|
Od ognia Duncana jedynie drewniana brama oddzielała nas od Głuszy Korcari. Słońce było w zenicie, a my musieliśmy wrócić przed nocą. Dość skwapliwie ruszyłem w stronę nieprzeniknionego morza drzew. Alistair błyskawicznie znalazł się tuż obok mnie. Za naszą dwójką podążała reszta. "Cholera jasna, dlaczego wyrwałem się tak do przodu!?" warknąłem sam na siebie.
-Mogę cię o coś prosić?- zagadnął przyjaźnie templariusz, kiedy minęliśmy gwardzistę stacjonującego przy wyjściu z obozu.- Wiem, mówi się o rasizmie, niekompetencji różnych…eee, no i tak dalej… ale… powiedzmy, że nie chciałbym żebyś, jako mag, pierwszy zarobił bęckę pchając się naprzód…- przełknął głośno ślinę- Chodzi o to…
-Nie wlezę ci pod miecz. Nie jestem samobójcą- zatrzymałem się gwałtownie, pozwalając by nieco zmieszany wojownik minął mnie i całkowicie objął przywództwo.
-EHEM. Więc to na ciebie tyle czekaliśmy, tak?- Daveth wykorzystał fakt, że uwolniłem się od walniętego rycerzyka.
-Nie inaczej- mruknąłem w odpowiedzi. Wolałbym unikać tego tematu- A skąd ty właściwie pochodzisz, Daveth?
-Dorastałem w małej wiosce- rzucił niedbale, wyłamując palce i zakładając ręce za kark- jakiś dzień drogi na wschód stąd, ale wybyłem do miasta jak tylko stałem się wystarczająco szybki, by ojciec nie zdołał mnie dogonić…- dodał z rozbrajającym uśmiechem.- W Denerim mieszkam od, ilu… sześciu lat? Nigdy specjalnie nie lubiłem tego miasta, ale więcej tam sakiewek niż gdziekolwiek indziej.
-Tak, bo widzisz… Nasz czarnowłosy spryciarz to złodziejaszek- dogryzła z boku Lydia.
-Zaraz złodziejaszek… to, że ukradłem ci serce, nie oznacza, iż możesz mnie tak przy ludz…- zawahał się, czy właśnie nie palnął jakiejś głupoty.
-Oczywiście. Wlewaj sobie, wlewaj… Ares, noga!- krzyknęła na psa i przyspieszyła kroku.
-Hehe… leci na mnie- otarł kciukiem wargi.- Nie ma co, wredna jest, ale to ciało….
-A jak Szarzy Strażnicy cię znaleźli?- przerwałem mu ekscesy na temat urody "grupowej damy".
-To ja znalazłem ich- oznajmił oburzonym tonem- Przeciąłem sakiewkę Duncana, gdy stał w tłumie. Nagle –zaczął wżywać się w rolę opowiadacza- on łapie mnie za nadgarstek, ale wyrywam się i daję nogę- machnął ręką, niby wskazując kierunek gdzie uciekał- Stary piernik umie biegać, jednakże to żołnierze z garnizonu dopadli mnie jako pierwsi… Cóż, chcieli mnie powiesić, ale Duncan powołał się na Prawo Werbunku i ściągnął tutaj.
-Rozumiem- pokiwałem głową. Ciekawe skąd Duncan wytrzasnął resztę kompaniji? Rzuciłem okiem na elfy, naszą damę i krasnoludy. Obscowisko, któryś z klanów Dalijczyków, Orzammar… a Lydia?
Nagle Deidre wyprzedził nas i pomknął do przodu. W biegu ledwie dotykał stopami ściółki, cóż- po lesie z pewnością umiał poruszać się najlepiej z nas wszystkich. Dogonił Alistaira i chwycił go za ramię, nakazując natychmiast się zatrzymać.
-O co lata?- Inari ugięła kolana, szykując się do wypadu, w razie ataku. Spróbowałem wychwycić jakikolwiek dźwięk, ale niespecjalnie mi to wyszło. Wtedy coś dość głośno zaszeleściło w krzakach.
-Wilki!- krzyknął Deidre ściągając łuk i automatycznie napinając cięciwę.
Faktycznie, jakby na potwierdzenie jego słów, z głębi kniei wyskoczyły duże białe drapieżniki. Futra oblepiała świeża krew. Musiały niedawno ostro ucztować, ale najwidoczniej było im trochę za mało. Wataha składała się z ponad piętnastu, jak nie dwudziestu paru wilków. Błyskawicznie, z gracją wytrawnych łowców, otoczyły nas okręgiem i rzuciły do ataku, warcząc doniośle.
Pierwszego powalił pies Lydii. Chwycił przeciwnika za gardło i wbił drastycznie w ziemię. Dusił tak długo, aż w końcu tamten nie wydał z siebie porażającego skomlenia i znieruchomiał. Dalej doskoczył do następnego. Obok mojego ucha śmignęła strzała z białymi lotkami, grotem przebijając się przez czaszkę kolejnego.
-Panie magu, racz ruszyć dupę, albo nie włazić mi pod muszkę!- krzyknął ze złością Daveth, nakładając następną strzałę. Zanim zorientowałem się w otoczeniu, dookoła naszej grupy ścieliły się trupy zwierząt. Spojrzałem nieco nieprzytomnie za siebie. Łucznicy stali obok mnie, w środku koła utworzonego przez walczących wręcz.
-Psiakość! Mamy tłuc się z fauną i florą, czy z pomiotami!?- prychnęła Inari.
-I z tym, i z tym, droga pani- rzucił zgryźliwie Daveth, puszczając krasnoludce oczko.
-Podać ci drabinę, czy sam ze mnie zejdziesz?- burknęła wyraźnie wkurzona.
Alistair przyłożył opancerzoną rękę do czoła i pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
-Chodźmy zanim sami rzucicie się sobie do gardeł- podszedł do mnie i szepnął- Nie znam się za bardzo na Kręgu i jego sprawach, ale… znasz czary?
-Pozostawię twoje pytanie bez komentarza- wycedziłem. Nigdy nie brałem udziału w walkach, więc chyba nic dziwnego, że trochę mnie sparaliżowało… I wtedy do mnie dotarło, że wszyscy się na nas gapią.
-Jak się cykasz, to trzymaj się blisko tarczowników- powiedział władczym tonem Heimdall, poprawiając tarczę na plecach- Jesteś najsłabszy spośród nas, nie nosisz też zbroi… Z łatwością mogą cię wypatroszyć.
-Taa…- templariusz postąpił krok do przodu, przez co znalazł się na równi ze mną.- Ja i Vainamoinen idziemy przodem. Bądźcie uważni- kiwnął głową, abym ruszył tuż za nim.
-Pan templariusz stara się wkraść w łaski maga. Wzruszające- prychnęła Lydia.
-Bądź tak łaskawa, wepchnij sobie do gęby garść ziemi i się zatkaj!- warknął przez lewe ramię młody Szary.- Idzie…
-Tu są czyjeś zwłoki!- blond włosy łeb Deidre wystawał spomiędzy gęstych zarośli tataraku. Klęczał w bagnie.
-Cholera!- Alistair rzucił się w jego stronę, jakby bojąc się, że elf utonie wraz z topielcem.
-Spokojnie- podniósł ręce w pojednawczym geście.- Trzymaj. Ściskał to w dłoni. Słyszałem ich dialog, ale ani myślałem ruszać się z miejsca. Jakoś nie kwapiłem się do oglądania ludzkiego trupa. Kiedy wreszcie wychynęli z krzaków, Alistair głośno odczytał zwitek papieru, który okazał się być listem:
"Najdroższy synu, cieszy mnie, że chcesz iść w me ślady i nieść słowo Stwórcy nieoświeconym. Szkoda, że nie wybrałeś sobie do tego jakiegoś bezpieczniejszego miejsca! Wybacz, że tak wcześnie wyruszyłem do Głuszy, synu, ale chciałem rozbić obóz i rozpocząć od razu. Chasydzi szanują tych, którzy potrafią przetrwać w Głuszy; liczyłem, że nauczę się owej sztuki i może zapoznam się z jakimiś tubylcami, byśmy byli gotowi na twe przybycie.
Gdy dotrzesz do Głuszy, trudno będzie ci znaleźć drogę. Poniżej wymieniam kilka charakterystycznych miejsc; idź ich tropem, a dotrzesz do skrytki, w której zostawiłem dla ciebie nieco zapasów. Jeśli się zgubisz, postaraj się wrócić do tego miejsca, znajdę cię tam.
Poczynając od wejścia do Głuszy od strony Ostagaru: szukaj drzewa opartego o zniszczony budynek, przejdź pod "mostem" z powalonego pnia, po prawej stronie miniesz zanurzoną wieżę, spójrz między wysoki zrujnowany łuk a omszały stojący głaz, idź ścieżką pełną korzeni i kamieni, szukaj dwóch dużych posągów z kufrem pomiędzy nimi. Tam się spotkamy.
Kocham cię, Jogby, synu mój. Obyśmy zobaczyli się wkrótce. Twój ojciec, Rigby"
-Biedak. Przybył nauczać Chasyndów, a jedyne co go spotkało, to śmierć- Aariel pochylił głowę w akcie żałoby za nieszczęsnego zakonnika.
-Dobra, dość pogaduszek. Załatwmy to, co mamy do załatwienia i spadajmy stąd- poddała Inari- Pan Mag- dodała ironicznie- idzie z przodu z naszym szefem, tak? Ja mogę zamykać korowód- nie ma co, krasnoludy kochały bijatyki… Westchnąłem. W takim razie JA, zapadnę się pod ziemię. Jak na razie Irving mógł się za mnie jedynie powstydzić. Słowa Inari musiały dobiec do uszu jednego z żołnierzy przeprowadzających zwiad w Głuszy, gdyż kilka metrów przed nami rozległ się przeciągły jęk.
- Kto… to?- owy żołdak uniósł się na osłabionych rękach. Całą zbroję pokrywała krzepnąca krew- Szara Straż? –wyłupił oczy- Mój oddział… Został zaatakowany… - wymamrotał z trudem. Omiótł nas wystraszonym wzrokiem. Powiódł spojrzeniem to na mnie to na Alistaira- Pomioty… Wyszły… Spod ziemi… To… - zaprzestał, by łapczywie zaciągnąć się tlenem– Nie mieliśmy szans…
-Czyżby to był oddział Fergusa?- wyszeptała cicho Lydia, ale momentalnie zamilkła, zasłaniając usta dłonią.
- Spróbujmy go chociaż obandażować – Aariel kucnął obok żołnierza i zaczął wyciągać białe paski bandaży.
- Dziękuję! –dźwignął się na chwiejnych nogach – Ja… Muszę się stąd wydostać! –ruszył z wolna w stronę, z której przybyliśmy.
- Słyszałeś? Cały patrol zaprawionych w boju żołnierzy zabity przez mroczne pomioty! – sir Jory wyglądał na szczerze przerażonego. Broda lekko mu drżała, a na oczy wpełzł strach.
- Uspokój się, Jory – upomniał go Alistair, wysuwając się naprzód pochodu– Jeśli zachowamy ostrożność, nic nam się nie stanie.
- Ci żołnierze byli ostrożni, a mimo to zginęli!- bronił swego rycerz.
- W okolicy są mroczne pomioty, ale na główną część hordy raczej się nie natkniemy – Alistair nieudolnie starał się go uspokoić, ale po chwili sięgnął po zupełnie inną taktykę- Wiedz jedno, każdy Szary Strażnik potrafi wyczuć mroczne pomioty. Niezależnie od tego, jak są przebiegłe, mogę ci zagwarantować, że nie wezmą nas z zaskoczenia. Dlatego tu jestem.
- Widzisz, panie rycerzu? – wtrącił się Daveth – Możemy zginąć, ale zostaniemy ostrzeżeni, nim to się stanie.
- I to miało być… pokrzepiające?
- A nie jest? Chodźcie! Zatańczmy z pomiotami kankana, to nas do siebie zbliży i łatwiej będzie je zabijać!- ryknęła radośnie Inari, wywijając w powietrzu dwoma sztyletami. Jeden z nich wyleciał jej ze świstem z dłoni i wbił się w pobliskie przewalone drzewo. "Na Stwórcę! Z kim ja wylądowałem w tej dziczy!". Tuż obok wciąż drżącego ostrza rósł kwiat, który opisywał mi psiarz. Inari wyrwała swój oręż i wyszczerzyła zęby, a ja pochyliłem się nad okazem.- Zbierasz kwiatki dla dziewczyny?- mruknęła mi wprost do ucha.
Zbagatelizowałem to, zerwałem kwiat i umieściłem w torbie. Poszukałem wzrokiem templariusza. Alistair stał wyprostowany w pałąk z uniesioną wysoko dłonią. Wyglądał podobnie do mabari węszącego górnym wiatrem.
-Bądźcie gotowi- powiedział powoli, wyciągając miecz z pochwy. W powietrze wzbiły się dziwne odgłosy, jakby pomruki jakichś stworzeń usiłowały utworzyć pulsacyjne murmurando. Poczułem odór rozkładającego się ciała pomieszany ze smrodem żabiego śluzu. Niedaleko nas pojawiły się pomioty- wyglądem przypominały zdeformowane, oślizłe ludzkie ciała. Patrzyły na nas wodnistymi rybimi ślepiami. Wyszczerzyły nierówne zęby i wzniosły prymitywne tasaki. Zamachały do nas jakby do starych znajomych i zbiegły ze wzgórza. /
Obok mnie, Inari wyrwała się do przodu i wpadła między czwórkę niskich gen loków. Aariel doskoczył do najbliższych przeciwników i wziął szeroki zamach dwoma mieczami. Obu ściął łby, które teraz turlały się w stronę następnych, tym razem wyższych pomiotów nadbiegających z prawej strony.
-Hurloki!- rzucił Szary wślizgując się między mnie, a masywną poczwarę.- Uważaj. Pod ich miecze też się nie pchaj- przyjął uderzenie jego broni na swoją tarczę i z całą siłą odepchnął go na bok. Błyskawicznie odzyskał balans i ciął mieczem. Gdzieś po prawej stronie usłyszałem warknięcie Heimdalla. Łotrzyk genloków rozciął mu skroń sztyletem. Cóż, nie przeżył tego manewru. Każdy członek drużyny był zajęty walką, tylko oczywiście ja stałem jak ten kołek i nic nie robiłem.
-Daveth! Deidre! Lydia!- ŁUCZNICY!- wydarł się ochryple Alistair, chowając się za tarczą przed kolejną salwą strzał dolatującą ze wzgórza. Jednakże zanim oni zdążyli przemianować się we wskazanym kierunku, zanim napięli cięciwy- gen loki z hukiem rozstrzeliły się na boki pod wpływem uderzenia kuli ognia. Nie do końca też zrozumiały, co się z nimi dzieje- wyglądały jak race biegające bez ładu i składu po wzniesieniu, nieudolnie próbując się pozbyć wszechogarniających je płomieni.
-Ładnie- Daveth zagwizdał w uznaniu i wypuścił strzałę, dobijając jednego z nich.- Uwaga! Pan Mag się rozkręca!- wyszczerzył się w uśmiechu i pomachał mi niezgrabnie ręką wskazując trzech huloków otaczających krasnoludzkiego wojownika.
Heimdall uchylił się przed ciosem i już miał wejść w natarcie, kiedy gwałtownie wyhamował. Zdębiał. Przeciwnicy znieruchomieli pokryci grubą warstwą lodu. Szczerze powiedziawszy stożek zimna jest jednym z najskuteczniejszych czarów, jeśli chodzi o szybkie unieruchomienie wroga. Alistair momentalnie doskoczył do pierwszego pomiota i kilkakrotnym uderzeniem tarczy roztrzaskał go w drobny krystaliczny mak. Drugiego spotkał podobny los- tym razem pod wpływem zaklęcia kamiennej pięści. Trzecim zajął się już krasnolud.
-Szybko poszło- rzuciła Inari, po czym dodała z wyrzutem do Alistaira- Mogłeś uprzedzić, że jedzie od nich jak od rzygowin bryłkowca.
-Obrzydlistwo- skrzywiła się Lydia.- Pewnie nie wyczuł. Jego własny smród zabija ten…- docięła, jednak wyglądała jakby miała zamiar puścić pawia.
-Cóż…- templariusz zazgrzytał zębami- Pomioty…
-Zdecydowanie nie nadają się na konkurs piękności- dopowiedziałem. Szary wygiął usta w promiennym uśmiechu…, który mógłbym przysiąc że gdzieś już widziałem…
-Dokładnie… Krew!- wykrzyknął, przypominając sobie o fiolkach. Zaczął gorączkowo biegać od trupa do trupa i zapełniać naczynia.- Świetnie. Tyle ich tutaj, że wszystkie osiem mamy zapełnione. Teraz traktaty.
-Chodźmy w prawo. Wydaje mi się, że stamtąd przybiegło tego bydła najwięcej- zaproponowałem, starając się nadać głosu pewności siebie. Wciąż czułem jak lyrium pulsuje w żyłach i przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że pęknie mi od tego czaszka.
-Więcej ich matka nie miała?- zapytała Inari, podchodząc do mnie i poklepując po plecach- Nieźle. Uprzedź mnie jeśli urażę cię na tyle, że nabierzesz ochoty pieprznąć we mnie kulą ognia, dobra?
-Oczywiście. Wyślę ci pocztówkę- burknąłem i dołączyłem do Alistaira, który ruszył w dalszą drogę.
Przed nami wyrosła kolumnada dawnych tevinterskich ruin. U jej stóp znajdowało się zagaszone ognisko, ale- co nas nieco zdziwiło, nie było śladu po właścicielu obozowiska. Najwidoczniej rezydowały tu pomioty, które przybiegły na pierwsze odgłosy walki.
-Patrzcie, skrzynia- Daveth z radością rzucił się do zbadania jej zawartości i niefortunnie wlazł w sam środek popiołu. Potknął się o coś i wyrżnął brodą o kant skrzyni.- Kurna!- zaklął zbierając się z ziemi.
-Złodziejskie zapędy nie zawsze się przydają, wiesz?- Lydia oparła się plecami o jedną z kolumn, a tymczasem Inari rozgarnęła popiół i zaczęła badać przyczynę upadku łucznika. Wydobyła z paleniska niewielką szkatułkę.
-Potknąć się o pudełko!- ryknęła śmiechem.- U nas w Kurzowisku za taką hańbę wywaliliby cię z kartelu…- ująłem kątem oka jej nagłe podenerwowanie, chyba połapała się, że palnęła o parę słów za dużo, odchrząknęła- Ktoś chce, czy…?
-Schowaj to do torby i ruszajmy. Czas nam ucieka- ponaglił Alistair. Minął szybkim krokiem Lydię. Ta z kolei z głośnym westchnięciem pokręciła ze znużeniem głową, okręciła się za prawym ramieniem i również zaczęła iść dalej.
-Wiesz, skoro są tu Chasyndzi, to pewnie muszą tu gdzieś mieć swoją tajną skrytkę ze skarbami- zagadnęła pogodnie krasnoludka- Mówi się, że…
-Że zostawiają znaki prowadzące do takiego miejsca. To bajki dla dzieci- wtrącił Deidre.- Skąd taka chęć do polowania na skraby?
-Hej, Daveth! Odpowiesz na pytanie kłapoucha?- rzuciłem okiem na ściągającą się w grymasie złości twarz elfa. W powietrzu zakipiało i nieuchronnie nadciągała kłótnia.
-Bo kochanych pieniędzy nigdy za wiele…- obaj z Inari zachichotali.
-Skończcie się przedrzeźniać- poprosiłem, czując że z jakiegoś powodu tracę pion. Poślizgnąłem się na śluzowatej roślince i wpadłem prosto pod korzenie przewalonego drzewa.
-Dobra, to jednak nie są bajki- powiedziała głowa Deidre, która nagle znalazła się tuż nade mną.- Nic się nie stało! Mag badał symbole Chasyndów, to wszystko!
-Ech, Vainamoinen. Nie ma na to czasu!- ryknął jak rozwścieczony lew Alistair.
-Ale… JA NIE BABRZĘ SIĘ W ŻADNYCH ZNAKACH!- wydarłem się i momentalnie tego pożałowałem. W powietrze wzbiło się charakterystyczne mruczando. Przed nami pojawił się kolejny oddział pomiotów.
Kiedy padł ostatni, templariusz zarządził szybki przegląd obrażeń, a potem pośpieszył nas do niestrudzonego marszu. Szliśmy teraz ramię w ramię. Rzucił okiem na pozostałych, upewniając się, że są na tyle daleko, by nie słyszeć naszej rozmowy.
-Nnnienawidzę dooowodzić- przeciągnął się. Posłałem mu pytające spojrzenie.- Ogólnie rzecz biorąc, jak ja bawię się w przywódcę… wiesz… źle się dzieje. Gubię drogę, potem giną ludzie, a następnie… stoję gdzieś gdzie nie powinienem… bez spodni- jęknął na zakończenie.
-Cco?- wybuchnąłem śmiechem. W pewnym momencie oboje zaczęliśmy się zanosić tak radosnym rechotem, że pozostali zatrzymali się w bezpiecznym odstępie paru metrów, żeby czasem nie zarobić równie radosnego kuksańca pod żebra.
-Z czego tak rżycie?- fuknęła Lydia.
-Z ciebie, jaśnie szanowna pani- rzucił od niechcenia Alistair ocierając łzę z policzka. Lydia fuknęła na niego urażona i podczas dalszej drogi uparcie milczała, pomimo usilnych starań Davetha, próbującego zwrócić jej uwagę na siebie. Wkrótce naprawdę zacząłem się zastanawiać, skąd oni się wszyscy urwali. Nigdy w swoim marnym krótkim żywocie nie znałem tak barwnych osobistości… Cóż, na dobrą sprawę Varathorn mógłby się podpisać pod formularzem zapraszającym do naszej drużyny dziwaków.
-Jeszcze trochę i zarobi w zęby- mruknęła pod moim ramieniem Inari, uważnie obserwując poczynania Davetha.- Ja na jej miejscu już dawno wybiłabym mu parę zębów z jednej strony paszczęki i parę z drugiej. Do kompletu.
Popatrzyłem na nią. Krasnoludka zdawała się nie kłamać. Odwzajemniła mi wcale ciepłe spojrzenie.
-Powiedz mi, co to jest Kurzowisko?- zapytałem ni z gruszki ni z pietruszki. Ścięła mnie lodowatym morderczym wzrokiem. Przygryzła wargę.
-A co cię to kurna obchodzi, co?- syknęła przez zęby.- Piszesz książkę o Orzammarze? A może moją biografię!? Czego!?– nie wytrzymała.
-Nnie- bąknąłem zaskoczony jej nagłym wybuchem.- Po prostu nigdy o nim nie…
-Nie chcesz o tym słyszeć- dodała nieco spokojniej. Alistair przemilczał kwestię i przyspieszył nieco kroku, pozwalając nam na ewentualną kontynuację rozmowy. W cztery oczy. O ile Inari będzie tego chcieć.- Ech, słuchaj no, powierzchniowcu. Kurzowisko to dzielnica biedy. Dom wyrzutków. Suczych synów i dziwek. Złodziei i żebraków. Nic ciekawego.
-Rozumiem- nie spodziewałem się, że Inari pochodzi z takiego ..miejsca. Uniosłem głowę nieco wyżej i patrząc poprzez luki pomiędzy koronami sosen, spróbowałem określić godzinę.
-Wątpię. Wieża Kręgu to chyba inna bajka… Tam przynajmniej wiesz, że rano obudzisz się w jednym kawałku- cóż w tym miała bezpodstawną rację. Gorzej było tylko z powrotem z Katorgi.- Bezkastowcy, do których sama należę, stanowią niejaki rząd konkurujący z królem. Właściwie nie wszyscy- po chwili namysłu kontynuowała- tylko kartel buszujący w zakamarkach. Jak jesteś w kartelu, to jesteś kimś. Tak o sobie myślą świeżo upieczone, niedoświadczone gęsi wciągnięte w interesy. Tyle, że po pewnym czasie, jak już się nieco obędą… przestaje to wyglądać tak różowo.
-To znaczy?- zaryzykowałem pytanie, nie do końca wiedząc czy usłyszę na nie odpowiedź, czy też pozbędę się "paru zębów" z obu stron szczęki.
-Słuchaj. U nas jak nie umiesz sam o siebie zadbać- zginiesz zanim zdążysz ruszyć małym palcem u nogi. To istna szkoła przetrwania…- po raz pierwszy od początku tej rozmowy wygięła usta w uśmiechu.
-A bezkastowcy, to kto?- durne pytanie, ale cóż… Padło.
-Nasz społeczeństwo jest dość podzielone- wtrącił się Heimadall.- Wśród krasnoludów masz z góry przesądzone, do jakiej kasty będziesz należeć. U większości ludzi to kwestia wyboru, u nas- zostaje określone w chwili narodzin. Nie zostanie kowalem nikt, kto nie urodził się z rodziców należących do tej kasty. Służący, który ożeni się ze szlachcianką, nigdy sam nie zostanie szlachcicem. Choć jego córki będą szlachciankami, to jego synowie pozostaną służącymi. Córki dziedziczą kastę po matce, podczas gdy synowie po ojcu. Tak to wygląda.
-Dzięki za wpierniczenie się w nieswoją rozmowę- burknęła wściekła Inari, szykując się do przedstawienia zadkowi wojownika swojego buta…
…Coś zamruczało. Na niewielkim wzniesieniu stały cztery genloki z napiętymi łukami. Gęby miały wykrzywione w parodii uśmiechu. Wypuściły ze świstem strzały. Na szczęście chybiły. Z boku wybiegło kilka rosłych hurloków. Wymachiwali poszczerbionymi mieczami wyjąc radośnie. Natarły bez pardonu na Alistaira, prawie zwalając go z nóg. Chwilę później jeden z nich padł martwy od ciosu sir Jory'ego. Kiedy templariusz zaczął wykrzykiwać rozkazy (z wyraźnym zaznaczeniem: "Väinamöinen, nie podłaź nam pod broń"- jakbym był samobójcą, oraz "I pamiętaj, żeby nie szaleć"- czego do końca nie zrozumiałem), Heimdall już powalał łuczników. Inari z dzikim okrzykiem rozłupała czaszkę kolejnemu, wskakując na niego całym ciałem i wbijając w namokłą glebę. Walczyli z ogromną zawziętością- i bynajmniej, nie mówię tu o mrocznych pomiotach. Zdecydowałem, że tym razem sobie odpuszczę walkę. Mam nie podłazić pod miecz. Nie ma sprawy. Stanąłem gdzieś z boku, oparłem o jakąś porośniętą mchem czy innym zielonym świństwem kolumnę i postanowiłem pozbyć się wody z butów. Skądkolwiek się ona wzięła. Aariel wykonał płynną palestrę i zamarł. Utkwił wzrok w mojej pochylonej postaci. Stałem na wąskiej ścieżynce zbudowanej z kamieni i przecinającej jeden ze stawów. Zza moich pleców dobiegło warczenie…
- Väinamöinen! Padnij!- krzyknął ruszając z "kopyta" w moją stronę.
Odwróciłem się. Z wysepki zbiegała mała wataha wilków. Uniosłem w górę kostur. Wielki biały drapieżnik zamroził się w pół kroku. Nagle minął mnie rycerz z Wysokoża, popychając gwałtownie w bok. Straciłem równowagę i runąłem jak długi do bajora z mulistym dnem. Poczułem tylko jak stopy grzęzną w piachu i jakaś dziwna siła natury wciąga mnie w głąb mokradeł. W końcu doczekałem się całkowitego zakrycia taflą wody. Odgłosy walki zagłuszyła fala brudnej cieczy. Myśl! Po to masz rozum, żeby go używać! Cholera jasna, przecież musi cię coś stąd wyciągnąć!, kląłem na swoją nieodpowiedzialność. I wtedy przyszło olśnienie! Czar pola teleportacyjnego…. Postarałem się skupić, mimo nagłego, uporczywego braku tlenu. Otoczyła mnie nikła biała poświata…
-Do jasnej! Väinamöinen!- Alistair dobił białego wilka alfa.- Czy ktoś umie pływać?- rzucił w eter, oczekując błyskawicznej odpowiedzi.
-A ty nie?- bąknęła Lydia, zakładając na plecy łuk. Właśnie dobiegła do reszty, więc nawet nie do końca wiedziała co przed chwilą się stało.
-Zbyt raptownie obok niego przebiegłem i wleciał pod wodę. Ja naprawdę nie chciałem… A pływanie w zbroi to nie jest dobry pomysł. Tak sądzę- próbował się usprawiedliwić sir Jory.
-Czy ryby świecą?- zapytała zdawkowo Inari gapiąc się bezmyślnie na brudną wodę, teraz lekko fosforyzującą. Białe światło otoczyło ich wszystkich i po ułamku sekundy poczuli jak ziemia usuwa się im spod stóp…
…Gruchnęliśmy na wysepkę, z której przybiegły wilki. Odrzut pola sprowadził z mokradła całą masę glonów i długachnych kłujących wodorostów… i dokładnie pokrył każdy fragment moich towarzyszy.
- Väinamöinen! Ty się Stwórcy nie boisz!- wydarł się Alistair. Jednakże w tym wrzasku dało się wyczuć nutę dziwnej ulgi.- Co to był za czar? Porośnięcia wodnymi stworzonkami?
-Nie- wysyczałem wypluwając nadmiar cieczy z ust. Zaklekotałem zębami. Byłem przemoczony do suchej nitki.- Pola teleportacyjnego. Nie wyczułem kiedy zwolnić uścisk lyrium… Stąd to poletko glonów.
-Ekstra. Są coś warte?- poddała Inari zrywając z siebie zielsko.
-Nie sądzę. Może dla jakiegoś mistrza alchemii czy zielarstwa, tak. Ale w Ostagarze takiej osoby chyba nie znajdziesz- poinformowałem. Wstałem pocierając dłońmi ramiona. Ależ zimno.
-Hm. Nie mamy żadnych dodatkowych ubrań. Mam nadzieję, że się nie rozchorujesz- powiedział templariusz podchodząc do mnie, jakby niedowierzając, że nic mi nie jest.- Nie stosuj tego czaru zbyt często. Boję się, że kiedyś wyląduję w sukience na estradzie.
-Nie bój się. Pola nie da się używać za często. Zużywa zbyt duże ilości lyrium- oznajmiłem, czując na sobie ten dokuczliwy wzrok towarzyszy. No tak, ja tu z Alistairem gadam sobie jakby nigdy nic, a oni przecież nie mają bladego pojęcia o magii i rzeczach z nią związanych.
-Ale nie zużyłeś wszystkiego?- zapytał z wyraźnym niepokojem.
-Nie. Oszczędzam, w razie gdyby barbarzyńcy spróbowali cię porwać i ubrać w sukienkę…- wyszczerzyłem się. Szary zastygnął w bezruchu. Spojrzał na mnie podejrzliwie, po czym zdjął rękawicę i dotknął wnętrzem dłoni mojego czoła. Sprawdzał, czy nie mam gorączki… Udało nam się przerwać tę nieznośną ciszę. Wszyscy zachichotali i powrócili do obierania się z wodorostów. Policzyłem wzrokiem ekipę. Brakowało Davetha. Okręciłem się wokół własnej osi. Łucznik klęczał na szczycie wzniesienia, dokładnie pomiędzy dwoma ogromnymi posągami. Pieczołowicie przeglądał zawartość jakiegoś kufra.- Co tam masz?
-Eee… żelastwo, więcej żelastwa i jeszcze więcej żelastwa. O tym pisał ten Jimmy, Joby, czy jak mu tam?- pokazał zawartość. –Bierzemy?- Wzięliśmy ją ze sobą, "bo co innego mogliśmy zrobić"- dorzuciła komentarz Inari "pozwolić, żeby się zmarnowało?".
Na wschód od tego miejsca znajdowała się niewielka altanka. A dokładniej to, co z niej zostało. Dookoła walały się trupy wilków. Dwa mroczne pomioty warowały przy czyichś zwłokach. Trup był ubrany w szatę zakonną. Czyżby Rigby?, przymknęło mi przez myśl, a drugą wypełniły słowa czaru błyskawicy. Sztylety krasnoludki miękko wsunęły się w oślizgłe ciało genloka, a śmiercionośna strzała Deidre dobiła wstającego z miejsca hurloka. Następnie elf kucnął przy ciele kapłana.
Do znalazcy tego listu:
Jest to ostatnia wola i testament misjonarza Rigby'ego, dumnego głosiciela słowa Stwórcy. Przybyłem do Głuszy, by głosić Pieśń, ale obawiam się, że wkrótce zginę z rąk mrocznych pomiotów. Zostawiam wszystko, z czym tu przybyłem, żonie mej, Jetcie. Jeśli czytelnik tego listu jest osobą o szczodrym sercu – mam jedną prośbę. W naszym obozie, w tevinterskich ruinach na zachodzie Głuszy, zakopałem szkatułkę. Proszę, by trafiła ona, wciąż zamknięta, do mej żony, Jetty, w Redcliffe.
Przepraszam żonę i syna, że praca im mnie odebrała, ale wiem, że umieram w służbie Stwórcy.
Rigby
-No to będzie stypa- Daveth oparł się o gryf łuku.- Drinki mamy, to teraz może znajdźmy te liściki i wracajmy, co? Nie podoba mi się ten lasek…
-Jasne- mruknąłem, patrząc kątem oka na martwego mężczyznę.- Inari! Ta szkatułka… Może to…- zapaliła mi się świeczka.
-Yhym.. Czaje, magu- poklepała mnie po lędźwiach.- Na razie siedzi bezpieczna w mojej torbie. Potem możesz ją odkupić…
Odkupić!?
Pobiegliśmy truchtem w dół pagórka. Kiedy byliśmy już u stóp, Deidre pociągnął mnie ze rękaw i wskazał na niewielki znak wyryty w korze pobliskiego krzaka. Reszta dalej nie zwalniała kroku, pędząc na oślep za templariuszem, w jakąś dziwnie znajomą mi stronę lasu.
-Chasyndzi?- zapytałem. Elf skinął głową.- Stamtąd przyszliśmy?- wskazałem.
-Owszem. Powiem im, że nie tamtędy, co?- zaproponował. Po chwili wrócili, lekko zasapani. Lydia od razu poczęła zwymyślać biednego Szarego, jego niekompetencję, absolutny brak zmysłu orientacji w terenie i tak dalej.
-Może…- zacząłem dość cicho. Podniosłem więc głos, widząc że nikt nie zwraca na mnie najmniejszej choćby uwagi- MOŻE- prawie krzyknąłem- Chodźmy po znakach Chasyndów? Lepsze to niż nic…
Zgodnie przystali na tę propozycję. Tak więc, przywództwo po lesie oddaliśmy Deidre, który bezbłędnie dostrzegał każdy symbol barbarzyńców. Minęliśmy kolejną kolumnadę zbudowaną z bodajże sześciu masywnych grubych kolumn. U szczytu miały poprzyczepiane zwłoki żołnierzy, niczym kukiełki.
-Stwórco… Byle nie Fergus…- wyszeptała ponownie Lydia i jak wcześniej błyskawicznie zasłoniła sobie usta. Zupełnie tak, jakby się bała, że ktoś zacznie ją wypytywać o tego całego Fergusa. Zbyłem jej słowa z wielkim trudem. Miałem przemożną chęć zalania ją lawiną pytań, ale stwierdziłem, że równie dobrze mogę to zrobić po powrocie do Ostagaru.
Alistair chwycił ramię elfa, przykładając palec do ust. Na niewielkim drewnianym mostku kiwała się w przód i w tył jakaś wysoka postać. Łeb przystroiła długimi czarnymi piórami. Chwilę to trwało zanim nas dostrzegła, o ataku z zaskoczenia mogliśmy więc zapomnieć. Zachichotała pogardliwie, a potem chwyciła w łapy smukły kij. Kostur.
-MAG!?- krzyknąłem zdumiony w stronę Szarego, oczekując wyjaśnień.
-Emisariusz… Paskuda- mruknął wyraźnie niezadowolony, ściągając z pleców tarczę i miecz.- Trzymaj się z daleka- rzucił w moją stronę- Heimdall, Jory, Aariel- za mną! Deidre, Daveth, ..Lydia – zdejmijcie łuczników- wskazał niedbałym ruchem ręki nadciągające genloki z łukami.- Inari, osłaniaj tyły!
Seledynowe światło wyprysło z kostura pomiota i poszybowało w Alistaira. Strażnik uskoczył w bok, przeturlał się i ponownie podniósł kontynuując bieg. Krasnolud odbił cios hurloka i sprawnie ciął go pod żebra. Tymczasem Jory i Aariel dobili się do emisariusza. Ten wzniósł kostur w górę, nad swój łeb, i złożył palce drugiej ręki w gest. Cholerstwo faktycznie znało się na magii. Czar uderzenia umysłu… Atakujący zachwiali się bezradni. Ogłuszył ich. Zaśmiał się chrapliwie i zdzielił elfa kijem po głowie. Potem ustawił wokół siebie pole odbijające strzały.
-Alistair! Jak chcesz z tym walczyć!?- ryknęła Inari, podcinając mi nogi. Z cienia wychynęli dwaj łotrzykowie genloków. Nie usłyszałem ich! Wykonała półobrót, przykucnęła i w mig przeszła w imbroccato. Wsunęła ostrze swojego sztyletu pod rękojeść przeciwnika i bezbłędnie rozorała mu nadgarstek pozbawiając możliwości dalszej walki.
-Osłaniaj tyły- powtórzyłem i minąłem ją po okręgu, żeby nie zostać przez nią przez przypadek zraniony.
-HEJ! TY! WRACAJ MI TU!- wydarła się, jednocześnie wchodząc w paradę.
Emisariusz szykował się do dobicia wciąż nieprzytomnego, leżącego na ziemi Aariela. Jory walczył z jakimś genlokiem, który zaatakował ich od tyłu, a Strażnik z Heimdallem bezskutecznie próbowali przebić się przez mur nadbiegłych z boku hurloków. Kiedy zbliżyłem się do pseudo-maga, ugiąłem lekko kolana i położyłem poziomo własny kostur. Porażenie. Przez kij przemknęła pojedyncza wiązka energii, by po chwili rozlać się szerokim trójkątem poza obręb końcówki laski i serią potężnych wyładowań sparaliżować emisariusza. Potem rozległ się świst. Trzy strzały przebiły jego korpus. Inari odbiła się od ziemi i z doskoku rozłupała mu czerep. W tym samym momencie wojownicy zakończyli marny żywot pozostałych pomiotów.
-Co z nim?- Szary wylądował na kolanach przy powalonym elfie.- Väinamöinen, znasz magię kreacji?
-Magię czego?- burknęła Lydia, najwidoczniej znowu urażona faktem, że zaczynamy gadać w "obcym" języku.
-Nie jestem specjalistą… ale może coś na to poradzę…- bąknąłem, jednocześnie robiąc przegląd wszystkich znanych mi czarów.
…Deidre, Daveth i Inari zniknęli na polance znajdującej się tuż obok. Pośrodku płonęło ognisko, wokół którego leżały trzy wydrążone w środku drzewa. Dalijczyk rozglądał się po niej z zaciekawieniem. Wreszcie prawie klasnął w dłonie z radości i podbiegł do jednej z prowizorycznych ławek.
-Oto skrytka- położył się na mokrej trawie i zaczął szperać w jego wnętrzu. Po paru sekundach wydobył stamtąd płócienny wór z brzęczącą zawartością.
-Toż to muzyka dla moich uszu- wymruczała jak przerośnięty kot Inari.- Wracamy..
…Kiedy trójka zagubionych duszyczek powróciła do nas promieniejąc ze szczęścia, ich uśmiech momentalnie spełzł z twarzy. Im oczom ukazała się niecodzienna scena: ja-mag, klęczący nad Aarielem, szepczący jakieś dziwne, niezrozumiałe dla nikogo słowa, otoczony zielonkawą mgiełką, a nade mną okrąg utworzony z pozostałych członków drużyny z grobowymi minami, bacznie obserwujących każdy mój ruch. Nie wiem ile czasu minęło, jak w końcu Aariel otworzył oczy i wziął głębszy oddech. Zamrugał.
-Mam wrażenie, że oberwałem czymś ciężkim po głowie- wyszeptał słabo. Pozostali wyciągnęli ku niemu ręce i dźwignęli na nogi. Zachwiał się, lecz mimo to utrzymał równowagę.
-Oj, tak…- Szary uśmiechnął się niemrawo. Przeniósł wzrok na mnie i całkowicie stracił humor.- Väinamöinen, jesteś szary jak papier. Dobrze się czujesz?
-Średnio- nie wiedziałem, czy mam mu mówić, że nie mogę iść dalej. Czy tłumaczyć, że jak nie specjalizujesz się w jakimś typie magii, że nie wkładasz w jego czary zbyt dużo serca, to wyżerają z ciebie manę jak pasożyt? Byłem na wyczerpaniu lyrium…- Wiesz, co, ja tu chyba chwilę posiedzę…- z tym tekstem zdecydowanie przesadziłem. Wybałuszył na mnie oczy i oczywiście- zażądał wyjaśnień.- Alistair, po prostu zużyłem większość lyrium. Nie mam nic- czułem, jak resztki many krążą jakby zagubione w żyłach i doskonale wiedziałem, że to nie wróży nic dobrego.- Przewrócę się, jak wstanę.
-Psia kość. Trzeba było pogadać z innymi magami w obozie i zaopatrzyć cię w mikstury uzupełniające- warknął sam na siebie.- Dobra. Trochę zwolnimy. Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt ciężki.
Spojrzałem na niego jak na wariata nie do końca pojmując, co zamierza. Siłą pociągnął mnie w górę i… Stwórco! Irvingu! Co za wstyd!... wziął na barana jak dziecko!
-Alis…- zacząłem, ale nie pozwolił mi skończyć.
-Zamknij się. Przepraszam, Väinamöinen. Ale nie marudź mi tu- burknął i ruszył. Reszta pokiwała głowami, jakby dając znak, iż absolutnie zgadzają się z jego decyzją.
Po niecałej godzinie marszu (byłoby szybciej, gdybym nie zasłabł) ukazały się nad nami kolejne tevinterskie ruiny. Z oddali wyglądały na opuszczoną wieżę. Zarośnięte gęstą trawą zbocze przyozdabiały sznury posągów- przeżarte starością. Wewnątrz czekał nas komitet powitalny złożony z pięciu mrocznych pomiotów. Tym razem jeden z nich był bardzo masywnej budowy. Szeroki w barach z toporem przewieszonym przez plecy. Czerep przesłaniał potężny rogaty hełm. Przekręciłem głowę, wyłapując ciche murmurando.
-Ten atleta, że tak to ujmę…- szepnąłem do Strażnika.
-Hurlok alfa. Swoisty przywódca. On i emisariusz, jako jedyni z tej całej bandy, naprawdę usiłują myśleć- odparł zatrzymując się w odpowiedniej odległości, żeby wciąż pozostać niezauważonym.- Może być problem. Väinamöinen, zrób mi przyjemność i nie ruszaj się stąd na krok.
Ściąłem go wzrokiem.
-Jak chcesz żebym to zrobił? Wciąż się chwieję na nogach, a co dopiero mówiąc o chodzeniu…
-Z wami, magami, nigdy nic nie wiadomo…- wyszczerzył zęby w uśmiechu.- Deidre, ściągnij nam tu pierwszych dwóch wojowników. Lydia, Daveth… w razie jakby łucznicy zaczęli ostrzał- zdejmijcie ich.
Deidre wdrapał się na pobliskie drzewo i płynnie napiął cięciwę. Wycelował w hurloki, tak aby lekko ich zranić i zmusić do sprawdzenia, kto atakuje. Tak też się stało. Przybiegli do nas jak barany na rzeź, a biorąc pod uwagę fakt, że każdy z osobna miał już szczerze dość Głuszy, potyczka naprawdę zamieniła się w rzeź. Z przestrachem patrzyłem jak ostrza moich towarzyszy z drapieżnością wyszarpują resztki życia ze swych ofiar. Byłoby to bardziej przerażające, gdyby nie były to mroczne pomioty. Padały jak muchy, z dzikim rzężeniem wydobywającym się z gardzieli. Wszystko szło gładko, aż do chwili, w której do walki włączył się alfa. Alistair miał rację. Mógł być z nim spory problem, tym bardziej, że nie dość że zręcznie parował ich ciosy, to za każdym razem patrzył ich od siebie odrzucić i zaatakować mnie. Inari płynnie obróciła się na lewej nodze unikając rozrycia przez ostrze topora. Przeskoczyła za niego i zaatakowała w plecy. Jej sztylet spróbował sięgnąć miejsca między łopatkami pomiota, jednakże ten odwrócił się i z potężnym impetem kontratakował. Jego chwilową nieuwagę wykorzystał templariusz. Teraz pomiot stał przecież tyłem do niego. Wbił miecz na wysokości nerek i przesunął nim w górę. Atak zakończył zgrabnym cięciem w łeb hurloka. Bezwładne cielsko z głośnym mlaśnięciem świeżo oskalpowanego mięsa stoczyło się pod stopy naszych łuczników.
-Po traktaty- wychrypiał.- Dasz radę iść?
-Pewnie- podniosłem się z kryjówki i niezgrabnie do nich dołączyłem. Następnym razem muszę wykupić cały zapas lyrium na jaki będzie mnie stać…
Wnętrze ruin nie przedstawiało się zbyt obiecująco. Budowla zdecydowanie została naznaczona przez czas. Rozglądaliśmy się bezradnie po pozostałościach dawnej wieży. Pod jedną ze zburzonych ścian leżała połamana skrzynia. Szary podbiegł do niej i zaczął pieczołowicie odrzucać kawałki drewna.
-No, no, no….– rozległ się chłodny, kobiecy głos. Poruszyłem się nerwowo. Reszta sprawiała wrażenie zdrętwiałych. Daveth wyglądał tak, jakby ktoś wsadził mu oślizłą ropuchę w gacie. Jak jeden mąż przenieśliśmy wzrok na podwyższenie. Po szczątkach schodów dumnie, jak nie dostojnie, stąpała Chasyndka. Alabastrową twarz otaczały czarne, upięte w kok włosy- a raczej teoretycznie upięte, bo niektóre kosmki sterczały na boki tworząc artystyczny nieład. Złote oczy wpatrywały się w nas nieufnie, wręcz podejrzliwie. Zatrzymała się w pewnej odległości.
-Co my tu mamy? – spytała zimno- Tak sobie myślę… Czy nie jesteś sępem rozgrzebującym szczątki ofiary, które już dawno rozwiał wiatr?- przewróciła oczami- A może jesteś intruzem, który zapuścił się w pełną mrocznych pomiotów Głuszę? – zaczęła monolog – Coście za jedni? – warknęła– Rabuś czy intruz?
-Ani jeden, ani drugi –odparła Lydia- Kiedyś ta wieża należała do Szarej Straży– poinformowała nie zwracając uwagi na to, że być może stała przed nami legendarna wiedźma z Głuszy. Zdziwiłem się na samą myśl, że tak mogło być. Dziewczyna była dość urodziwa, ubrana… w … cóż… skórzaną postrzępioną spódnicę i chustę?, która oplatała piersi. Jej strój pozostawiał wiele do życzenia- więcej odsłaniał, niż zasłaniał.
-Nie ma już tej wieży. Głusza pochłonęła jej uschłe szczątki –oznajmiła zdawkowo- Obserwuję was od pewnego czasu –minęła nas energicznym krokiem, zatrzymała się przy jednym z licznych filarów. Na ułamek sekundy utkwiła wzrok w odmętach Głuszy.– "Dokąd pójdą?", myślałam. "Po co tu przyszli?"
-Nie odpowiadaj– rzucił ostro Alistair, chwytając moje ramię i wysuwając się na przód grupy- Wygląda na Chasyndkę. W pobliżu może być reszta.
- Boicie się, że napadną was "dzikusy"?– spytała kpiąco, mrużąc oczy.
-Nie lubimy napadów – odgryzł się Alistair. Z jego postawy wywnioskowałem, ze jest gotów zaatakować kobietę.
- Mówię wam, to wiedźma z Głuszy! – wyjąkał z tyłu Daveth- Pozamienia nas w żaby!- na to ostatnie mimowolnie parsknąłem śmiechem. Zabobony, bajdy … Ciekawe co byś zrobił, gdybyś musiał łazić po Pustce i szukać demona, którego masz utłuc, bo inaczej on cię zabije i wlezie do naszego świata.
- Łgarstwa i fantazje, bajki i legendy – poirytowała się obca, podpierając się pod boki i zgadzając z moimi myślami. Zakołysała biodrami- Nie macie własnego rozumu? – wskazała ewidentnie na mnie– Ty tam. Elfy nie są strachliwymi chłopcami...- Jeszcze raz ktoś nazwie mnie elfem, a żywcem obedrę ze skóry!- Zdradź mi swoje imię, a ja powiem ci moje– zaproponowała.
-Nie jestem elfem- warknąłem. Uniosła brwi i uśmiechnęła się perfidnie.-Możesz mi mówić Väinamöinen, jeśli musisz.
-A ty możesz nazywać mnie Morrigan, jeśli chcesz– odparła, najwidoczniej nieco zdumiona.– Teraz pozwólcie, że odgadnę wasze zamiary … Szukaliście w tej skrzyni czegoś, czego już tam nie ma.
-"Już nie ma"? – przedrzeźnił ją Alistair, idiotycznie powtarzając jej słowa i usiłując nadać im podobny wydźwięk- Ukradłaś je, co? Ty chytra… Złodziejska… Wiedźmo.
-Co za elokwencja – mruknęła kpiąco Morrigan. W ogóle nie przejęła się jego słowami. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że one spłynęły po niej, nie naruszając jej własnego ego.- Jak można okraść zmarłych?
-Wygląda na to, że bardzo łatwo – zawahał się – Te dokumenty stanowią własność Szarej Straży i radzę ci je oddać.
- Nie zrobię tego, bo to nie ja je zabrałam. Możesz się powoływać na nazwy, które już nic tu nie znaczą; nie boję się- zwęziła oczy w dwie wąskie szparki. Jej ręka prawie niezauważalnie powędrowała w stronę kostura zawieszonego na plecach.
-Kto zatem je zabrał? – wtrąciłem się w dyskusję, widząc dokąd ona zmierza.
-Prawdę mówiąc, zrobiła to moja matka– przyznała, porzucając zamiar zaatakowania nas.
-Twoja matka?- wydukała Lydia.
- Tak, matka-wykrzywiła śmiesznie usta– A co, myślałaś, że zrodziła mnie kłoda drewna?- spojrzała ze zgorszeniem na łuczniczkę.
-Pewnie jakaś złodziejska, dziwnie gadająca kłoda- zripostował Szary, nie spuszczając wzroku z wiedźmy.
-Ech… Możesz nas do niej zaprowadzić?- wystąpiłem krok w przód.
-To… rozsądna propozycja– powiedziała zmieszana. –Podobasz mi się.
-Na twoim miejscu byłbym ostrożny. Najpierw mówią "podobasz mi się", a potem "pstryk" i mamy żabę- rzucił Alistair, poddając w wątpliwość moją decyzje. Sprzeczność w ekipie dowodzącej. Cudownie…
-To niedaleko stąd. Sami będziecie mogli poprosić o te wasze papiery- mruknęła Morrigan.
-Dobrze, chodźmy- przeniosłem na nią wzrok.
-Jeszcze zobaczycie, wszyscy wylądujemy w kotle – jęknął przerażony Daveth, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze spacery po Głuszy.
-Jeśli w kotle jest cieplej niż w tym lesie, byłaby to miła odmiana – odparł sir Jory, budząc powszechne zdumienie.
-Chodźcie za mną– rzuciła Morrigan i skierowała się w głąb gęstych zarośli.
Morrigan podprowadziła nas prawie na sam skraj Głuszy, prosto do niewielkiej drewnianej chaty otoczonej drzewami. Dach kryty strzechą, małe okna, drzwi o trzeszczących źle naoliwionych zawiasach. Tak, czy siak- sprawiała wrażenie wtulonej w ochronną barierę kniei. Zachodzące słońce oblewało czerwonawą łuną korony sosen, falowało na tafli stawów. Większa część drużyny milczała całą drogę. Wyglądali na śmiertelnie przerażonych. Kiedy wyłoniliśmy się z morza drzew, na spotkanie wyszła nam starsza kobieta, a właściwie… staruszka. Matka Morrigan wyglądała na mało niebezpieczną babcię- na co wskazywały liczne zmarszczki oraz długie siwe włosy… jeśli tak to można ująć.
"Wątpię, chłopcze. Ale dziękuję. Nikt mnie nigdy babcią nie nazwał"- zagrzmiał silny głos w mojej czaszce. Wytrzeszczyłem oczy i wbiłem je w kobietę.
-Matko…- przerwała ciszę Morrigan- Przyprowadzam ci Szarych Strażników, którzy…
-Widzę ich, dziecko – zaskrzeczała kobieta, lustrując mnie zaciekawionym wzrokiem i jednocześnie nakazując córce zamilknąć- Mhm… Tego się spodziewałam- oznajmiła najzwyczajniej w świecie. Sugerujesz, że jesteś jasnowidzem? "Nie, chłopcze…. Nie jasnowidzem", odrzekła na moje myśli.
-Mamy uwierzyć, że nas oczekiwałaś?- z mentalnej rozmowy wyrwał nas Strażnik. Z jego brązowych oczu zniknęło wszelkie ciepło. Stały się lodowato zimne. Biegał nimi od Morrigan do jej matki, spodziewając się najgorszego. Traktował je jako apostatki. Nic w tym dziwnego, przecież Duncan uprzedzał mnie o wcześniejszym zajęciu chłopaka.
-Nie musisz robić nic, nawet wierzyć moim słowom –odparła spokojnie, przenosząc wzrok z mojej osoby na postać Alistaira.
-Mówię wam, to wiedźma!– syknął Daveth. Zastosował chyba najlepszą taktykę, na jaką było go w danej chwili stać- czmychnął za plecy sir Jory'ego.– Nie powinniśmy z nią gadać!
-Cicho, Daveth!– skarcił go ostro sir Jory- Jeśli to NAPRAWDĘ wiedźma, chcesz ją rozgniewać?
-Mądry chłopak– pochwaliła go staruszka- Niestety nie ma to znaczenia na dłuższą metę, lecz nie mi o tym decydować –babcinka zaczęła mnie przerażać. "Babcinka cię przeraża, chłopcze? A co powiesz na demona, którego zabiłeś w Pustce? Tak… Wiem o twojej Katordze", uśmiechnęła się widząc moje zakłopotanie-Wierzcie, w co chcecie –wyraźnie skierowała wypowiedź do pozostałych.- A co z tobą? Czy twój elfi umysł daje ci inną perspektywę? W co wierzysz?
Popatrzyłem na Deidre i Aariela, zastanawiając się, do którego z nich mówi. A potem poczułem na sobie jej świdrujące oczy. Nie jestem, do kurwy nędzy, elfem!, zakląłem i już szykowałem się do zgromienia w myślach matki wiedźmy, kiedy ona podjęła:
-Wybacz. Faktycznie, nie- potwierdziła na głos moje oburzenie.- Przeszłość… oj tak… pełna bólu… nauki… tak… elf i człowiek…- zaczęła bezskładnie.
-Uważam- chciałem natychmiast zakończyć jej grzebanie w moich wspomnieniach- że jesteś szalona i niebezpieczna.
-I… to wszystko? Zapewne twój umysł, magu, sięga dużo, dużo dalej- odrzekła.-Bądź zawsze świadom… Czy może odwrotnie? Zawsze zapominam….hehe… Wokół ciebie jest tyle niepewności… A jednak ci wierzę- pokiwała sobie na potwierdzenie głową– Tak?– zaskrzeczała– Na to wygląda!- zachowywała się jak niestabilna psychicznie wariatka. Albo- opętany mag. Plugawiec.
-A więc to jest ta straszna wiedźma z Głuszy? – wyszeptał mi prawie ucha Alistair.
-Wiedźma z Głuszy, co? – zaśmiała się. -Na pewno powiedziała wam o tym Morrigan. Ona lubi takie bajki, choć sama nigdy się do tego nie przyzna! – rozmarzyła się na chwilę.– Och, jak ona tańczy pod księżycem!
-Oni nie przyszli wysłuchiwać twoich bajek, matko– przypomniała urażona dziewczyna. Poprawiła niesforne włosy, przyprawiając Davetha o mimowolne drżenie. A może spowodowała to wizja zamieniania w żabę?
-To prawda, przyszli po traktaty, tak? I powiem od razu, że wasza cenna pieczęć wytarła się dawno temu. Ja je ocaliłam– oświadczyła wręczając traktaty Alistairowi.
-Ty… Och… Ocaliłaś je? – powtórzył wyraźnie zszokowany Strażnik. Dlaczego?, rzuciłem w myślach.
-A dlaczego nie? – odparła pytaniem na podwójne pytanie- Zabierzcie je do waszych Szarych Strażników i powiedzcie im, że Plaga jest większym zagrożeniem niż im się wydaje!
-Dziękujemy za ich zwrot- wyrzuciła wreszcie Lydia, odwracając się w stronę z której przybyliśmy.
-Co za maniery!– ucieszyła się staruszka. Jeszcze intensywniej przyjrzała się naszej nieszczęsnej, wymęczonej drużynie. "Uważaj na nich. Nie doceniają pomocy magów, a bez ciebie sobie nie dadzą rady. Jak to było? Na dwóch wojaków przypada jeden mag?", zaszumiała w mojej głowie – Zawsze są tam, gdzie się ich nie szuka – ciągnęła dalej-Jak pończochy… Och, ale nie zawracajcie sobie mną głowy. Macie już to, po co przyszliście!
-W takim razie czas na was– stwierdziła chłodno Morrigan.
-Zachowuj się, dziewczyno– zgromiła córkę wzrokiem. -To twoi goście.
-No dobrze– burknęła -Wyprowadzę was z lasu. Chodźcie za mną- nakazała.
"To będzie ciekawe", odezwała się ponownie "Bardzo ciekawym będzie, co razem zdołacie osiągnąć".
Oglądnąłem się za nią, ale Alistair chwycił moje ramię i pociągnął dalej. Wracaliśmy do Ostagaru.
Przekraczając granicę obozu poczuliśmy nagłą, nieprzeniknioną ulgę. Większość, prawie potykając się o własne nogi, ruszyła do Duncana. Jedynie Alistair skręcił gdzieś na lewo i … wsiąkł w otoczenie. Wzruszyłem ramionami. Szykowałem się właśnie do postawienia pierwszego kroku, kiedy coś wielkiego, w dodatku futrzastego otarło się o moją togę.
-Hej!- mabari Lydii usiłował wetrzeć we mnie całe błoto ze swojej sierści- Lydia! Weź go!
-Och, daj spokój. Lubi cię. Tylko się łasi- zaśmiała się z kpiną.- Ares! Noga!- krzyknęła przywołując go do porządku.
Teraz chyba wiem, dlaczego Alistair tak boi się mabari- pies z łatwością, nawet jeśli okazywał mi jakieś uczucia, mógł wbić mnie w glebę. Miał ogromną siłę. Rzuciłem przelotnie okiem na ogień Szarego. Najpierw pozbędę się tego nieszczęsnego kwiatu. Może się zmechacić w torbie i nie będzie z niego większego pożytku. A drugi raz do Korcari, choćby mnie tam zaganiała horda pomiotów- nie pójdę!
-Witaj- odezwał się naczelny psiarz. Musiał z daleka rozpoznać moją sylwetkę- Udało ci się znaleźć kwiat?
-Tak, to ten?- wręczyłem mężczyźnie roślinę. Pokiwał z wdzięcznością głową.
-Nie mam pewności, czy on pomoże moim biednym ogarom, ale warto spróbować– mruknął pod nosem, po czym pogrzebał zawzięcie w torbie leżącej nieopodal klatek– Mam tutaj… Zobaczmy… Dwadzieścia srebrników, które mogę ci zaoferować w charakterze nagrody.
-Ja… dziękuję– wreszcie kupię trochę lyrium… o ile kwatermistrz nie wyzwie mnie od elfickich sług.
-Dziękuję ci za pomoc. Być może utracimy dziś mniej ogarów niż się spodziewałem- dodał nieco pesymistycznie, ale momentalnie powrócił do swojej pracy.
- Väinamöinen!- zakrzyknął Alistair wyłaniając się z głębi obozu.- To, co? Idziemy do Duncana?
Skinął mu w odpowiedzi. Czas rozpocząć Dołączenie, czymkolwiek ono było. Zbliżyliśmy się do zgromadzonych. Ares, który dotąd posłusznie warował u stóp Lydii, zerwał się z miejsca i podskoczył do mnie. Duncan uniósł ze zdziwieniem brwi, ale nie tylko on. Pies dość nieufnie podchodził do każdego członka drużyny, a do mnie po prostu lgnął. Położył po sobie uszy i znowu zaczął się ocierać o togę.
-Coś podobnego- mruknęła niezadowolona łuczniczka, chwytając jego obrożę i odciągając go ode mnie. Powsstałą konsternację przerwał Szary.
-A więc wróciliście z Głuszy- odezwał się Duncan, przyglądając się każdemu podopiecznemu-Jak wam poszło?
-Zdobyliśmy wszystko– powiedziałem zgodnie z prawdą. Szary odetchnął z ulgą. On… Martwił się o nas. O maga krwi też się martwiłeś? Dlaczego? Gregor, gdyby wiedział, kazałby mnie zabić na miejscu.
-To dobrze -rzucił zdawkowo Duncan- Poleciłem magom z Kręgu, by rozpoczęli przygotowania. Udało się wam zdobyć krew mrocznych pomiotów, więc możemy natychmiast przystąpić do rytuału Dołączenia- odebrał od Alistaira fiolki z mętną cieczą.
-Jestem gotów – jego zaufanie wobec mojej osoby, magii którą teoretycznie praktykowałem, dodała mi pewności siebie. W Kręgu jestem skończony. W takim bądź razie może wśród Szarych znajdę dożywotnie zajęcie?
- Doskonale. Odwaga pomoże ci stawić czoła wyzwaniu- zawahał się. Zamyślił nad wypowiedzianymi przed sekundą słowami. Zmrużył oczy i przebiegł po twarzach protegowanych.
-Odwaga?– wtrącił Daveth- Co nam grozi?
-Nie będę was okłamywał –Duncan odwrócił się do nas plecami -My, członkowie Szarej Straży, płacimy wysoką cenę za to, by wstąpić w jej szeregi. Być może przyjdzie wam zapłacić tę cenę już teraz.
-To dlatego Dołączenie okryte jest taką tajemnicą?- wypaliłem. Zrobię wszystko, byleby nie musieć wracać do klatki Kręgu.
-Zgadza się- potwierdził.- Nie byłoby tak, gdyby inni rozumieli nasze poświęcenie. Niestety takie czasy nigdy nie nadejdą– w tym ostatnim zdaniu zawisła nuta goryczy.
-Chodźmy więc. Chciałbym wreszcie przekonać się, jak wygląda ten rytuał- zażartował Daveth.
-Zgadzam się. Do dzieła- poparł go sir Jory.
-Dobrze! – zawołał pewniej Duncan. Raz jeszcze przyjrzał się nam uważnie. Byliśmy jego rekrutami- wyselekcjonowanymi. Nie mogliśmy go teraz zawieść. Uratował mnie przed śmiercią, albo gorzej… Wyciszeniem– Alistairze, zabierz ich do starej świątyni – rozkazał templariuszowi, po czym ruszył raźnym krokiem w stronę enklawy magów.
Stara świątynia okazała się być resztką tarasu, na którym wcześniej spotkałem Alistaira. Pośrodku stał potężny stół, który musiał zostać przyniesiony dość niedawno. Lydia stała zapatrzona na obóz, przy jej nodze leżał Ares; Inari przedrzeźniała się z Deidre, co kawałek nazywając go szyszkojadem lub kłapouchym, zaś Aariel tylko obserwował ich z politowaniem; Heimdall pogrążył się we własnych myślach. Jedynie sir Jory i Daveth prowadzili ostrą, a przede wszystkim głośną, wymianę zdań.
- Im więcej wiem o Dołączeniu, tym mniej mi się ono podoba– jęknął sir Jory, który od jakiegoś czasu krążył tam i z powrotem, wydeptując ścieżkę pielgrzymkową na posadzce.
-Znowu biadolisz?– zirytował się Daveth. Odniosłem wrażenie, że ma ochotę zdzielić rycerza po głowie.
-Po co te wszystkie testy? …Nie dowiodłem już swej przydatności? –sir Jory dalej ciągnął nieubłaganie.
-Może to taka tradycja- zasugerował zniecierpliwiony Daveth -Albo próbują cię po prostu rozdrażnić- Oj, tak… Wychodzi im to świetnie.
-Uspokój się- rzuciłem od niechcenia, również zmęczony tą kłótnią– Ponoć magom brakuje odwagi, a wydaje mi się, ze mam jej więcej od was.
-Wiem tylko tyle, że moja brzemienna żona jest w Wysokożu– burknął oskarżycielko sir Jory.– Gdyby mnie ostrzegli… To nie wydaje mi się w porządku.
-A przybyłbyś tutaj, gdyby cię ostrzegli?– naskoczył na niego Daveth- Może dlatego właśnie tak nie postąpili. Strażnicy robią to, co muszą, mam rację?- Cóż. Szarą Straż wygnano z Fereldenu. Powrócili dość niedawno, więc nie ma tu zbyt wielu członków. Najwidoczniej Duncan dostał rozkaz odbudowy bractwa w naszym kraju. W takim bądź razie każdy rekrut jest na wagę złota.
- Łącznie z poświęceniem nas? –zripostował rycerz.
-Poświeciłbym dużo więcej, gdybym miał pewność, że oznaczałoby to koniec Plagi– wysyczał Daveth. Jeszcze chwila i dojdzie do rękoczynów. Dlaczego musieli akurat w takim momencie zacząć się kłócić!?
-Zamkniecie się w końcu?- warknąłem, uciszając ich skutecznie. Przynajmniej na jakiś czas.
Alistair przyglądał się nam ze smutkiem. SMUTKIEM? On? Zwiesił głowę, kiedy poczuł mój wzrok. Zgarbił ramiona i czekał. Czekał na nadciągającego po stopniach Duncana.
-Zaczynamy rytuał Dołączenia – zagrzmiał spokojny głos przywódcy Szarych. Zbliżył się do nas powolnym krokiem. W dłoniach niósł kryształowy kielich. Postawił go ostrożnie na stole.– Szara Straż powstała podczas pierwszej Plagi, kiedy ludzkość stanęła na krawędzi zagłady– rozpoczął- Pierwszy Szary Strażnik wypił wówczas krew mrocznego pomiota i opanował zarazę- Po to była nam ich krew!? Mamy ją…
-Wypić krew tych… Tych istot? – wydusił z siebie sir Jory. Malował się na nim strach i panika. Ręce zaczęły drżeć.
-Podobnie jak pierwsi Szarzy Strażnicy przed wami- poinformował Duncan- TO jest właśnie źródło naszej potęgi i naszego zwycięstwa.
-Szarzy Strażnicy są odporni na zarazę– dodał Alistair- Potrafią wyczuwać ją w mrocznych pomiotach i wykorzystać, by pokonać arcydemona.
-A więc do dzieła– Kiedyś, w Wieży, Irving powiedział mi: Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Nadeszła pora sprawdzić, czy mówił prawdę.
-Słowa, które tu padają, powtarzane są od początku istnienia Szarej Straży– oznajmił Duncan. Wziął w dłonie kielkich i napełnił go zawartością jednej z fiolek– Alistairze?
-Przyłączcie się do nas, bracia i siostry –zaczął– Przyłączcie się do nas, ukrytych w cieniu. Przyłączcie się do nas, pełniących wieczną służbę. A jeśli zginiecie, wiedzcie, że kiedyś do was dołączymy– wyrecytował.
-Wystąp, Daveth – rozkazał Duncan. Krew pomiotów zajmowała całe dno naczynia. Ulatywał od niej duszący odór, jakże charakterystyczny dla tych stworzeń. Patrzyłem jak Daveth odbiera od Szarego kielich, upija łyk, a potem… To musiało być straszne. Łucznik zgiął się w pół, zakrzyknął coś rozdzierającym głosem. Chwycił palcami swoją szyję i rozwarł szeroko usta, jakby błagając powietrze żeby nie odbierało mu tlenu. Zarzęził przeraźliwie, wywrócił białkami w oczach, padł na ziemię i znieruchomiał. Na zawsze.
-Na oddech Stwórcy– sir Jory cofnął się parę kroków w tył.
- Przykro mi, Daveth– szepnął Duncan. W jego głosi szło wyczuć ogromny ból i żal za zmarłego przed chwilą rekruta. Jednakże odwrócił się do następnej osoby- Wystąp, Jory.
-Ale… Ja mam żonę… - zawahał się– I dziecko… Gdybym wiedział…
-Nie ma już odwrotu– w obliczu Szarego nagle coś się zmieniło. Pojawiła się na nim determinacja i chłodna perfekcja. Nie mógł pozwolić nam zrezygnować, tym bardziej, że wiedzieliśmy już, na czym polega rytuał.
-Prosicie o zbyt wiele!– zawołał sir Jory, wyszarpując z pochwy wielki dwuręczny miecz.-Nie ma w tym chwały.
Rycerz zaatakował z niebywałą siłą, jednak został błyskawicznie odepchnięty przez Strażnika. Ostrza zderzyły się ze sobą z jazgotem. Duncan raz jeszcze popatrzył na mężczyznę. Zmroziło mnie. Walczyć z kimś pokroju Duncana. Sir Jory nie miał z nim przecież żadnych szans!
-Przykro mi, Jory- wykonał półobrót i wbił sztylet prosto w brzuch rekruta. Delikatnie zsunął jego ciało. Posadzkę momentalnie pokryła szkarłatna plama. Alistair zadrżał. Wiedział, że tak to się może skończyć. Wiedział, ale milczał! Zaraza mogła nas zabić, ale… Ano właśnie. Wciąż pozostawało jakieś ALE.
-Rytuał nie dobiegł jeszcze końca – Duncan przejechał wzrokiem po pozostałych. Przybrali kamienne miny. Pewnie zastanawiali się, jak mogą mu po tym wszystkim powierzyć swoje życie? Tymczasem Szary szukał jakiejkolwiek oznaki, że nie postanowią pójść w ślady zdesperowanego rycerza. Przełknąłem ślinę. Poczekałem aż dotrze wzrokiem do mnie i odwzajemniłem mu spojrzenie- Zostałeś wezwany, by poddać się zarazie dla wyższego dobra. Wystąp- zamilkł. Nastała konsternacja. Każdy ważył w myślach, kogo wezwie.- Väinamöinen.
Zaschło mi w ustach. Przymknąłem powieki, ale w końcu po to opuściłem Krąg, prawda? Odebrałem od niego kielich. Czułem, że wszyscy obserwują moje poczynania. Czy dołączę do was? Daveth, Jory? Krew była gorzka w smaku. Drapała podniebienie jak tarka do warzyw. Upiłek kilka łyków… Nigdy nie zastanawiałem się, jak to jest połykać rozżarzony węgiel… Musiało to być podobne odczucie. Poczekałem na jakąkolwiek reakcję organizmu. Nic się nie działo. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Duncana.
-Od teraz jesteś Szarym Strażnikiem– dodał, jednakże wciąż wątpił, czy aby na pewno uda mi się pokonać zarazę. Potem mówił do mnie coś jeszcze, ale już tego nie usłyszałem. Po moim ciele rozlała się fala gorąca, zaczęło brakować tlenu- zupełnie jak w Głuszy, kiedy wleciałem do stawu. Tyle tylko, że tamto to była woda, a ja mogłem rzucić jakiś czar. W głowie pojawił się krzyk. Kto tak się drze?, pomyślałem i z niejakim przerażeniem odkryłem, że to chyba był mój własny głos.
Zatoczyłem się na boki. Ziemia zawirowała i nagle ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność…
…Widziałem obrazy… Setki obrazów… Były tam pomioty. Otaczały mnie zewsząd. Łopot skrzydeł. Ryk. Na ciało wstąpiły zimne poty. Odwróciłem się. To był smok! Skierował w moją stronę wielki, jakby obdarty ze skóry, łeb. Przykrzywił go i znowu zaryczał. Jakby miał ochotę poinformować mnie, że widzi moją marną postać… Wyzywał do walki… Kogo?... Do pojedynku… Mnie?...
Oto Koniec….?
-Dokonało się– głos Duncana zawisł tuż nad moją głową. Spojrzałem w niebo. Ciemnogranatowe, a więc nastał już wieczór.-Witaj– zwrócił się do mnie Szary.- Dodałeś swym towarzyszom sił- Sił? To znaczy, że…? Pozostali, to znaczy .. Przekręciłem się na bok. Z posadzki zbierali się kolejno: lekko jeszcze zamroczona Lydia, Inari- klnąc na nabitego guza, Heimdall- kiwając się na wszystkie możliwe strony, Deidre- szukając wsparcia w Aarielu, który również ledwo trzymał się na nogach. Kogoś pominąłem?
-Dwie kolejne ofiary– westchnął ciężko Alistair, chwytając pewnie moje ramię i ciągnąc w górę- Podczas mojego Dołączenia nie było tak źle.
-Jak się czujesz? – spytał z namacalną troską Duncan.
-To było bardziej bolesne od Katorgi- przyznałem otwarcie.
-Nie ma innego sposobu, by wstąpić w szeregi Szarej Straży– odparł od razu Duncan, uśmiechając się przyjaźnie. Oj, tak. On świetnie zdawał sobie sprawę z tego, czym była Katorga.
-Śniło ci się coś?– spytał templariusz- Ja po Dołączeniu miałem koszmary.
-Tego typu sny pojawiają się, gdy zaczynasz wyczuwać obecność mrocznych pomiotów– oznajmił Duncan, wcale nie próbując owijać w bawełnę– W nadchodzących miesiącach doświadczysz jeszcze wielu rzeczy, których znaczenie trzeba ci będzie objaśnić.
-A, zanim zapomnę, pozostaje jeszcze jeden element Dołączenia– pacnął się otwartą dłonią w czoło Alistair- Część tej krwi umieszczamy wewnątrz wisiora. Przypomina nam o tych, którzy nie dożyli dzisiejszego dnia – zakończył, podając mi łańcuszek z zawieszką.
-Odpocznij trochę. Gdy będziesz gotowy, chciałbym, abyś towarzyszył mi podczas spotkania z królem– poinformował Duncan. Czemu każe Alistairowi odpoczywać? Zmarszczyłem czoło. On znowu mówił do mnie. Dlaczego ja!?
-Cóż to za spotkanie?– spytałem udając zainteresowanego. Bardziej dręczyło mnie, dlaczego nie weźmie kogoś, kto faktycznie mógłby się przydać podczas takiego spotkania. Z królem, w dodatku.
-Król omawia strategię przed nadchodzącą bitwą. Nie jestem pewien, dlaczego zażyczył sobie twojej obecności– dodał w zamyśleniu. Mojej!? Po kiego grzyba mojej!?Mało miał magów w obozie!?– Spotkanie odbywa się na zachód stąd, schodami w dół. Idź tam szybko! – poinstruował i odszedł miarowym krokiem. Po chwili zniknął mi z pola widzenia.
Wahałem się chwilę, a potem podszedł do mnie Alistair, położył rękę na ramieniu i mruknął coś o tym, że jeśli się wkrótce nie stawię na spotkaniu król Cailan zacznie płakać ze złości. Westchnąłem ciężko i udałem się według instrukcji Duncana na miejsce narady.
-Loghainie, moja decyzja jest ostateczna– zirytował się król– Wyruszę do ataku wraz z Szarymi Strażnikami- wydawało się, że ledwo panuje nad swoimi emocjami. Blondyn stał oparty o blat stołu, w złotej płytowej zbroi, tej samej w której spotkałem go po raz pierwszy. Sprawiał wrażenie naprawdę zdenerwowanego. Duncan znajdował się naprzeciwko niego. Ręce miał splecione na plecach. Przyglądał się ze stoickim spokojem kłótniom Cailana i Loghaina.
-Za dużo ryzykujesz, Cailanie– warknął podirytowany teyrn. Rozejrzałem się dookoła. Cała narada liczyła sobie sześć osób. Oprócz króla, teyrna, Strażnika i mnie, znajdował się tu jakiś dziwnie znajomy, łysy mag i kapłanka Zakonu. Usilnie starali się zachować sporą odległość między sobą. Patrzyli z uwagą na poczynania młodego władcy. Czasem zaszczycali się nawzajem lodowatym spojrzeniem.– Horda mrocznych pomiotów jest zbyt niebezpieczna, byś stawał na pierwszej linii– upomniał Loghain. Otaczała go aura jakiejś kuriozalnej trwogi o króla. Ciekawe dlaczego? W Wieży Kręgu nie rozmawiano zbyt wiele na temat polityki, ani tego, co akurat dzieje się w kraju. Jakie więc powiązania mieli teyrn i król, poza dowódcą wojsk a władcą? (Z tej bolesnej niewiedzy wyprowadziła mnie później Lydia, cierpliwie tłumacząc, że córka teyrna jest żoną Cailana).
-Może zatem powinniśmy zaczekać na siły Orlesian?– zasugerował Cailan. Uniósł brwi jakby wyzywając Loghaina do kolejnej potyczki na słowa. Czyżby czekała nas następna awantura?
-Toż to kompletny absurd!– wybuchnął jego urojony przeciwnik. Wyrzucił w powietrze ręce jakby chciał odgonić wyjątkowo natrętną muchę, a raczej całe ich stado. -Nie potrzebujemy żadnej pomocy, a zwłaszcza ze strony Orlesian.
-To nie jest wcale absurdalny pomysł!– zawarczał gardłowo król i uderzył pięścią w blat, tak że lekko drgnąłem. Jeśli zaraz nie skończą tej kłótni, to zamiast walki z pomiotami rzucą się sami sobie do gardeł.– Nasze spory z Orlesianami to przeszłość, a ty pamiętaj, kto tu jest królem!
Teyrn wyprostował się i otworzył szerzej oczy. Wyglądał tak, jakby uderzył w niego piorun kulisty. Wyjątkowo paskudna sprawa…
-Dobrze, że Maric nie dożył dnia, kiedy jego syn gotów jest oddać Ferelden tym, którzy niewolili go przez całe stulecie– wycedził przez zęby, ledwie opanowując narastający w nim gniew.
-A więc nasze siły będą musiały wystarczyć, prawda? – król wreszcie zauważył dokąd ta debata zmierza– Duncanie, Strażnicy są gotowi do walki?
-Tak, wasza wysokość– Strażnik skłonił z szacunkiem głowę.
-A to ten mag z Kręgu?– zainteresował się Cailan, czyżby już zapomniał jak wyglądałem?- Rozumiem, że należą się gratulacje – dodał wesołym głosem. Nawet nie próbował ukrywać jakim zaciekawieniem i fascynacją darzył Szarą Straż. Założę się, że gdyby nie siedział na tronie, to sam by do nas dołączył…
-Dziękuję, wasza wysokość- mruknąłem cicho.
-Potrzebujemy w tej chwili każdego Szarego Strażnika– zawyrokował Cailan- Powinieneś czuć się zaszczycony, że możesz do nich dołączyć- zauważył. Hmm… jakbym się tak nie czuł.
-Twoja fascynacja legendami przyniesie nam zgubę, Cailanie – warknął ponownie Loghain- Musimy być realistami.
-W porządku – westchnął szczerze tym umęczony król- Przedstaw mi swoją strategię. Ja i Szara Straż sprowokujemy mroczne pomioty do ataku, a wtedy…?– zaczekał aż teyrn dokończy za niego.
-Rozkażesz zapalić sygnał świetlny na wieży- uzupełnił posłusznie.- Wtedy moi ludzie zaatakują z ukrycia.
-I oskrzydlą mroczne pomioty, pamiętam – kontynuował władca. Pokiwał zadowolony głową.-Chodzi o Wieżę Ishal? – zawiesił na sekundę głos– Kto zapali ogień sygnałowy?
-Mam tam kilku ludzi– rzekł Loghain, wskazując jakiś punkt na mapie.– Nie jest to niebezpieczne zadanie, ale bardzo odpowiedzialne- Oczywiście, że tak. Siekać mieczem, walić tarczą, strzelać z łuku… każdy może. A taktyką bawią się tylko dojrzałe dzieci.
-A więc powinniśmy posłać tam najlepszych… Wyślij Alistaira i twoich nowych Szarych Strażników– zdecydował król.
- Zrobię co w mojej mocy, wasza wysokość – powiedziałem, bo nie do końca byłem przekonany, czy to aby dobry pomysł.
-Za bardzo ufasz Szarej Straży.- wybuchł ponownie teyrn– Jesteś pewien swoich decyzji?
-Dość tych twoich spiskowych teorii, Loghainie– uciął krótko Cailan. Oj, tak. Poczuj kto ma tu władzę…– Szarzy Strażnicy walczą z Plagą niezależnie od okoliczności.
-Wasza wysokość, powinieneś rozważyć możliwość pojawienia się arcydemona– wtrącił Duncan. Utkwił wzrok w młodzieńcu. A więc Duncan spodziewał się pojawienia Arcydemona? Tego smoka ze snu…?
-W Głuszy nie natrafiliśmy na ślady smoków- burknął Loghain.
-A nie po to są tu twoi ludzie, Duncanie?- dodał Cailan. Trochę ze ostro jak na mój gust. Co my, przepraszam bardzo, za jakieś ogary tropiące mamy robić!?
-Ja… Tak, wasza wysokość – zająknął się Szary, ale momentalnie odzyskał ducha.
-Wasza wysokość, wieża i ogień sygnałowy są zbędne– wtrącił swoje trzy grosze mag– Krąg Maginów…
-Nie powierzymy życia jakimś magom!– oburzyła się Wielebna Matka. Taa… jasne… To co, lepiej zakuć nas w dwimeryt i przechować do następnej bitwy? Aż Zakon uzna nas za niezbędnych? Obłęd!– Zachowaj moc na mroczne pomioty!- dobra, tego się nie spodziewałem. A jednak nie każe nas zamknąć w izolatkach…
-Dosyć– uciął Loghain– Ten plan wystarczy. Szara Straż zapali ogień sygnałowy.
-Dziękuję, Loghainie!– rozpromienił się Cailan-Nie mogę się już doczekać tej chwalebnej chwili! Szara Straż walcząca u boku króla!– kontynuował wywód z niejakim rozmarzeniem na twarzy.
-Tak, Cailanie, będzie to chwalebna chwila dla nas wszystkich- rzucił niedbale teyrn, opuszczając miejsce narady.
Duncan zebrał naszą sporą grupkę przy ogniu. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali nowin, jakie posłyszeliśmy na spotkaniu. Czułem, jak Lydia łypie na mnie spode łba, zupełnie jakby zazdrościła mi tego, iż wraz z Duncanem uczestniczyłem w radzie wojennej. Tymczasem Szary spokojnie wyjaśniał szczegóły naszego zadania.
-Znacie już plan– stwierdził po kilku minutach– Macie wejść na Wieżę Ishal i dopilnować, by zapłonął na niej ogień sygnałowy- powtórzył w obawie, że zapomnimy.
-Co takiego?– obruszył się Alistair, zostając wreszcie dopuszczony do zdania– Nie wezmę udziału w bitwie?
-Takie jest osobiste życzenie króla, Alistairze– oznajmił twardo i dość stanowczo Duncan– Jeśli ogień nie zostanie rozpalony, żołnierze teyrna Loghaina nie będą wiedzieli, kiedy ruszyć do ataku– wyjaśnił, usiłując wyjaśnić konsekwencje mogące wyniknąć z przegapienia sygnału.
-I dlatego siedmiu Szarych Strażników ma stanąć na szycie wieży z pochodniami w rękach? Mamy ustawić się w jakiś wymyślny symbol, tak na wszelki wypadek? – prychnął zdenerwowany.
-Zgadzam się z Alistairem– wyraziłem, wcześniej ukrywane podejrzenia- Powinniśmy brać udział w bitwie- za moimi plecami przebiegł pomruk aprobaty.
-To nie zależy od was – zgromił nas Duncan, wykorzystując autorytet przywódcy Szarych- Jeśli życzeniem króla Cailana jest, by Szara Straż dopilnowała rozpalenia sygnału, to Szara Straż BĘDZIE na miejscu – dodał z naciskiem na ostatnie elementy zdania– Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by zniszczyć mroczne pomioty.
Cóż, mam tylko nadzieję, że się nie mylisz…
- No dobra– burknął pokonany Alistair- Musisz jednak wiedzieć, że jeśli król poprosi mnie kiedyś, bym założył sukienkę i zatańczył remigolda, to nic z tego- zrobił pauzę, żeby złapać oddech– Choćby mroczne pomioty miały padać od tego jak muchy.
-Masz dość dziwne wyobrażenie, co do upodobań króla– odparłem szczerząc zęby. Wizja templariusza w różowej sukience i pantofelkach, poruszającego się wzdłuż linii frontu… Dobry Stwórco…
-Tak się składa, że w sukience wyglądam całkiem ponętnie– skwitował usłużnie.
Duncan westchnął ciężko. Zastanawiałem się, czy na propozycję swojego podopiecznego, czy po prostu ze zmęczenia ciągłym wyczekiwaniem na walkę.
-Po drugiej stronie mostu, patrząc od obozu króla w stronę, z której przybyliśmy– przypomniał gdzie znajduje się Wieża Ishal– Będziecie musieli przeciąć wąwóz i przejść przez bramę. Za nią znajdziecie wejście do wieży. Z jej szczytu będziecie mieć widok na całą dolinę.
-A gdzie ty się udasz? – spytała niepostrzeżenie Lydia.
-Będę walczył u boku króla razem z pozostałymi Szarymi Strażnikami… Na jego wyraźne życzenie. Damy wam znać, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Alistair będzie wiedział, czego wyglądać- poinformował otwarcie.
Chciałem zapytać go o możliwość pojawienia się arcydemona, ale zostałem uprzedzony innym pytaniem.
-Czy później będziemy mogli włączyć się do bitwy?– spytała z nadzieją Inari.
-Zostańcie z żołnierzami teyrna i strzeżcie wieży – zgasił jej zapędy Duncan. Pozostali wymienili markotne spojrzenia, ale nie skomentowali.– Jeśli okażecie się potrzebni, zostaniecie o tym poinformowani.
-Wiem już, co mamy zrobić– rzuciłem w eter. Alistair przytaknął mi głową.
-W takim razie muszę dołączyć do pozostałych– stwierdził Duncan- Od tej chwili zdani jesteście sami na siebie. Pamiętajcie, wszyscy jesteście Szarymi Strażnikami. Oczekuję, że okażecie się warci tego tytułu– zakończył wywód i już chciał odejść, kiedy został zatrzymany przez templariusza.
-Duncanie… -zaczął- Niechaj czuwa nad tobą Stwórca- dokończył z powagą.
-Niechaj czuwa nad nami wszystkimi- odwzajemnił słowa. Przebiegł wzrokiem po naszych twarzach i uśmiechnął się pokrzepiająco. Rozpoczęła się nasza pierwsza pseudo-bitwa, pseudo, bo niby jak mieliśmy im pomóc, skoro wysłano nas do wieży?
Niebo zasnuły burzowe chmury. W powietrzu unosiły się nerwowe pokrzykiwania żołnierzy, ujadanie mabari i ciągle wydawane rozkazy. Zerwał się wiatr, a po chwili do niego dołączyły krople deszczu. Drobna mżawka przerodziła się wkrótce w ulewę. Alistair poprowadził nas do mostu, pod którym teraz zbierała się armia króla. Zapalone pochodnie płonęły pomiędzy maleńkimi jak mrówki postaciami. Gdzieś wśród nich był Duncan i Cailan.
Na moście stali już łucznicy. Potworzyli niewielkie grupy, po dziesięć osób w każdej. Pomiędzy każdym oddziałem znajdowały się dwie katapulty, właśnie ładowano je nasączonymi czymś pociskami, by po chwili zapalić je i przygotować do wysłania we wroga.
-Przez most i do Wieży Ishal!- wydarł się templariusz, po czym całą "zgrają" rzuciliśmy się do biegu. Wtedy w powietrzu wyczułem charakterystyczny smak lyrium. Obejrzałem się na prawo. W stronę mostu leciały kule ognia. RYKOSZETY!, wydarłem się w myślach.
-Wszyscy PADNIJ!- krzyknąłem zdzierając gardło. Towarzysze spojrzeli na mnie jak na wariata, zaś łucznicy od razu potulnie wykonali rozkaz. Od kogokolwiek on pochodził. Nie ma to jak karne wojsko. Alistair chyba połapał się, o co chodzi, bo rzucił się w przód szczupakiem, chwycił w pasie Lydię i przydusił do ziemi. W jego ślad poszli inni. Zanim łuczniczka zaczęła zwymyślanie biedaka, nad ich głowami przemknęła ogromna, płonąca kula. Otworzyli szerzej oczy, najwidoczniej przypominając sobie rzucony przeze mnie czar w Głuszy.- A teraz biegiem- ponagliłem ich, przeskakując nad leżącą Inari. Bieganie w todze coraz lepiej mi wychodziło, z czego rozpierała mnie wręcz duma. Przynajmniej nie będę opóźniać marszu.
Mabari Lydii poleciał za mną, chyba stwierdzając, że lepiej mieć maga na oku, bo od tamtego momentu łaził za mną jak cień. Kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie mostu, zza zakrętu prowadzącego do wieży, wyłoniła się dwójka ludzi. Mag i jakiś zbrojny. Wpadli na nas z rozpędem i wybałuszyli oczy, widząc nadciągające wsparcie.
-Wy… Jesteście Szarymi Strażnikami, prawda?! –powiedział z nadzieją gwardzista– Wieża… Została zdobyta!
-O czym ty mówisz, człowieku?!– warknął jak rozwścieczony pies Alistair– Jak to zdobyta?!
-Mroczne pomioty… - wydyszał– Są wszędzie! Przedostały się do środka!
I teraz, tak po prostu, dajecie nogę?
-A więc musimy przedrzeć się na szczyt i rozpalić ogień sygnałowy!– oznajmił wszem i wobec Alistair. Machnął na nas ręką i udaliśmy się w dalszą drogę. Jednakże, jak tylko dostaliśmy się pod wejście do Ishal, zaatakowała nas nieduża grupka pomiotów. Wokół nich ścieliły się ciała zamordowanych gwardzistów. Inari warknęła coś, że właśnie podano do stołu, po czym wraz z Heimdallem, Alistairem i Aarielem rzuciła się w wir walki. Pierwszy raz widziałem, żeby pomioty wierzgały się na boki próbując uciec przed nacierającymi z furią wojownikami. Piszczały przeraźliwie, kiedy bezwzględne ostrza mieczy rozpruwały ich z rzeźnickim kunsztem. Strzały dobijały, a moje czary skutecznie osłabiały. Nie trwało to długo. Ledwie parę minut. Ostatni padł hurlok alfa. Gdy tylko jego wielkie cielsko wryło się w przesiąkniętą krwią i deszczem glebę, wkroczyliśmy do wnętrza strzelistej budowli.
Wnętrze Wieży Ishal przeszło nasze najszczersze oczekiwania. Po podłodze słały się trupy żołnierzy utopione w mętnych szkarłatnych plamach. Oświetlał je nikły płomień pochodni. Dookoła unosił się charakterystyczny odór pomiotów. W głowie zahuczało murmurando i już wiedziałem, że w sali przed nami roi się od przeciwników. Lydia cmoknięciem przywołała do siebie Aresa. Pies zjeżył sierść, ale ani myślał sprzeciwiać się swojej pani.
Wejście odgradzały od reszty komnaty prowizoryczne zapory, wlepiające się w kolumnę. Deidre pochylił się nisko tak, że jego grzbiet kończył się na wysokości zaostrzonych pali. W takiej pozie przeszedł kilka kroków i przykucnął. Wyjął z pochwy sztylet i wykonał nim taki ruch, jakby coś rozcinał. Machnął ręką pokazując wolną drogę.
-Nie tak to sobie wyobrażałem…- mruknął Alistair, ściągając tarczę i dobywając miecza. Spojrzał na mnie z pewną dozą prośby…? O co…- Trzymaj się z tyłu. Osłaniaj nas wszystkich….- rzucił i wraz z Heimdallem wpadli do sali, przyjmując na siebie serię strzał genloków. Ich tarcze w ekspresowym tempie zaczęły przypominać jeże. Tuż za nimi pobiegli Aariel i Inari, ostatnia klnąc głośno na "jakąś małpę pod ścianą, która rzuca w nich zielone kulki". Zielone kulki. Emisariusz, przemknęło przez myśli. Podążyłem za nimi. Lydia z Deidre zajmowali się osłanianiem pozostałych.
-Fulgur!- krzyknąłem, wypuszczając z dłoni błyskawicę, która w ułamek sekundy później poraziła emisariusza. Już chciałem rzucić kolejny czar, kiedy pod nogami przeturlała mi się krasnoludka. Poderwała na równe nogi i doskoczyła do "maga". Ostrza sztyletów zalśniły w powietrzu, a na posadzkę spadł zdeformowany łeb poczwary. Za moimi plecami słyszałem trzask łamanych kości, dzikie piski i powarkiwania. –Gelidus- stożek zimna skuł dwa ostatnie genloki.- Ciekawie się zaczyna.
-Taa… Cholera- Alistair wyprostował się i zaczął nasłuchiwać. Dużo lepiej odbierał głosy płynące z gardeł pomiotów, w końcu dłużej był Strażnikiem. –Jest ich więcej. Lydia, Deidre trzymać się z tyłu. Heimdall ze mną będziemy atakować pierwsi. Aariel, Inari… po prostu osłaniajcie nasze tyły i pilnujcie łuczników- zakomenderował i postąpił krok w przód. A ja to co!? Truchło bryłkowca jak mawia Inari!?
Zanim weszliśmy do następnego pomieszczenia, wrota z hukiem zostały wywalone z zawiasów. Roztrzaskały się na biliardy wykałaczek. Z wnętrza wybiegła kolejna grupka pomiotów. Tym razem, nieco lepiej uzbrojonych. Hurloki rzuciły się z radosnym skowytem na wojowników, a po chwili dołączyły do nich genloki. Wspólnie otoczyli nas ścisłym okręgiem. Stali bardzo blisko siebie… za blisko. Jedyne, co w tej sytuacji przychodziło mi na myśl, to pozamieniać je w chodzące pochodnie- tak jak w Głuszy.
-Na mój znak przylgnijcie do ziemi i spróbujcie stąd zwiać… - mruknąłem, szykując zaklęcie.
- Väinamöinen… co chcesz zrobić?- Alistair uniósł wysoko brwi, obawiając się wszelkich szalonych pomysłów z mojej strony.
-Zaufajcie mi…. TERAZ!- chwycili kurczowo broń, padli na podłogę i wtulili się w zimny kamień- Flamma! -strumień ognia spłynął z moich rąk i zaczął lizać pomioty. Płomienie w błyskawicznym tempie rozprzestrzeniły się po oślizłych ciałach. Zanim zrobiło się gorąco jak w samym środku ogniska- moi towarzysze zdążyli się stamtąd ulotnić. Też się stąd zabieraj pajacu!- Ictus animae!- czar odrzucił żywe race na boki, pozwalając mi wydostać się z gorejącej obręczy.
Pomioty usmażone na czarny węgiel leżały pokotem po posadzce. Minąłem je starając się nie patrzeć na bezkształtne spalenizny i dołączyłem do reszty. Kręcili się po pokoju gwardzistów. Dookoła walały się podarte ubrania, książki powyrzucane z półek (Jakby zobaczył to Sweeney, to umarłby na miejscu na zawał…), szczątki broni i pancerzy. Najwidoczniej żołnierze nie spodziewali się żadnego ataku… No, przecież, że nie. Mieli tylko zapalić sygnał!
Za kolejnymi drzwiami znajdował się niewielki korytarz z gigantyczną dziurą między posadzką a ścianą. Przystanąłem. Czyżby pomioty wykopały sobie tunel!? Bez jaj! Zajrzałem w czarną przestrzeń. Zdawała się nie mieć końca. Mrok emanował jakąś dziwną tajemnicą. Czułem na policzkach nagrzany powiew wiatru... Ciekawe dokąd prowadzisz?… Jak idzie im walka?, myślami zakotwiczyłem przy Duncanie i Cailanie. Niespodzianie z błogiego zamyślenia wyrwał mnie dźwięk łamanych przez miecze strzał. Zza ramienia Alistaira wystawał wyszczerzony łeb genloka, a dalej następne.
-Veneficus-iaculum- śnieżnobiała kula przebiła się przez ciało kolejnego pomiota zagradzającego przejście na piętro.
- Na oddech Stwórcy!- zawołał Strażnik. Starł pot z czoła, wymachując na boki umazanym krwią mieczem- Co te mroczne pomioty robią tak daleko od hordy? Mieliśmy nie napotkać tutaj żadnego oporu!
-Może spróbujesz im powiedzieć, że są w złym miejscu?– zaproponowałem. Nie było czasu na pogaduchy.
-Ha, ha, bardzo zabawne – burknął szczerze urażony Alistair- Ale pośmiejemy się z tego później. Musimy się dostać na szczyt wieży i rozpalić ogień sygnałowy!
-To ruszmy łaskawie dupy..- warknęła Inari, podbiegając do ściany i wychylając się za róg. –Kurwa…- przeturlała się po posadzce pod przeciwległą ścianę. Tuż w ślad jej ruchu podążyły strzały. Wojownicy wybiegli naprzeciw kolejnej salwie, blokując ją na tarczach, a w dalszej kolejności- podrzynając gardła pomiotom.
-Jakiś komentarz?- rzuciłem zgryźliwie do krasnoludki, podnoszącej się ociężale ze świeżo ubitego hurloka.
-To, że na materace się nie nadają?- odpowiedziała z uśmiechem.- Mam genialny plan…- zakomunikowała- Wyrżnijmy te cholerstwa do nogi, pobiegajmy po szczycie wieży z pochodniami i urządźmy leżakowanie. Mam dość.
Na drugim piętrze, według instrukcji templariusza, miały swoje miejsce psiarnie. Faktycznie. Jak tylko minęliśmy pierwszą salę, z następnej dobiegło nas wściekłe ujadanie psów. Mabari Lydii zaskomlał przeciągle, aby za chwilę, na przemian, zacząć drapać pazurami drewniane drzwi i warczeć. W pomieszczeniu zastaliśmy nic innego, jak kolejną walkę do stoczenia.
-Dźwignia!- krzyknął głos mijając mnie truchtem. Potem śmignął mi przed oczami blond włosy łeb Deidre. Widziałem jak doskakuje do dźwigni i uwalnia dotąd zamknięte w klatkach ogary. Psy z szałem wypadły z uwięzi i rzuciły się na pomioty- gryząc, rwąc, rozszarpując… Wtedy usłyszeliśmy głuchy odgłos otwieranych wrót. Z korytarza znajdującego się nieopodal nadbiegały posiłki- bynajmniej nie dla nas. Nim policzyłem do dziesięciu, w sali zrobiło się ciemno i duszno. Cuchnące stworzenia pomrukiwały cicho. Czekały na coś.
-Zmiana planów- mruknął Heimdall. Popatrzeliśmy na niego z byka. Rozwiń myśl, błagałem w głębi siebie, żeby się pospieszył. –Niech Alistair, elfy i mag… - przemyślał coś szybko- Idźcie na szczyt. Zapalcie ten cholerny sygnał. My zajmiemy się tą bandą.
-Ale…- zacząłem, ale zbył mnie ręką. Krzyknął coś w języku krasnoludów, zasłonił tarczą i niczym taran ruszył na pomioty tarasujące przejście. Jego przykładem pobiegła Inari i Ares. Szary kiwnął na mnie i z góry wyznaczoną resztę. Przecisnęliśmy się przez wąskie przejście wyryte przez krasnoludy. Z trudem otworzyliśmy kolejne drzwi i z jeszcze większym- zamknęliśmy je. Rzuciliśmy się biegiem na schody. Z tego co zapowiedział Alistair- czas najwyższy zapalić ogień.
Do okrągłej komnaty wpadliśmy niczym huragan. Gdyby były tu jakieś drzewa- z pewnością wyrwalibyśmy je z korzeniami… Uszliśmy ledwie parę kroków… Posadzka zatrzęsła się, a my o mały włos nie straciliśmy równowagi. W cienistym rogu sali stał pochylony kontur wielkiej postaci. Duncan miał rację- na tym świecie istnieje coś dużo gorszego niż magowie krwi…
Ciemnofioletowe cielsko wygięło głowę w górę, wciągnęło głośno powietrze i odwróciło w naszą stronę. Żółte ślepia zezowały na nowo przybyłe zabawki z chorą radością- stare już dawno zużył, wysysając je z życia "do szpiku kości". Długie, grube rogi wieńczące czerep wyglądały na szczególnie niebezpieczny fragment ogra. Trzeba na nie uważać. Obniżył żuchwę. Z pyska polała się niedopita krew. Kły. Szczęki i żuchwę otaczał wieniec podwójnych kłów! O rzesz…! To już wiemy, kto przerąbał się przez kamienną posadzkę… Rzuciłem przerażone spojrzenie Alistairowi. Nie wydawał się być ucieszony z nagłego gościa… ale zachowywał zimny spokój.
-Trzymaj się jak najdalej od jego łap- polecił. ŁAP!? Czy ty nie widzisz co on ma na głowie!? Deidre odbiegł na bok i napiął cięciwę. Czekał na ruch wojowników.- Aariel… osłaniaj mnie. Nie pchaj się na niego. Po prostu… osłaniaj.
Czy on do reszty zgłupiał!? Mózg mu wyżarł ten smród!? Poczułem jak ktoś odpycha mnie w bok, potem coś uderzyło w podłogę i upadłem jak długi między stojące opodal beczki. Grube paluchy pomiota rozgrzebały je na boki jak maleńkie pudełeczka, by wyciągnąć mnie spomiędzy nich za nogę. Wyrzucił mnie w górę, złapał ponownie i podniósł na wysokość swoich oczu.
-Florens-pulvis!- błyszczący pył posypał się prosto w jego gałki. Ogr zacharczał i wypuścił mnie z ręki. Zaczął rozpaczliwie drapać twarz.
-Zmiataj!- rozkazał Alistair biegnąc w stronę pomiota. Gdy tylko zrównał się ze mną, zakrył mnie tarczą i przyjął na siebie impet uderzenia wściekłej pięści. Ugiął kolana.- Już, Väinamöinen… Jazda stąd!
Wymknąłem się bokiem spod jego ochrony. W tym czasie Aariel wbił jeden z mieczy w wewnętrzne udo stwora. Jednakże gruba powłoka ledwie została naruszona. Potężny mięsień czworogłowy uda zmiażdżył ostrze elfa, tak że w jego dłoni pozostała śmiesznie wyglądająca rękojeść. Deidre wysłał kolejne kilka strzał. Celował w szyję- pokrytą jakby cieńszą warstwą skóry. Dwie chybiły. Jedna trafiła prosto w więzadło karkowe. Ogr zaryczał wściekle i uderzył pięściami w podłogę- standardowy ruch. Zatrzęśliśmy się. Jedna z łap odgarnęła na ścianę Aariela, pozostawiając na placu boju tylko templariusza.
-Frendens carcer!- złożyłem palce w gest. Pomiota otoczyła biała smuga światła, unieruchamiając go na moment.- Alistair streszczaj się! Nie wiem jak długo pozostanie pod wpływem czaru!- miażdżące więzienie może być przerwane przez bardzo umagicznione istoty, albo bardzo silne… umięśnione…
Na szczęście jemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zręcznie odbił się od posadzki, doczepił się klatki piersiowej ogra i wbił w nią ostrze. Przekręcił je kilka razy w miejscu. W tym samym momencie czar pękł, jak bańka mydlana, ale stwór już raczej nie miał nic do powiedzenia. Zamachał rozpaczliwie łapami i runął do tyłu jak wielka góra zepsutego mięsa. Szary odepchnął się piętami od jego ciała, wyciągając klingę. Pomiot zadrżał konwulsyjnie, więc na wszelki wypadek, Alistair odrąbał mu płynnym cięciem rogaty łeb.
-Ogień sygnałowy!- schował miecz do pochwy- Przegapiliśmy znak, trzeba się spieszyć!
Kiedy on i Deidre rozniecali ogień, przy pomocy znalezionych naprędce łuczywa i krzesiwa, do sali wkroczyli Lydia, Heimdall, Inari i pies. Wybałuszyli oczy na widok leżącego na środku komnaty ogra.
-O jasna…- krasnoludka podeszła ostrożnie do cielska i trąciła je czubkiem buta.- Zakatrupiliście to … to coś!?
-Zagryźliśmy na śmierć- dodałem wpatrując się w płomyczki tańczące w oddali. Z wieży malował się idealny widok na całe pole bitwy. Obyście wygrali, Duncanie…
Lydia przestąpiła niespokojnie z nogi na nogę. Ares uwalił się pod moimi stopami i ziajał ciężko. Wszyscy byli niebotycznie zmęczeni. Jak tylko skończy się ta balanga, padniemy pokotem na materace i będziemy spać do rana dnia następnego…
Otaczała nas względnie głucha cisza. Względnie- jeśli nie wliczyć w to chrapania Mabari. Minęło parę godzin odkąd dotarliśmy na szczyt. Każdy mój kompan siedział pod ścianą i głęboko oddychał. Regenerowali siły.
- Väinamöinen… przestań ślęczeć pod tym oknem. Co chcesz stamtąd wyczytać?- Alistair oparł rękę na moim ramieniu.- Nie wzywają nas. Znaczy wszystko jest w porządku.
-Coś mi nie gra… Może to tylko przeczucie, ale…- urwałem. W eter wzbiły się poszepty, a potem… Drzwi wyłamano. Do środka wtargnęły pomioty. Zalały nas nieprzerwaną falą mroku. Ktoś naciągnął cięciwy. Poczułem ostry, jak nie dokuczliwie piekący, ból w ramieniu. Świat się rozmył. Ciemność. Do nozdrzy wdarł się nowy zapach- łuskowatej skóry….
|