem.

Chłopak nawet nie śmiał głośniej odetchnąć. Opór Agotha słabł, na co wpłynęły komplementy, jak i długoletnie doświadczenie Gendona. Poza tym prestiż kuźni wzrósłby jeszcze bardziej, gdyby rozniosło się, że ekspedycja czeka na pomoc właśnie tego konkretnego kowala. To dobrze rokowało na przyszłość.

- Niech będzie… - mruknął niechętnie Agoth, jednym haustem opróżniając resztę kufla. Odstawił go z hukiem na blat, po czym podniósł się chwiejnie z krzesła. – Żebyś tam sczezł, psia mać. Przynajmniej pomioty będą miały zajęcie nadziewając cię na włócznię, bo dla mnie jesteś bezużyteczny! Ty podstępny, oślizgły, spaczony…

Agoth mamrotał obelgi, dopóki nie dotoczył się do drzwi. Chwilę siłował się z klamką, po czym oparł się o ścianę i zsunął po niej, chrapiąc głośno. W następnej kolejności padł Gendon, lecz Sandal nawet tego nie zauważył.

Nie potrafił uwierzyć, że wreszcie mu się udało. Odwiedzi Głębokie Ścieżki i odnajdzie więcej kamieni runicznych. Teraz wiedział już, czego szukać. Ta wyprawa nie mogła się nie udać!


Sandal był z początku bardzo podekscytowany, ale monotonne dni wędrówki szybko ostudziły jego zapał. Oprócz Gendona chłopak nie znał nikogo, do kogo mógłby się odezwać. Wszyscy traktowali go protekcjonalnie, jak piąte koło u wozu. Krasnolud żałował, że nie wziął ze sobą swojego jedynego przyjaciela, bryłkowca imieniem Tutu. Zwierzakiem miała zaopiekować się Maya, ale siostra należała do osób, które bardzo łatwo traciły nad sobą panowanie - miała to zresztą po ojcu. Sandal nie był więc pewny, czy kiedy wróci nie zastanie swojego pupilka zamarynowanego, czekającego na wrzucenie do gara.

Zdaniem Gendona minął już miesiąc, od kiedy zeszli na Głębokie Ścieżki. Młody krasnolud sądził, że będzie tam nieco bardziej… niesamowicie. Tymczasem po kilka godzin dziennie włóczyli się tunelami, ostukiwali kamienne ściany lub przeszukiwali rumowiska. To ostatnie Sandal lubił szczególnie, lecz tylko się rozczarowywał. Nigdzie nie natrafił na choćby najmniejszy ślad kamieni runicznych. Próbował wypytać szwagra o miejsce znalezienia runy dwimerytu, lecz krasnolud nie potrafił mu pomóc.

Ekspedycja kilka razy wpadła na niewielką grupkę głębinowców i ślady wyjętych spod prawa kurzalców, lecz pomijając te trudności nic innego się nie wydarzyło. Młodzieniec był mocno zawiedziony, iż nie spotkali po drodze mrocznych pomiotów, lecz do ostatniej chwili nie tracił nadziei. Niestety chwila ta nadeszła szybciej, niż się spodziewał.

- Wracamy? – powtórzył, patrząc na szwagra z niedowierzaniem. – Ale przecież niczego nie znaleźliśmy!
- Nie mamy zgody Kongresu na zapuszczanie się głębiej w tunele – wytłumaczył cierpliwie Gendon, popijając gorzałę z bukłaka. – Poza tym najwyższa pora wracać.
- Dopiero weszliśmy! – protestował Sandal
. Starszy krasnolud zaśmiał się pobłażliwie, klepiąc młodzieńca po ramieniu. - Jesteśmy tu prawie cztery miesiące! – Gendon zarechotał ponownie, widząc wytrzeszczone oczy Sandala. – Nieprawdopodobne, co? Gdy pierwszy raz wszedłem na Głębokie Ścieżki też nie mogłem uwierzyć, że czas płynie tu zupełnie inaczej. Ale! – Mężczyzna klasnął w dłonie. – Pora na pogawędki minęła. Bardzo sprawnie naprawiałeś nam narzędzia, ale najwyższy czas wrócić do swoich. Pakuj się. Wkrótce wyruszamy.

Sandal jeszcze wielokrotnie był zapewniany, że na wyprawie poradził sobie wzorowo. Nic jednak nie było w stanie zmienić nastawienia młodszego krasnoluda. Czuł, że ta eskapada była jedną, wielką porażką. Nie znalazł kamieni runicznych, czy choćby śladów, że te kiedykolwiek występowały w pobliskich rejonach. Oczywiście nie palił się do walki z pomiotami, ale dobrze by było, gdyby po powrocie mógł pochwalić się chociaż jedną zabitą kreaturą. Nie udało mu się nic, co zaplanował. Chociaż…
… była jedna rzecz, której jeszcze nie spróbował.

Rozbili obóz jakiś dzień drogi od wyjścia z tuneli. Sandal jak zwykle siedział samotnie przy swoim ognisku, przerzucając kamień z jednej dłoni do drugiej. Znał teorię, wiedział jak należy łączyć delikatną strukturę runy z bronią. Ale czy ta sztuka była przeznaczona krasnoludom? Jeszcze nigdy nie słyszał o kimś, kto to potrafił, ale przecież mógłby zostać tym pierwszym.

Trudno było rozstać się z przedmiotem, o który dbał tyle czasu, ale nie mydlił sobie oczu. Wiedział, że w jego rękach kamień pozostałby wyłącznie ozdobą. Nadeszła pora, aby go wykorzystać i ulepszyć broń lub – co bardziej prawdopodobne – odnieść porażkę. Sandal miał pod ręką mnóstwo młotów i toporów, które musiał pielęgnować, więc należało jedynie zdecydować, który będzie odpowiedni. Gdzieś wewnątrz krasnoluda tliła się iskierka nadziei, że może pierwsza próba okaże się sukcesem i nie mógł przecież wybrać byle jakiego oręża.

Wzrok Sandala zatrzymał się na wielkim mieczu, wykonanym ze smoczej kości, należącym do Gendona. Młody krasnolud był wdzięczny, że dostał szansę podróży na Głębokie Ścieżki nawet, jeśli niczego nie znalazł. Nie wiedział, w jaki sposób się zrewanżować, więc mógł przynajmniej usprawnić działanie ostrza. Jeśli odniesie porażkę – Gendon nigdy się o tym nie dowie; jeśli natomiast wszystko pójdzie zgodnie z planem – szwagier zostanie posiadaczem najwspanialszej broni w Orzammarze.

Sandal pracował do późna, a górnicy z uznaniem przyjęli jego gorliwą postawę. Nie mogli przecież wiedzieć, że młody kowal nie zajmuje się pielęgnacją broni, tylko czymś zgoła innym.


To wydarzyło się nagle i zaskoczyło wszystkich. Krasnoludy pełniące wartę nie zdążyły dobrze wykrzyczeć zagrożenia, gdy z pobliskich tuneli wypadła horda pomiotów. Potwory były dosłownie wszędzie, nadbiegały z każdej możliwej strony, wrzeszcząc przeraźliwie. Górnicy chwycili za broń i ruszyli do kontrataku. Dźwięki stali uderzającej o stal rozniosły się echem po całej grocie.

Sandal pomagał ze swojego miejsca, jak tylko mógł. Podawał broń i pilnował by pomioty nie zbliżyły się do niej zanadto. Z sekundy na sekundę sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Stwory miały wyraźną przewagę liczebną, lecz to nie wystarczyło, aby przestraszyć krasnoludy.

Młodzieniec rozglądał się w poszukiwaniu Gendona i po chwili dostrzegł go, wymachującego wprawnie toporem. Miecz górnika wciąż był w posiadaniu Sandala i chłopak poczuł dreszcz ekscytacji na myśl, że właśnie teraz zostanie on wykorzystany. Nie miał pojęcia, jak sprawdzić, czy ostrze odpowiednio mocno związało się z runą. A czy istniał lepszy sposób, niż przetestowanie tego w walce?

- Gendon! – krzyknął, podnosząc miecz obiema rękami. Był koszmarnie ciężki, ale zadawał równie potężne obrażenia.
Krasnolud zareagował błyskawicznie i mimo swojej postury udało mu się szybko dotrzeć do Sandala, żeby odebrać mu broń.
- Bierz topór i pomóż chłopakom! – rozkazał mężczyzna, wskazując na pobliską grupę. – Zajmę się tymi z tyłu!

Młodzieniec nie miał możliwości, aby specjalnie zwlekać. Za wszelką cenę chciał zobaczyć wyniki swojej pracy, ale nie mógł porzucić ziomków na pastwę losu. Chwycił za broń i pobiegł z odsieczą najbardziej potrzebującej grupie. Nie zdołał jednak ciąć pierwszego odsłoniętego Hurlocka, gdy oślepiające światło wypełniło całą grotę rozjaśniając każdy, nawet najdrobniejszy kamyczek.

Ryki wściekłości zamieniły się w pełne bólu wrzaski, gdy oślepione pomioty i krasnoludy padały na ziemię. Sandal obejrzał się przez ramię, lecz ujrzał tylko padającego na plecy Gendona, przebitego ostrzem postawnego Hurlocka. Monstrum musiało wyprowadzić cios na moment przed rozbłyskiem światła, gdyż zaraz po udanym pchnięciu padło na kolana, przyciskając dłonie do oczu.

Zdezorientowane pomioty zaczęły wycofywać się do tuneli, opuszczając pole bitwy. Sandal wciąż stał w tym samym miejscu patrząc z niedowierzaniem na martwego przyjaciela. Nie ruszył się nawet, gdy jeden z krasnoludów potrząsnął nim mocno. Nogi młodzieńca odmówiły współpracy i nie potrafił nawet powiedzieć ile czasu minęło, gdy znalazł się tuż przy stygnącym ciele Gendona, a wokół niego zgromadziły się pozostałe przy życiu krasnoludy. Chłopak uniósł dłoń do ust, czując jak po policzkach spływają mu łzy. Nie potrafił wyjaśnić tego, co właśnie się wydarzyło. Dlaczego Gendon zginął? Czym był ten błysk? Dlaczego przyczynił się do śmierci jego kompana?

- Jego miecz… - odezwał się jeden ze stojących najbliżej krasnoludów. – Patrzcie… - wykrztusił przez ściśnięte gardło. – Jego miecz… Sandal powiódł spojrzeniem za pozostałymi i wciągnął głośno powietrze. Gładkie ostrze pokrywała pulsująca, błyszcząca otoczka, w której poruszały się pajęczynki magicznych wyładowań. Młodzieniec znał ten termin, przeczytał go w jednej z ksiąg. Tak wyglądała broń prawidłowo związana z runami.
A więc… zadziałało…
- TY! – ryknął przysadzisty górnik. Wyciągnął wielką łapę i złapał Sandala za przód kamizelki, po czym przyciągnął do siebie z ogromną siłą, jakby chłopak ważył tyle, co piórko. – To ty ostatni majstrowałeś przy jego broni! Co TO ma znaczyć?! – wrzasnął, zraszając twarz Sandala kropelkami śliny.
- Ja… ja nie wiedziałem… - wydukał słabo młodzieniec, unikając spojrzeń otaczających go krasnoludów. – Nie wiedziałem, że… To tylko runy, j-ja próbowałem…
Górnik, który go trzymał wypuścił ze świstem powietrze. Nie tego się najwyraźniej spodziewał. Zarówno on, jak i pozostali członkowie eskapady.
- Ty… Zakląłeś broń… - wyszeptał mężczyzna, mocniej zaciskając wielką dłoń na kamizelce chłopaka. – Zabiłeś go. Zabiłeś ich wszystkich.

Dopiero teraz Sandal zauważył, że nie otaczała go taka sama liczba osób, z jaką wyruszył. Rozejrzał się panicznie wokół tylko po to, aby się przekonać, iż co najmniej tuzin górników leży martwych. Tylko ci znajdujący się najbliżej Gendona, najbliżej broni, która błysnęła uaktywniając zaklęcie.

Młodzieniec poruszał ustami, lecz nie był w stanie wypowiedzieć nawet słowa. Wisiał w uścisku krasnoluda jak bezwolna kukła, przyglądając się swojemu makabrycznemu dziełu. To było znacznie łatwiejsze, niż obserwowanie emocji odbijających się w oczach żyjących krasnoludów.

- Zajmie się tobą Kongres, chłopcze – powiedział ktoś z boku.
Młodzieniec nie dał po sobie poznać, że usłyszał cokolwiek, że zrozumiał. Patrząc na zwłoki zalegające w grocie wiedział tylko jedno.
Nie chciał tego rozumieć.


Droga do Orzammaru, do Kongresu, do celi była przepełniona bólem, strachem i poczuciem winy. Sandal miał przed oczami makabryczny widok z groty. Wracał do tego zdarzenia wciąż i wciąż, za każdym razem bardziej pogrążając się w rozpaczy. Milczał w czasie przesłuchania, czy wizyty ojca lub siostry. Nie zarejestrował nawet, w którym momencie w jego klatce znalazł się dobrze znany bryłkowiec. Sandal przygarnął do siebie stworzenie, próbując walczyć z ogromnym, palącym bólem. Miał wrażenie, jakby jakiś stwór próbował rozdrapać mu klatkę piersiową, aby dostać się do serca. Och, jakże pragnął chociaż przez chwilę być tak nieświadomym wszystkiego, jak Tutu. Zwierzę popiskiwało od czasu do czasu, nie zainteresowane problemami swojego właściciela. Sandal kołysał się w przód i w tył na swojej pryczy, mamrocząc pod nosem przeprosiny skierowane do wszystkich, których zawiódł. Nie pamiętał wyrazu twarzy Agotha i Mayi, dzięki Przodkom. Nie zniósłby rozczarowania w ich oczach, gniewu i być może smutku. Jak siostra przeżyła śmierć małżonka? Młodzieniec nie potrafił odepchnąć od siebie tego żalu, że przez własną głupotę sprowadził śmierć na kogoś innego. Na osobę, której tyle zawdzięczał, która podpisała na siebie wyrok w momencie przyłączenia Sandala do eskapady.

A teraz młodzieńca czekał wyrok i strażnicy zawlekli go do głównej sali Kongresu. Sandal, skuty i poobijany, mógł tylko wbijać wzrok w popękaną podłogę. Nie oczekiwano od niego wyjaśnień, bo cóż takiego mógł powiedzieć na swoją obronę? Zabił ponad połowę górniczej ekspedycji. Zasługiwał tylko na jedną karę.

- W związku z młodym wiekiem i nieumyślnym, choć to nie zostało rozstrzygnięte jednogłośnie, spowodowaniem śmierci towarzyszy, Kongres uznaje cię winnym i skazuje na wygnanie – ogłosił stary krasnolud głosem tak donośnym, aby wszyscy mogli go usłyszeć. Nawet sam Sandal, uwięziony w okowach własnej rozpaczy. – Zostajesz zesłany na Głębokie Ścieżki, abyś już do końca swych dni mógł oglądać miejsce, w którym dopuściłeś się tych strasznych zbrodni.

Wielka sala Kongresu wypełniła się okrzykami i gwizdami, przytłaczając Sandala swoją siłą. Chłopak skulił się w sobie, zaciskając mocno powieki.

- Chciałbyś coś dodać, synu? – zapytał przewodniczący, gdy zrobiło się trochę ciszej.

Młodzieniec podniósł głowę i spojrzał rozpaczliwie na siwego krasnoluda, szukając u niego chociaż cienia współczucia.

- To było tylko… zaklęcie… - wykrztusił.
Jego głos utonął w morzu okrzyków i wrzasków, które niosły się do najodleglejszych zakątków Kongresu. Ten ryk dezaprobaty brzmiał tak… ostatecznie.


Pozwolili mu zabrać bryłkowca, chociaż Sandal wcale o to nie prosił, a po niedawnych wydarzeniach podróż z jakimkolwiek towarzystwem wprawiała chłopaka w jeszcze większe przygnębienie. Eskorta złożona z kilkunastu wojowników prowadziła młodzieńca przez prawie tydzień. Woleli mieć pewność, że winowajca nie wróci do Orzammaru, dlatego przez cały czas Sandal miał zawiązaną opaskę na oczach. Nie próbował jej zdejmować nawet, kiedy rozwiązywali mu ręce. Bez możliwości patrzenia na tunele, chłopak odczuwał pewnego rodzaju ulgę. To wszystko wydawało się takie nierealne, kiedy widział przed sobą wyłącznie ciemność. Kiedyś jednak musiał przestać śnić.

Strażnicy zostawili mu trochę prowiantu i niewielki nożyk, który był zbyt tępy, aby przeciąć płótno. Porzucony na pastwę głębinowców, mrocznych pomiotów czy wielkich pająków, Sandal pierwszy raz od dłuższego czasu poczuł ogarniający go spokój. Siedział na kamieniu i bezmyślnie gładził gładką skórę Tutu, kołysząc się w przód i w tył.

- Zgubiły mnie moje własne marzenia… - wymamrotał ochrypłym głosem.
Bryłkowiec wydał z siebie wysoki pisk, poruszając lekko różowym nosem. – Mnie i… Tak wielu pozostałych… - westchnął. – Zobaczymy, kiedy Przodkowie się o nas upomną…


Niedługo po porzuceniu przez wojowników, udało mu się znaleźć schronienie. Była to niewielka jama, ciemna i wąska, zbyt ciasna, aby krasnolud i bryłkowiec czuli się w niej swobodnie. Sandal wybrał to miejsce jako swoją tymczasową kryjówkę. Nie chciał szukać miejsca, w którym mógłby się zadomowić. To by znaczyło, że pogodził się ze swoim losem i że na zawsze pozostanie na Głębokich Ścieżkach. Ta myśl była bliska sprowadzenia go do obłędu, więc odwracał od niej uwagę myśląc o rzeczach bardziej przyziemnych. Na przykład o tym, że bryłkowce naprawdę cuchną.


Następnego dnia – krasnolud nazywał tak porę, gdy po dłuższej przerwie otwierał oczy – Sandala obudziło agresywne skrzeczenie od strony wejścia do groty. Okazało się, że jama była już zajęta przez wychudzonego głębinowca, który nie był zadowolony z niezapowiedzianej wizyty. Na szczęście osobnik był stary i po krótkiej walce tępym nożykiem dał się przepędzić. Krasnolud przezornie postanowił poszukać innego schronienia, gdyby istota postanowiła przyprowadzić ze sobą kolegów.


Kiedy krasnolud po raz pierwszy natrafił na ślady olbrzymich pająków, był gotów zawrócić. Przed podjęciem decyzji powstrzymał go jednak wyraźny niepokój bryłkowca, który nie dał się zaciągnąć do korytarza. Okazało się, że ich śladem podąża niewielka grupa głębinowców. Sandal nie mógł się już wycofać.


Udało mu się znaleźć trochę szmat, a przy grocie, w rumowisku znalazło się nawet kilka drewnianych odłamków - drzewce prymitywnej broni, należącej do pomiotów. Przez krotką chwilę Sandal cieszył się ciepłem ognia, lecz szybko ogarnął go lęk. W jaskini zrobiło się jeszcze bardziej przerażająco, niż wcześniej. Jedynymi dźwiękami był trzask palonego drewna, popiskiwania Tutu oraz klekot wielkich pająków. Pośród tego wszystkiego krasnoludowi nie udało się wychwycić syczenia głębinowców, ale młodzieniec nie łudził się, że odeszły. Stworzenia były w miarę inteligentne i prawdopodobnie pozostały w ukryciu, aby nie zdradzić swojej pozycji. Sandal postanowił nie wyściubiać nosa z groty, chociaż gdy ogień zgasł, wymagało to od niego nie lada odwagi.


Jedzenia było za mało, by krasnolud mógł zaspokoić głód, nie wspominając już o nakarmieniu bryłkowca. Na szczęście na ścianach groty zalegało trochę wapienia, więc Tutu nie narzekał na brak pożywienia, nawet jeśli mu ono nie smakowało.

Wyglądało na to, że głębinowce na zewnątrz były bardzo zainteresowane obecnością samotnego bryłkowca, dlatego nie odstępowały groty nawet na krok. Ochrona Tutu była jedynym powodem, dla którego Sandal jeszcze się nie poddał.


- Zaklęcie…

Zdarzały się dni, kiedy krasnolud budził się pogrążony w mroku, a jego usta wypowiadały cicho to jedno słowo.

- Za-klęcie…

Własny głos brzmiał dziwnie w tej nienaturalnej, gęstej ciszy. Tutu piszczał cicho patrząc na właściciela małymi, okrągłymi oczkami. Były dwoma punkcikami błyszczącymi w ciemności, lecz nie wyrażały absolutnie niczego.

- Zaklęcie… - mamrotał dalej Sandal, kiwając się monotonnie. – Za-klęcie… Zaklę-cie… Za-klę-cie…


Mroczne pomioty nadeszły równie niespodziewanie, co ostatnim razem. Ich przybycie poprzedziła gwałtowna ucieczka głębinowców i nagłe rozklekotanie się pająków. Sandal, osłabiony i głodny, wyjrzał na chwilę ze swojej kryjówki, żeby zobaczyć rozgorzałą bitwę między stworami. Każda ze stron chciała, aby ta druga stała się posiłkiem tej pierwszej.

Krasnoludowi udało się szczęśliwie uniknąć potyczki. Wziął Tutu na ręce i ominął walczących, wbiegając do wcześniej niedostępnego tunelu.


Po wielu godzinach błądzenie, uciekania i ukrywania się, Sandal znalazł opuszczony thaig. Wszystko wskazywało na to, że nie dotarła tam żadna wyprawa górnicza. To ponownie zrzuciło na krasnoluda ogromny ciężar żalu, lecz trwał on tylko krótką chwilę. Być może w porzuconej osadzie znajdowało się coś do jedzenia?...


Po zaledwie jednym dniu wyczerpany głodem Sandal musiał uciekać. Thaig znajdował się w bardzo bliskim sąsiedztwie z leżami głębinowców, które nie były zachwycone, że ktoś próbuje dobrać się do ich niedawno złożonych jaj.


Bryłkowiec patrzył na właściciela swymi ślepymi oczkami, marszcząc nosek. Zwierzę znacznie schudło, lecz na pewno utrzymywało lepszą kondycję, niż Sandal. Nie męczyło się tak szybko i jadło, co popadnie. Krasnolud spał coraz krócej i coraz częściej myślał o jedzeniu. Czasami na ziemi zalegały zwłoki głębinowca lub pająka, lecz młodzieniec jeszcze nigdy nie zbliżył się do nich dobrowolnie. Bał się, że wkrótce oszaleje.


To musiało się w końcu wydarzyć. Tym razem pomioty zastawiły na niego zasadzkę, a wyczerpany krasnolud nie miał siły, aby się bronić. Wiedział, że z każdym dniem będzie coraz gorzej. Wmawiał to sobie nieustannie, kiedy tylko udało mu się zgubić pościg.


Znów kołysał się w ciemnościach. Głodny, brudny, zmęczony, zrezygnowany. Pomimo tragicznego stanu jego oczy pozostały szeroko otwarte, czujnie obserwując otoczenie, kiedy mruczał pod nosem:
- Zaklęcie… Za-klęcie… Za-klę-cie…


W ciasnej grocie rozbrzmiewał szloch, kiedy Sandal z płaczem wkładał sobie do ust kawałki surowego mięsa. Tutu zginął. Tutu był słaby. Głębinowce go przechytrzyły.

Sandal rozpaczliwie wmawiał sobie, że zrobił bryłkowcowi przysługę. Że podziemne stworzenia i tak by go dopadły. Po co więc miał się męczyć w szponach tych bestii?...

To usprawiedliwienie było równie dobre, jak zaspokajanie głodu po tak wielu dniach.


Przez trzy dni Sandal uciekał z miejsca zbrodni. Później znów poczuł ogromny głód.

A kości martwego bryłkowca nie do końca były ogryzione z mięsa.


Stracił chęć do walki, gdy przez kilka dni siedział całkiem sam w tunelu. Włóczył się korytarzami, ciągnąc nogę za nogą. Nie było tutaj pająków. Ani pomiotów. Ani głębinowców. Tylko ścieżki uprzątnięte z gruzu, na których zalegała mała warstwa kurzu. Sandal nawet nie próbował się zastanawiać, co to oznacza. Myślał tylko o swoich zaklęciach.


- Dobrze się czujesz, synu?

Z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że czyjaś ręka spoczywa na jego ramieniu. Głos nieznajomego wydawał się czymś abstrakcyjnym w ciszy Głębokich Ścieżek. Sandal podniósł wzrok na starszego krasnoluda, który przyglądał mu się z wyczekiwaniem.

- Jak się tu znalazłeś?

Wygnali mnie. Zabiłem przyjaciół. Zabiłem Tutu. Jestem mordercą. Sprowadzam na wszystkich śmierć. Umiem nakładać runy. Zaklęcia.

- Synu?...
- Zaklęcie…? – wyrwało się z ust Sandala.

Zaraz przypomniał sobie, jak wiele radości sprawiało mu nakładanie run na broń Gendona i wargi młodzieńca rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.


Krasnolud, który go znalazł nazywał się Bodahn Fedic. Był miły. Miał jedzenie. Troszczył się o Sandala.

A później zabrał go na powierzchnię.


- Cześć – powiedział z uśmiechem.

To było jego trzecie, ulubione słowo. Drugim było własne imię, Sandal. A pierwszym…

- Zaklęcie?

Nieznajomi ludzie, którzy rozprawili się z mrocznymi pomiotami wymienili ze sobą znaczące spojrzenia. Jak brzmiały nowe słowa, których użył Bodahn? Ach tak.
Szary Strażnik.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież