Sonda

Który dodatek DLC do Dragon Age 2 jest Twoim zdaniem najlepszy?
 

Serwisy zrzeszone

Wybierz szablon

Online

Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości

Szary Strażnik

Dodano: 30 kwietnia 2011 20:21 | autor: Natalia M.

Stoimy w cieniu naszych kłamstw,
By ukryć nasze niedoskonałości.
Robimy wszystko, co w naszej mocy, by zatuszować
Szeroko otwarte oczy, a mimo to wciąż zbyt ślepe,
By zobaczyć, co jest naprawdę ważne.


"See Me In Shadow", Delain.

Wysokoże znajdowało się na północy nieprzystępnego Fereldenu, pokaźnych rozmiarów miasto dzielnie wypinające pierś na chłostające je lodowate wiatry ojczyzny, na chłód, wilgoć i niewygodę, na którą narzekali wszyscy przyjezdni, zwłaszcza Orlesianie, sąsiedzi Fereldenu i jego dawni ciemiężyciele. Uzurpatorzy władali krajem niecały wiek, zdążyli zniszczyć i ludność, i ziemie, byli niczym pasożyty pożywiające się tym, co zdołał zbudować Kalenhad, pierwszy prawowity król Fereldenu. Ostatecznie niewolę przerwał Maric Wybawiciel, książę wywodzący się z krwi wielkiego przodka i władcy; pozbawił życia orlesiańskiego tyrana, Meghrena, i zasiadł na tronie, by odbudować ojczyznę. Po jego śmierci koronę przejął syn mężczyzny, beztroski Cailan. Wróćmy jednak do Wysokoża rządzonego przez teyrna Couslanda.

Kilka dni temu mężczyzna otrzymał wiadomość o szerzącej się na południu zarazie – a nie była ona wywołana chorobą, choć tak można to było mylnie odebrać. Takie zakażenie siały tylko jedne istoty, najgorsze i najokrutniejsze ze wszystkich, które plugawiły olbrzymie połacie terenu Thedas. Mroczne pomioty. Zakon twierdzi, że mrocznych zapoczątkowali magowie krwi rządzący niegdysiejszym pogańskim imperium Tevinter rozciągającym się na całym Thedas. Mieli się oni włamać do Złotego Miasta, siedziby samego Stwórcy, by przejąć jego potęgę i nad nim zapanować, jednak on potępił ich, pokonał i strącił w ciemność, a chciwość i zło magów zbrukały Złote Miasto; od tamtej pory Stwórca wyniósł się z Pustki, gdzie mieściła się jego siedziba, zostawiając za sobą nie Złote, a Czarne Miasto. Z przeklętych magów zrodzili się pierwsi mroczni, którzy skazili świat swym plugastwem i zapoczątkowali pierwszą Plagę.

Gdy mroczne pomioty pojawiały się na powierzchni – wychylały z Głębokich Ścieżek, z dawnych terenów krasnoludów, które teraz pochłonęła zaraza i zakażenie siane przez potwory – z cieni krajów powstawali Szarzy Strażnicy, potężny zakon, który walczył z pomiotem i spychał go z powrotem w czeluści, ratując bezbronnych ludzi. Byli szanowani wśród innych tak długo, jak długo byli potrzebni – zabawne, jak szybko zapomina się o dobrych uczynkach i wielkich czynach. Ale nie wszyscy potępiali Szarych, a dzięki ogromnym przywilejom zyskanym podczas pokonywania Plag mieli możliwość powiększania swojego bractwa.

Teyrn Bryce Cousland otrzymał wezwanie od samego króla Cailana z prośbą o przysłanie posiłków do twierdzy, a raczej jej ruin, znajdujących się na południu kraju, na samym skraju Głuszy Korcari. Poza nią rozciągało się tylko Nieznane Pustkowie, na które nikt się nie zapuszczał z obawy o własne życie – a stracić je mógł już między mrocznymi drzewami. Władca Wysokoża bez wahania zadeklarował pomoc i zmobilizował swoje siły, by wysłać żołnierzy do wsparcia króla. Razem z jego wojskami wyruszyć miały również armie arla Amarantu, niedużej prowincji na wschód od Wysokoża, w związku z czym arl Howe zjawił się w posiadłości dawnego druha.

Tego dnia wszyscy mieli wyruszyć, starzy przyjaciele broni oraz syn Bryce'a Couslanda, Fergus. Nie przypadło to jednak do gustu żonie teyrna ani jego córce, choć nie wyrażały głośno sprzeciwu. Na razie, bowiem kobiety tego rodu bywały, delikatnie mówiąc, uparte…

W wielkiej kamiennej sali przebywali tylko Bryce i Rendon Howe, oczywiście nie licząc gwardzistów, którzy ukryli się w mrokach pomieszczenia, niewidoczni, ale gotowi do interwencji. Dwóch przybocznych stało tuż za plecami arla, rozglądając się niby od niechcenia dokoła, sam Rendon wpatrywał się uporczywie w plecy teyrna odwróconego twarzą do płonącego jasno paleniska. Wieść, że wojska Howe'a nie dotrą na czas, zasmuciła mężczyznę. Na jego starym, poznaczonym zmarszczkami doświadczenia obliczu wymalowała się troska, gdy spoglądał na jęzory ognia, wysłuchując skruszonych wyjaśnień dawnego przyjaciela. Ręce splótł na plecach, wzrok jasnoniebieskich oczu stał się nieco odległy i smutny. Właściwie nie powinien obwiniać arla za zwłokę, dostali wezwanie nieoczekiwanie i nagle. Uśmiechnął się krzywo sam do siebie, odetchnął i stanął przodem do patrzącego na niego mężczyzny, i już chyba po raz setny w życiu pomyślał, że Rendon przypomina szczura. Przygarbione ramiona, rozbiegane brązowe oczka, duży odstający od twarzy nos i coś w wyrazie jego twarzy – to wszystko sprawiało, że Bryce podświadomie nie chciał mu ufać. Ale przecież walczyli ramię w ramię z Orlesianami! Sądźmy ludzi nie po wyglądzie, a po czynach.

– Najstarszego syna wyślę rano z żołnierzami – zdecydował po chwili wahania, na jego obliczu wymalowała się bezradność, gdy uzmysłowił sobie, jak wiele ryzykuje przez zwłokę ludzi arla. Bądź co bądź czułby się lepiej, będąc przy Fergusie podczas morderczej wędrówki. – My wyruszymy rano, jak za dawnych dobrych czasów – dodał pojednawczym tonem, unosząc w przyjacielskim geście dłoń i schodząc powoli z podwyższenia, na którym znajdowało się palenisko, kilka półek z książkami, stoły i mocarnie ociosane krzesło.
– Znów będziemy walczyć ramię w ramię, jednak tym razem nie z uzurpatorem, a potworami – podjął wątek Rendon, nawet jego głos brzmiał wodniście i przebiegle, jakby ciągle snuł jakieś niepokojące plany.

Bryce uśmiechnął się pogodnie do przyjaciela, karcąc się w duchu za te myśli. Nie wolno mu tak osądzać swojego druha!
– Przynajmniej zapach będzie taki sam – rzucił ze śmiechem, a Rendon zgodził się z jego opinią uprzejmym skłonieniem głowy i rozciągnięciem wąskich ust w zadowolonym uśmieszku.
Bryce usłyszał skrzypnięcie bocznych drzwi i nieśmiałe kroki na kamiennej posadzce; choć wyciszone skórzanymi miękkimi butami, od razu domyślił się, kto nadszedł.
– Wybacz mi, dziecinko, nie zauważyłem cię – zwrócił się do idącej w stronę mężczyzn urodziwej młodej kobiety, która bynajmniej na dziecinkę nie wyglądała.

Nieduża i drobna, odziana w prostą skórzaną zbroję, z dwoma sztyletami przyczepionymi do pleców, przypominała bohatera z jakiejś bajki, jakby znalazła się nie tam, gdzie powinna. Proste, sięgające do żuchwy włosy w odcieniu mahoniu podkreślały jej subtelną urodę, oczy o przenikliwym kolorze czystooceanicznej wody przesuwały się uważnie z jednego mężczyzny na drugiego, na wargach igrał lekki, swobodny uśmiech. Zatrzymała się przy ojcu i jego gościu, nie spuszczając z nich uważnego oka.
– Howe, pamiętasz moją córkę? – spytał przyjaciela.
– Widzę, że wyrosła na silną młodą kobietę. Miło znów cię widzieć, Ellen – stwierdził, patrząc nieprzeniknionym wzrokiem na dziewczynę, a ona śmiało odwzajemniła spojrzenie, nieznacznie unosząc brew. Wyraz jej oczu nie uległ zmianie, choć widać było, że komplementy z ust arla nie sprawiają jej przyjemności.
– I wzajemnie, arlu Howe – odparła uprzejmie, jak wymagała tego grzeczność, tylko na krótką chwilę zerknąwszy na ojca w nadziei, że znajdzie u niego ratunek.

Przecież nie wezwał jej po to, by wysłuchiwała paplaniny jakiegoś szlachcica, prawda? Wszystko zwykle sprowadzało się do jednego: każdy zamężny bann, arl czy teyrn, którego syn jeszcze nie miał żony, zaraz wietrzył okazję, w końcu Ellen także nie była zaręczona. Za każdym razem coś w niej wrzało, gdy możni, jak myśleli, subtelnie sugerowali rozmowę młodzieży na osobności.
– Mój syn, Thomas, wypytywał o ciebie. – A nie mówiła?
Zawsze tak było. Doprowadzało ją to do szału, bo bynajmniej nie zastanawiała się do tej pory nad tym, kogo by poślubiła, z jakiego rodu, jakie korzyści by to niosło i tak dalej. Polityka jej nigdy nie bawiła, bez reszty oddawała się treningom i przyjaźni z pracującymi w posiadłości strażnikami. Dobrze się z nimi dogadywała, lubili ją, ona lubiła ich, czysty układ. Ale nie, zawsze musiał się pojawić jakiś zadufany szlachcic i podsunąć jej swojego jakże cudownego syna, a najlepiej dwóch, większa szansa, że na widok któregoś się zaślini.
– Może następnym razem powinienem zabrać go ze sobą – zasugerował Rendon, spoglądając z zadowolonym uśmiechem na dziewczynę.
Zacisnęła szczęki, jeszcze chwila, a panowie i strażnicy usłyszeliby donośne chrupnięcie.
– Nie interesuje mnie zaaranżowane małżeństwo – oznajmiła tonem chłodnym, ale wciąż uprzejmym, walcząc z całą sobą, by nie prychnąć arlowi prosto w twarz i powiedzieć mu, że Thomas jest stary, śmierdzi mu z ust na kilka metrów i ma jeszcze bardziej krzywy nos od ojca, a więc nie, lepiej, żeby go tu nie przywoził.
– Widzisz, z czym mam tu do czynienia, Howe? – spytał wyraźnie rozbawiony Bryce, westchnąwszy niby to ciężko, a jednak spojrzał z niejaką dumą na córkę. Cieszył się, że ma własne zdanie, choć czasami mogłaby rozegrać niektóre sytuacje bardziej… dyplomatycznie. – Mej zawziętej córce nic już nie można powiedzieć, niechaj jej Stwórca błogosławi – rzucił pojednawczo, przyglądając się młodej kobiecie z pewną przyganą.

Nie skuliła się pod jego wzrokiem, wręcz przeciwnie, cała się najeżyła, rzucając ojcu z ukosa pełne wyrzutu spojrzenia.
– Z pewnością ma talent – stwierdził ugodowym tonem Howe, a Ellen z przykrością pomyślała, że chyba jednak go nie uraziła. Szkoda, tak właściwie, bo wystarczająco dużo swojego długiego nosa wściubiał w nieswoje sprawy.
Nie żeby była nieuprzejma i niemiła, zwykle emanowała dobrocią i współczuciem… Ale z córką Couslandów nie można zadzierać. Wiedzieli to wszyscy w Wysokożu, zwłaszcza młodzi chłopcy.
– Trzeba jej się bacznie przyjrzeć – dodał jeszcze, a ona rzuciła mu zaciekawione spojrzenie. Przyjrzeć? Zamierzał ją wcielić do swojej armii, czy coś? Powstrzymała rozbawiony uśmiech cisnący się na usta.
– Tak czy siak, dziecinko, wezwałem cię nie bez powodu – zmienił temat Bryce, skupiając uważny wzrok na córce. Dziewczyna momentalnie spojrzała na ojca, na jej twarzy wymalowało się napięcie i oczekiwanie. – Ponieważ twój brat i ja wyjeżdżamy, zostawiam zamek pod twoją kuratelą – obwieścił takim tonem, jakby to była najwspanialsza nowina, jaką młoda wojowniczka mogła usłyszeć. Przeliczył się, w oczach o przedziwnej barwie wymalował się szok wymieszany z rozpaczą.
– Co takiego? – prawie jęknęła, patrząc na ojca z niedowierzaniem. – Dlaczego nie mogę wyruszyć na wojnę z tobą i Fergusem? – spytała oburzona, zdumienie i zawód ustąpiły miejsca zawziętości. Nie da się tak łatwo wcisnąć pod pantofel, niech to szlag!
– Jestem pewien, że dowiodłabyś swoich umiejętności, ale nie chciałbym mieć do czynienia z twoją matką, gdybyś wyruszyła na wojnę – wyjaśnił nieco skruszony Bryce, widząc iskierki oburzenia w spojrzeniu córki. – Gdybym cię puścił, chyba by mnie zabiła. Już i tak strasznie się niepokoi, że Fergus i ja wyjeżdżamy.
– Dobrze więc – mruknęła przegrana, spoglądając na mężczyznę zła. Kiedy wytaczano argument w postaci żony teyrna, miękli nawet najodważniejsi i najbardziej zawzięci. Eleonora była chyba jedyną osobą, która bez problemu załaziła Ellen za skórę i jeszcze uchodziło jej to płazem. Nieszczęsna rola najmłodszej córki. – Zrobię to, co według ciebie będzie najlepsze – dodała nieco grymaśnie, ale powoli jej oblicze się rozjaśniło. W końcu tu też będzie mogła się wykazać, może nie w takim stopniu, co na wojnie, no ale…
– To mi się podoba – pochwalił córkę Bryce, wypuściwszy z ulgą powietrze. Wyrastała z niej wykapana matka, biada przyszłemu mężowi, o ile ktoś się zdecyduje na związek z nią. – Pozostaje tutaj tylko symboliczna liczba strażników, a w regionie należy utrzymać spokój – wrócił do tematu i od razu spoważniał, jego oblicze stało się bardziej surowe. – Wiesz, co mówią o myszach, które zostają bez nadzoru kota, prawda? – spytał, puścił oko do Ellen i nagle drgnął, jakby sobie o czymś przypomniał. Obrócił się twarzą do stojącego nieopodal wartownika. – Jeszcze kogoś musisz poznać – rzucił zaaferowany przez ramię. – Proszę… wprowadźcie Duncana.
– Tak jest! – zawołał strażnik, uderzył pięścią w klatkę piersiową i odmaszerował, odprowadzony uważnym spojrzeniem dziewczyny.

Uniosła lekko brwi i przekrzywiła głowę, usilnie próbując sobie przypomnieć, czy gdzieś już słyszała to imię i czy powinno być dla niej ważne. Z historii udzielanej przez Aldousa niewiele pamiętała, była dość opornym uczniem, jeśli o to idzie. Ale kto wie, może coś jeszcze jej zostało w tej zwariowanej głowie?

Zupełnie nie spodziewała się, że do sali przez prawe boczne drzwi wkroczy wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o śniadej skórze. Jego przystojną twarz pokrywał ciemny zarost, broda lekko sterczała, ale nie przypominała jeszcze koziej bródki, czekoladowe włosy spięte były z tyłu gumką, jaśniejsze oczy przesunęły się po obliczach zebranych i Ellen zadrżała. Jego wzrok zdawał się przeszywać na wylot, dogłębnie, jakby czytał w jej myślach i duszy. Powstrzymała chęć cofnięcia się, gdy obcy podszedł bliżej; dostrzegła na jego plecach dwa rodzaje broni – czyżby trudnił się tym samym, co ona? Poza tym miał na sobie bardzo oryginalną zbroję, połączenie pomarańczowej tuniki, srebrnych płyt i sznurków, jakieś koraliki zwisały w niektórych miejscach. Poczuła się bardzo nieswojo w jego towarzystwie.

– To zaszczyt móc gościć w twoim zamku, teyrnie Couslandzie – odezwał się rzekomy Duncan, jego głos był przyjemny dla ucha i ciepły, pobrzmiewało w nim echo zdobywanego przez lata doświadczenia i opanowanie.
Niepokój Ellen został nieco złagodzony, jednak wciąż spoglądała dość podejrzliwie na mężczyznę, nie wiedząc, czego się po nim spodziewać.
– Wasza lordowska mość, nie wspominałeś, że obecny będzie Szary Strażnik – wtrącił się wyraźnie zdenerwowany Howe, patrząc na Bryce'a z niejakim popłochem.

Dziewczyna dostrzegła jego zachowanie, przymrużyła nieznacznie oczy i zastanowiła się, czy wynika to z tego samego uczucia, jakie dopadło ją na widok Duncana. I dopiero po chwili dotarł do niej sens słów arla: to był Szary Strażnik! Na Andrastę, co on tu robił, to ten zakon jeszcze istniał?!

Prawie rozdziawiła zdumiona usta.
– Duncan przybył niedawno, bez zapowiedzi – odparł zainteresowany zachowaniem przyjaciela Bryce, unosząc lekko brwi. – To jakiś problem? – spytał chłodno, nawet jak na niego. Teyrn był człowiekiem pogodnym i miłym, miał poczucie humoru i raczej nie potępiał ludzi, przynajmniej nie otwarcie. Jednak wyraźnie zachowanie Howe'a go zdenerwowało.
– Nie… – zająknął się Rendon, zerkając rozbieganymi oczkami na Duncana – istną oazę spokoju. Ellen by tak nie potrafiła stać i patrzeć, kiedy to wyrażają niechęć wobec jej obecności. – Oczywiście, że nie. Proszę o wybaczenie. Byłem po prostu zaskoczony – wytłumaczył się mężczyzna i to chyba wystarczyło teyrnowi, bo surowość zniknęła z jego twarzy.
– Rzadko mamy przyjemność oglądać ich na własne oczy, to prawda. – Przyjemność? Ellen jakoś nie mogła sobie wyobrazić, by patrzenie na Duncana było niezwykłą przyjemnością, jednak przemilczała to. – Dziecinko, mam nadzieję, że brat Aldous wyjaśnił ci, kim są Szarzy Strażnicy?

Dziewczyna uśmiechnęła się kącikami ust. Tak, wyjaśnił. Opowieści o tym dzielnym bractwie były jedynym przyjaznym promykiem wśród zatrzęsienia dat, wojennych strategii, tytułów, władców, zdrajców i książąt. Fascynowali ją i w duchu podziwiała ich odwagę, chwałę, z którą, jak mówiono, ruszali do bitew na wielkich skrzydlatych gryfach, otoczeni aurą mocy i mężności. Jednak nigdy… nigdy nie pomyślała, że stanie przed nią Szary Strażnik, o, tak, po prostu, z dwoma niedużymi sztyletami, odziany w zwykłą zbroję… Że to będzie człowiek. Na Stwórcę, naprawdę ją to oszołomiło.

– To zakon wspaniałych wojowników – wydusiła po kilku sekundach wahania, bo chyba nie wypadało jej mówić o tym, że Duncan nie wygląda na Szarego i że właściwie nie powinien być normalnym człowiekiem. A kogo się spodziewała? Cóż, może myślała, że Strażnicy chodzą otoczeni aureolą ognia? Sama nie wiedziała.
– To legendarni bohaterowie, którzy położyli kres Pladze i ocalili nas wszystkich – uzupełnił Bryce, jednak nie wyglądał na kogoś, kto nie byłby zadowolony z uzyskanej odpowiedzi. Zwrócił się teraz nie tylko do córki, ale chyba do całej sali: – Duncan zajmuje się poszukiwaniem rekrutów, nim razem z nami dołączy do pozostałych Strażników na południu. Wydaje mi się, że ma na oku sir Gilmore'a – dodał poufnym tonem do Ellen i mrugnął do niej, widząc, jak na jej obliczu maluje się zainteresowanie.

Gilmore był dowódcą straży w Wysokożu, młody i ambitny, wspaniały i uzdolniony wojownik. Dziewczyna przyjaźniła się z młodzieńcem, dobrze się im razem rozmawiało, rudowłosy szermierz miał poczucie humoru i potrafił zrozumieć każde gorzkie żale swojej młodej pani. Ale czegokolwiek ktokolwiek nie myślał, nie łączyło ich nic więcej.
– Jeśli mogę pozwolić sobie na śmiałość, chciałbym zwrócić uwagę, że twoja córka także byłaby doskonałą kandydatką – odezwał się nagle Duncan, co w pierwszej chwili wydało się Ellen co najmniej dziwne, bo przyzwyczaiła się, że po prostu stoi, słucha i patrzy.
Mrugnęła, spojrzała na niego i nagle wytrzeszczyła oczy, bo dotarło do niej to, co powiedział. Łagodny błysk w brązowych tęczówkach podsunął jej na myśl, że ta reakcja rozbawiła mężczyznę i przypomniała jakieś odległe wydarzenia z przeszłości.
– Choć byłby to wielki zaszczyt, to mówimy tutaj o mojej córce – przypomniał stanowczym, prawie ostrzegawczym tonem Bryce i stanął tak, że zasłonił częściowo dziewczynę przed spojrzeniem Strażnika.
Ellen znowu poczuła wszechogarniające zdziwienie; chyba nie było potrzeby bronienia jej własnym ciałem, Duncan by się na nią nie rzucił… prawda? Przełknęła ślinę, zaniepokojona taką możliwością.
– Nie interesuje mnie służba w szeregach Szarej Straży – stwierdził ktoś i dopiero po kilku sekundach pojęła, że to był jej głos i to ona to powiedziała.

Oszołomienie na jej twarzy już dawno nie było większe, spojrzała zdumiona najpierw na Duncana, potem na plecy ojca i miała ochotę jęknąć. Dlaczego to powiedziała? Może i jej to nie interesowało, ale tak błyskawiczna decyzja… Wola Stwórcy najwyraźniej.
– Słyszałeś, Duncanie? – podchwycił momentalnie Bryce. – Ellen nie jest zainteresowana. Tak więc jeśli nie zamierzasz powołać się na Prawo Werbunku… – zawiesił znacząco głos i dziewczyna z niejakim rozbawieniem pomyślała, że to brzmi naprawdę tak, jakby Strażnik miał się na nią rzucić.
Zastanowiła się, o co chodziło z tym całym Prawem i gdzieś mętnie sobie przypomniała, że to chyba znaczyłoby, że musiałaby zostać Szarą, nieważne, co o tym sądziła. Nieciekawie.
– Nie obawiaj się – uspokoił teyrna Duncan, jego twarz nie przestała wyrażać stoickiego spokoju. – Mimo że przyda nam się każdy dobry rekrut, nie zamierzam naciskać – wycofał się ugodowo i lekko skłonił, choć Ellen nie była pewna, czy gest był z szacunku, czy z obowiązku.
– Dziecinko, czy dopilnujesz, by pod moją nieobecność wypełniane były wszystkie prośby Duncana? – spytał Bryce, momentalnie zmieniając temat i spojrzał na córkę, jego niebieskie oczy przeszyły ją na wylot.
Przestąpiła z nogi na nogę, zastanawiając się, jakie prośby może mieć Szary Strażnik, po czym skinęła głową.
– Oczywiście.
– Tymczasem odszukaj Fergusa i przekaż mu, by wyruszył pierwszy i poprowadził wojska do Ostagaru, dobrze? – ciągnął dalej teyrn, a Ellen nerwowo spróbowała skojarzyć kolejną geograficzną nazwę, nim ojciec zasypie ją nowymi prośbami. To chyba te ruiny, gdzie się teraz udawał, na południu, tam stacjonował król Cailan.
– Gdzie on jest? – spytała, nie do końca wiedząc, czy chce przedłużyć swój pobyt w tym miejscu, czy po prostu nie ma ochoty latać bez celu po posiadłości jak kot z pęcherzem i niczym ogar bojowy próbując wywęszyć trop brata.
– Bez wątpienia na górze, w swych komnatach – stwierdził bez sekundy wahania Bryce, jego spojrzenie powędrowało na północną część sali z paleniskiem. – Spędza ostatnie chwile ze swoją żoną i moim wnukiem. Bądź dobrą dziewczynką i zrób o co proszę. Wkrótce porozmawiamy – zakończył rozmowę teyrn.

Ellen skinęła powoli głową, przestąpiła z nogi na nogę i obejrzała się przez ramię na drzwi. Iść już? Ojciec o to prosił… Ale coś kazało jej zostać, uchwyciła badawcze spojrzenie Duncana i opanowała przerażone walenie serca. Wyglądał jak kat, który zastanawiał się, jaką śmierć zadać skazanemu. Przełknęła ślinę, zwalczyła strach i postanowiła porozmawiać z Szarym Strażnikiem. Czemu teraz, nie miała pojęcia, ale wiedziała, że tak szybko znowu go nie spotka.

Popatrzyła na niego dość niepewnie, otworzyła usta, zbierając się w sobie, by zacząć rozmowę, nawet uznała, że nie jest to takie złe posunięcie, kiedy Duncan bez trudu spuścił z niej powietrze, mówiąc:
– Wybacz, ale wydaje mi się, że twój ojciec pragnie pomówić z arlem i ze mną na osobności – obwieścił, jednak jego ton, choć z pozoru rozkazujący i karcący, tak naprawdę wydał się dziewczynie taki łagodnie upominający, jak gdyby nauczyciel powtarzał coś po raz setny niesfornemu uczniowi.
Nie dała się zniechęcić, przekrzywiła nieznacznie głowę i przywołała na usta urokliwy uśmiech.
– Miałam nadzieję, że odpowiesz mi na jedno czy dwa krótkie pytania – stwierdziła nieco drżącym głosem, ale mimo to zdołała wyglądać na pewną siebie i spokojną.

Pogodny błysk w brązowych oczach mężczyzny zdawał się wyrażać szczere rozbawienie dociekliwością dziewczyny.
– Dobrze. Nie sądzę, by twój ojciec miał coś przeciwko niewielkiemu opóźnieniu – zgodził się cicho i spokojnie, przyglądając się jej z prawie namacalnym zainteresowaniem, jak gdyby wizja rozmowy z młodą Couslandką wydawała się mu niezwykle kusząca.
Ellen z ponurym rozbawieniem pomyślała, że opóźnienie może nie okazać się niewielkie.
– W jakim niebezpieczeństwie są Fergus oraz mój ojciec? – zapytała o pierwszą rzecz, jaka przyszła jej na myśl, a był to dopiero początek. Lubiła być poinformowana, zwłaszcza w takich sprawach; a kto nie lubił?
– Cóż… – zawahał się mężczyzna i spojrzał niepewnie po towarzyszach, jakby nie za bardzo wiedział, od której strony ugryźć zagadnienie. – Rozumiem, że pierwsze bitwy poszły po naszej myśli – stwierdził ostrożnie, wyraźnie oczekując jakiejś pomocy.
– W rzeczy samej – wtrącił się nieco wyniosłym tonem Howe, a Ellen rzuciła mu krótkie, dość zimne spojrzenie. A jego kto pytał, niech to szlag? – Czy Szarzy Strażnicy są pewni, że mamy do czynienia z Plagą, a nie po prostu z większym najazdem mrocznych pomiotów? – spytał, jawnie sugerując, że Strażnicy nie są pewni.
– Nie zauważono jeszcze arcydemona, mój panie – odparł iście dyplomatycznie Duncan, a Ellen poczuła, że kręci się jej w głowie. Pomioty, Szarzy Strażnicy, arcydemony, skażenie, armie, król… Na płonący zadek Andrasty, tego za wiele! – Ale w głębi duszy sądzę, że to Plaga – dodał zaraz mężczyzna i dziewczyna znów skupiła na nim swoją uwagę.
– Wielka szkoda, że nie wszyscy podzielamy twoją wiarę – mruknął Rendon, unosząc brwi, gdy patrzył na ciemnoskórego z niejaką… kpiną? Ellen zjeżyła się w sobie, podświadomie uważając, że takie zachowanie względem Strażnika jest wręcz karalne. – Pewnie przekonamy się na własne oczy, kiedy dotrzemy do obozu króla – dodał niby pojednawczo, ale dziewczyna nie uwierzyła w jego słowa. On się nie da przekonać, taki był, głupi arl.
– Czy na południu rzeczywiście pojawiły się mroczne pomioty? – spytała, poniekąd by zmienić temat, a poniekąd dlatego, że nie mogła w to do końca uwierzyć. Takie rzeczy działy się tylko w złych bajkach dla niegrzecznych dzieci.
– W rzeczy samej – skutecznie pocieszył ją Duncan i musiała stłumić ciężkie westchnienie. Świetnie. – Niecałe trzy tygodnie temu spostrzegliśmy hordę gromadzącą się w Głuszy Korcari. Na szczęście król Cailan uwierzył nam na słowo i szybko zmobilizował wojska Fereldenu. Stoczono już pierwsze bitwy. Ja i twój ojciec musimy działać natychmiast – wyjaśnił Strażnik, uważnie obserwując reakcje pojawiające się na twarzy Ellen, a na razie była nią tylko ciekawość.
– Z iloma mrocznymi pomiotami mamy do czynienia? – spytała, czując swojego rodzaju podniecenie, jakby to ona miała ruszyć do boju z tymi kreaturami, nie jej rodzina i pół ojczyzny. Przygryzła na chwilę nerwowo wargę, ale zaraz opanowała emocje.
– Są ich tysiące. – Odpowiedź nieco przygasiła entuzjazm w jej oczach, wyraźnie się zawahała, czy nie poprosić Duncana o ciszę. Może wolała nie wiedzieć? – A może nawet dziesiątki tysięcy. – No i masz, za późno. Po jej skórze przebiegł dreszcz, zacisnęła dłonie w pięści. – I to tylko w jednej hordzie. – Wspaniale, a w tę hordę ma wkroczyć jej ojciec i brat? Słodko. – Zwykle mroczne pomioty gromadzą się na obszarze Głębokich Ścieżek. Fakt, że aż taka ich liczba zaryzykowała wyjście na powierzchnię nie wróży niczego dobrego.
– Naprawdę przebyłeś całą tę drogę, by spotkać się z sir Gilmorem? – błyskawicznie zmieniła temat, bo te urocze opowieści wcale nie przypadły jej do gustu.

Zadrżała na samą myśl o tak wielkiej ilości wroga; wolała nie wyobrażać sobie, jak te potwory wyglądały z bliska.
– Podczas podróży po Fereldenie znalazłem jedynie kilku odpowiednich kandydatów. Zaprosił mnie tutaj twój ojciec, sugerując, bym przyjrzał się sir Gilmorowi. Jeśli się nie nada, wyruszę na południe i dołączę do króla – odpowiedział cierpliwie Duncan, widać było, że ta rozmowa go nawet bawi, spoglądał na Ellen z takim jakby ciepłym błyskiem w oku.
– Znasz króla? – Pytanie wyrwało się, nim zdążyła się nad nim zastanowić, a gdy już padło, zamknęła z kłapnięciem usta i spróbowała się nie zarumienić. To było głupie.
– Niezbyt dobrze – stwierdził po krótkiej chwili zamyślenia Strażnik. – Król Cailan to gorliwy młody człowiek, który okazał wielką mądrość, reagując na zagrożenie ze strony mrocznych pomiotów – wydał obiektywny osąd.
– Słyszałem, że jest oczarowany legendą Szarej Straży i dlatego gotów jest zaspokajać wszelkie potrzeby waszego zakonu – wtrącił się znowu Rendon, a Ellen zezowała na niego z oburzeniem. Jasne, że jest oczarowany, to wielcy herosi dokonujący heroicznych czynów bez wahania, ratujący uciśnionych i tak dalej!
– Howe! – wykrzyknął Bryce, po raz pierwszy biorąc udział w dyskusji. Do tej pory pozwolił córce bez przeszkód męczyć Duncana, właściwie ciekawiło go, czego chce się dowiedzieć dziewczyna. Teraz jednak wyglądał na oburzonego zachowaniem przyjaciela. – To niegodne ciebie.
– On powtarza tylko to, co wszyscy słyszeliśmy. Niezależnie od tego, jaka jest motywacja króla, przyjmę jego wsparcie – odparł z całkowitym spokojem Duncan i obdarzył Howe'a znudzonym spojrzeniem, jakby nie był wystarczająco interesujący, by poświęcać mu więcej uwagi. – Naszym głównym celem jest pokonanie mrocznych pomiotów, nim staną się zagrożeniem dla całego Fereldenu.
– Naprawdę zechciałbyś przyjąć mnie do Szarej Straży? – zadała ostatnie, bardzo ciche pytanie, nie będąc do końca pewną, czy chce poznać odpowiedź. Zaintrygowały ją motywy tego człowieka, ale z drugiej strony nie miała zamiaru dać się skusić. Tu było jej miejsce, przynajmniej teraz.
– Oczywiście – stwierdził wyraźnie zaskoczony tym pytaniem Duncan, unosząc brwi, choć do tej pory był idealnie opanowany. – Jesteś młoda, utalentowana i rwiesz się do walki. – Kiedy skrzywiła się, niezadowolona z określenia "rwać się do walki", na obliczu Strażnika pojawił się łagodny uśmiech. Znowu go rozbawiła? – Tak przynajmniej słyszałem – zapewnił pojednawczo. – Szara Straż nie przyjmuje w swoje szeregi byle kogo i nie jest moją intencją schlebiać ci, gdy mówię, że dobrze się zapowiadasz. Dawne umowy pozwalają mi zwerbować cię nawet wbrew życzeniom twego ojca. Nie zamierzam jednak tego robić. Nasz zakon jest zbyt mały, by ryzykować niechęć ze strony szlachty Fereldenu – dokończył już poważnie, patrząc na nią w napięciu, jakby zastanawiał się, czy to zrozumie.
– Miło mi to słyszeć – rzucił żartobliwie Bryce, a Strażnik skupił na nim swoją uwagę, krzyżując ręce na plecach.
– To kuszące, wasza lordowska mość – ostrzegł, nieznacznie przekrzywiając głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. – Ale wystarczy mi, jeśli będę mógł obejrzeć innych kandydatów, jakich ma do zaoferowania twój zamek. – Spojrzał na Ellen, a ona poczuła się jak namolna uczennica, która właśnie dostała łagodną odprawę od swojego mistrza.

Z dziwną łatwością wyczytała prośbę z oczu mężczyzny i skłoniła z szacunkiem głowę.
– W takim razie zostawię cię w spokoju – zdecydowała, uśmiechnęła się delikatnie i cofnęła się dwa kroki, dając do zrozumienia, że godzi się na zakończenie rozmowy.
Kąciki ust Duncana zadrżały.
– Do następnego spotkania – pożegnał się uprzejmie z wyczuwalną, acz subtelną, nutą ciepła w głosie.
Poczuła się lepiej, wiedząc, że jest do niej nastawiony pozytywnie, choć sama nie wiedziała dlaczego.

Kiedy już miała się odwrócić i skierować do bocznych drzwi w lewej ścianie, wyczuła, że ktoś ją pilnie obserwuje. Obejrzała się przez ramię i natrafiła na wzrok jednego z przybocznych Howe'a – przyglądał się jej w wyraźnym skupieniu. Uniosła lekko brwi i śmiało podeszła do wartownika, przekrzywiając wdzięcznie głowę.
– Witaj, moja pani – odezwał się mężczyzna. Odziany był w nieco cięższą zbroję od tej, którą miała na sobie, nie patrzyło mu dobrze ze zmrużonych oczu. Nieświadomie się napięła, wyczuwając, że coś jest nie tak. – Jesteś córką teyrna, prawda? – spytał bardzo miłym głosem, co nieco ją uspokoiło, ale nie na tyle, by uśpić jej czujność.
– W rzeczy samej, jestem Ellen – odparła zgodnie z prawdą, jednak nie podała mu dłoni, obserwując dziwny cień, który przebiegł przez chytrą twarz. Jego głos się jej nie podobał.
– Dobrze wiedzieć – zamruczał zadowolony, dziewczyna zmarszczyła czoło. – Rozumiem, że kiedy wyruszymy, przejmiesz nadzór nad zamkiem swego ojca – rzucił niby od niechcenia, ale wyczuła, że pragnie usłyszeć potwierdzenie.

Zjeżyła się cała w środku, choć na zewnątrz wciąż wyglądała na rozluźnioną i beztroską.
– Jesteś wścibski – obwieściła tonem pogodnym i prawie koleżeńskim, ale bez trudu dało się wyczuć nutkę ostrzeżenia, rozkaz, by się nie mieszał.
Jej oczy wbiły się w twarz strażnika, przenikliwe i chłodne.
– Proszę o wybaczenie – pokajał się od razu, przygarbiwszy nieco ramiona, jednak dziwny wyraz spojrzenia nie zniknął. – Dobry wieczór, moja pani – pożegnał się grzecznie i przeniósł wzrok na swojego pana.

Ellen widocznie zadrżała, zacisnęła dłonie w pięści i je rozluźniła, po czym potrząsnęła z irytacją głową, ruszając w stronę wyjścia. To było za dużo jak na jedną godzinę, musiała gdzieś ochłonąć, Fergusa poszuka niedługo. Za najlepsze miejsce na wyciszenie się uznawała zawsze ich kapliczkę, nieduże pomieszczenie poświęcone Zakonowi, Stwórcy i Andraście. Ich kapłanka była miłą i ciepłą kobietą, Ellen nigdy nie gardziła jej słowem – rodzice wychowywali ją w mocnej wierze i nie wątpiła w prorocze wersety Pieśni Światła, przepowiednię Andrasty, Oblubienicy Stwórcy, oraz w niego samego.

Zamknęła za sobą cicho drzwi i ruszyła w lewo po bruku, uśmiechając się do mijanego wartownika. Powitał ją ciepłym, pełnym szacunku głosem, więc skłoniła mu jeszcze głową, dając do zrozumienia, że jest jej miło móc go zobaczyć w zdrowiu. Kapliczka nie znajdowała się daleko, trzeba było minąć tylko jedną komnatę żołnierzy, dojść do rozwidlenia i wybrać drogę w prawo. Bez wahania otworzyła pomieszczenie i przekroczyła próg; od razu zalała ją fala ulgi, gdy aksamitna cisza wypełniła jej uszy.

Po bokach sali ciągnęły się skromne drewniane ławy, jasnozielony dywan wiódł wprost pod ołtarz, a na tylnych ścianach ustawiono regały zapełnione księgami. Kilka książek leżało rozrzuconych dokoła, Ellen ledwie zerknęła na nie okiem, zmierzając do klęczącej kapłanki i otaczających ją półkolem dwóch żołnierzy; wszyscy żarliwie się modlili, więc dziewczyna poczekała, aż zakończą, by porozmawiać z kobietą.

Kiedy wreszcie podnieśli się z klęczek, a kapłanka spojrzała na Ellen, młoda Couslandka poczuła się bardzo znużona tym, co do tej pory usłyszała i czego się dowiedziała. Spojrzała na sędziwą, choć wciąż uroczą twarz kobiety, przyjrzała się nadal czarnym włosom spiętym w sterczącą kitkę z tyłu głowy, pomarańczowo – żółtym szatom z wyhaftowanym na piersi zachodzącym słońcem i mądrym brązowym oczom, i wtedy pomyślała, że może to ona ściągnie z niej ciężar i da siły na resztę dnia.
– Przychodzisz, by pomodlić się za brata i ojca? – spytała pełnym mądrości głosem, cichym i kojącym, a Ellen wypuściła powietrze z płuc. – Z radością będę wraz z tobą prosić Stwórcę o błogosławieństwo.
– Byłabym bardzo wdzięczna, matko Mallol – przyznała szczerze dziewczyna, wymuszając na ustach pogodny uśmiech.
Kobieta spojrzała na nią z udawaną przyganą i przekrzywiła głowę.
– Proszę, dziecko. Mówi mi "Mallol". Znamy się przecież od kiedy byłaś malutkim szkrabem – przypomniała podopiecznej z wyraźnym rozbawieniem, a ona przytaknęła z roztargnieniem, nie mając sił, by spierać się o ten szczegół z kobietą. – Stwórco Nieba, Ziemi i Morza, wysłuchaj Swego ludu, który jest w potrzebie – zaintonowała modlitwę, nie czekając na pozwolenie Ellen. Dziewczyna zachowała ciszę, nigdy nie wtrącała się w tak oficjalne mowy. – Niech nikt nie ma powodu, by obawiać się cienia. Podnieś wszystkich na duchu Swym powrotem. Niechaj tak się stanie.
Stwórco, wybacz nam wszystkim – szepnęła niespodziewanie i do końca sama nie wiedziała, czemu zabrała głos.
Dość, że Mallol przerwała, spojrzała na nią przenikliwie i zmieniła temat, najwyraźniej uznawszy modlitwę za skończoną.
– Organizuję dziś w nocy czuwanie. Jesteś zaproszona – obwieściła pogodnie, rozejrzała się nieco nerwowo po pomieszczeniu i podeszła szybkim krokiem do ołtarza, by unieść z niego jakąś księgę z wytartymi już stronami. – Wielu musi otrzymać błogosławieństwo Stwórcy, nim wyruszą w drogę. Pozwolisz mi się tym zająć? – poprosiła spokojnie, ale wyraźnie niemile widziany byłby sprzeciw.
– Dziękuję ci, Mallol – mruknęła Ellen, czując szczerą ulgę, jakby wyrzuciła z siebie wielki ciężar.
– Chociaż tyle mogę zrobić – podsumowała sceptycznie kapłanka i spojrzała na dziewczynę bystrymi oczami, Couslandka zadrżała. – Moje dziecko, gdyby stało się najgorsze, niechaj ukojenie da ci świadomość, że wola Stwórcy objawia się na wiele sposobów – szepnęła kobieta, a Ellen nieświadomie skinęła głową, niczym w transie. – Porozmawiamy, kiedy żołnierze wyruszą w drogę – ostatecznie ucięła dyskusję i zajęła się przygotowywaniem do kolejnej modlitwy.

Ellen uśmiechnęła się, chwilę patrzyła na plecy kapłanki, po czym ruszyła swobodnym krokiem do drzwi. Tak, teraz mogła zostawić ją w spokoju, bo jej samej nie targały już nerwy. Pora znaleźć brata.

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież