|
Wciąż w moim wnętrzu jest miejsce, które dopełnia mnie,
Świętość, którą nazywam domem, do której uciekam,
Gdy zima nadchodzi.
"Solitary Ground", Epica.
Wróciła tą samą drogą, z mijanym wartownikiem wymieniając pogodne uśmiechy, i skierowała się niespiesznym krokiem do północnej części posiadłości, gdzie znajdowały się komnaty całej jej rodziny oraz pokoje gościnne. Minęła pomieszczenie, w którym mieszkali gwardziści, minęła boczne wejście głównej sali i prawie udało się jej minąć wąską dróżkę odbijającą w lewo, kiedy usłyszała dobiegające zza solidnych drzwi śmiechy. Zatrzymała się, uniosła czujnie brwi i wyciągnęła szyję w półmrok stworzony przez kamienne ściany; wyglądała przez chwilę jak węszący mabari, rasa bojowych psów Fereldenu, po czym westchnęła z rozbawieniem i skierowała się do jedynego pomieszczenia w tej okolicy – skarbca.
Nacisnęła klamkę i pchnęła deski, bez wahania przekraczając próg. Znalazła się w niedużym pokoju o tym samym kamiennym wystroju. Pod ścianami piętrzyły się skrzynie, beczki i worki z różnego rodzaju zaopatrzeniem, w rogach wciśnięto zużyte manekiny do ćwiczeń szermierczych, dokoła walały się stojaki na broń, zbroję i tego rodzaju sprzęt. W zachodniej ścianie widniały wielkie pancerne drzwi; główna sala skarbca. Na samym środku stał spory dębowy stół i dwie długie ławy, na których siedzieli w tym momencie wartownicy. Na ustach Ellen zatańczył rozbawiony uśmiech, gdy zobaczyła, co mężczyźni robią.
Na jej widok jeden z żołnierzy zerwał się niczym oparzony z miejsca, prawie wywracając tym ławę, a drugi, siedzący do niej plecami, poruszył się nerwowo i zgarbił ramiona, jakby chciał udawać, że go nie ma.
– Och! – sapnął wyraźnie zaskoczony, stając na baczność, a dziewczyna siłą woli musiała się powstrzymać od wybuchnięcia gromkim śmiechem na widok przerażenia wymalowanego na jego twarzy. – Moja pani, my tylko… – zaczął nerwowo. – Eee…
– Gracie w karty? – podsunęła dobrodusznie, uśmiechając się szeroko.
Strażnik momentalnie zbladł, jego kompan zrobił się jeszcze mniejszy, a młoda Couslandka miała z nich niezły ubaw.
– Cóż… Skarbiec jest bezpieczny… – zabrał się do spłoszonych tłumaczeń wartownik, gestykulował przy tym żywo i wykręcał sobie palce w różne strony, jakby się bał, że zaraz usłyszy wyrok kary śmierci. – Właściwie to nie wiem nawet, dlaczego teyrn nas tutaj wysłał… – To nieco zaniepokoiło Ellen, przez jej oczy przebiegł cień, zmarszczyła nieznacznie czoło. Ojciec się bał, że ktoś może nas okraść?
– Nie martwcie się – uspokoiła strażników z szerokim uśmiechem, jakby już zapomniała o swojej wątpliwości. Przekrzywiła wdzięcznie głowę, patrząc na niedowierzanie rysujące się w oczach mężczyzny. – Nic nikomu nie powiem.
– My… – zająknął się, potem nieśmiało uniósł kąciki ust i z prawie namacalną ulgą usiadł na ławie, aż drewno zatrzeszczało z protestem. – Doceniamy to, moja pani. Dziękujemy.
Dziewczyna skinęła głową, dając mu do zrozumienia, że wie, iż to doceniają, rozejrzała się raz jeszcze po skarbcu i westchnęła cicho, marszcząc czoło. Może to obowiązek teyrna, może musi trzymać tu wartę, nawet jeśli dobytek jest bezpieczny? Nie powinna się tym właściwie przejmować, przecież nigdy nie będzie tu rządzić… no, oprócz tego okresu wojny, ale to się nie liczy, na pewno sobie świetnie poradzi, to co innego niż władać ziemiami całe życie, prawda?
Odwróciła się i bez słowa wyszła, nie chcąc już denerwować strażników swoją obecnością. Zamknęła za sobą drzwi, odetchnęła, zapatrzyła się na wiszącą nieopodal lampę, która rzucała krwiste światło na bruk, i powoli ruszyła. Wyłoniła się z półmroków bocznej uliczki, upewniła się, że nikt jej nie zauważył (jakby to miało być w jakiś sposób karalne, no kto by pomyślał) i podążyła w stronę komnat rodziny. Jak tak dalej pójdzie, Fergus dowie się, co ma robić, dopiero nad ranem. Nie powinna już zwlekać, trzeba…
Na głównym zakręcie w prawo wpadła na kogoś, odbiła się od opancerzonej piersi i zatoczyła się nieznacznie w tył, mrucząc pod nosem eleganckie przekleństwo. Otworzyła zamknięte na czas wypadku oczy, mrugnęła i z pewną konsternacją spojrzała na stojącego przed nią sir Gilmore'a. Młodzieniec wydawał się równie zdziwiony tym nagłym spotkaniem, co Ellen, jednak zaraz się uśmiechnął, do końca wychodząc zza rogu i stając tak, że zasłonił widniejące naprzeciw dziewczyny drzwi do biblioteki – wyglądało to, jakby chciał jej zabronić tam wejść. Jego zielone oczy zabłysły radośnie.
– Tu jesteś! – ucieszył się na jej widok i uśmiechnął się szeroko, patrząc na oszołomienie wymalowane na jej twarzy. – Twoja matka powiedziała mi, że wezwał cię teyrn, więc nie chciałem przerywać – dodał, jakby Ellen miała jakiś problem z tym, że wpadł na nią teraz, nie wcześniej.
Mrugnęła i uśmiechnęła się nieco złośliwie.
– I ja witam ciebie, sir Gilmorze – stwierdziła kąśliwie, unosząc znacząco brwi, a entuzjazm z oblicza młodzieńca szybko zniknął, zastąpiony niejakim zażenowaniem i niepewnością.
– Ha! – wydusił wreszcie, przekrzywiając niewinnie głowę. – Wybacz mi moje maniery, pani – poprosił skruszony, choć nie kajał się tak, jak robiliby to inni strażnicy.
Ich relacje były prawie przyjacielskie, jednak wciąż pozostawała między nimi przepaść rodów. Mimo to lubili się i dogadywali, a wstawki "sir" i "pani" zdawały się im wcale nie przeszkadzać.
– Po prostu wszędzie ciebie szukałem. Obawiam się, że twój ogar znów narobił w kuchni zamieszania. Niania grozi odejściem – ostrzegł, jakby to miało sprawić, że Ellen się przejmie.
Gdzie tam, dziewczyna zbyt dobrze znała sędziwą kucharkę, która dawniej zajmowała się malutką córką Couslandów i opowiadała jej bajki na dobranoc.
– Niania tylko tak gada – zbagatelizowała i machnęła niedbale ręką, uśmiechając się pogodnie. – Zawsze taka była – dodała jeszcze, wspominając surową twarz staruszki i gromy miotające z jej oczu.
Sir Gilmore nie wyglądał jednak na przekonanego.
– Twoja matka jest innego zdania. Nalega, byś zabrała stamtąd swego ogara. I to szybko – uzupełnił z naciskiem, patrząc z pobłażaniem na niezadowoloną minę Ellen. – Wiesz, jakie są te mabari. Słuchają tylko swej pani, wszyscy inni ryzykują utratę ręki – przypomniał łagodnie upominającym tonem, co się dziewczynie nie spodobało.
Spojrzała na niego zła i wydęła usta.
– On dobrze wie, że nie powinien nikogo krzywdzić – burknęła, ale już zrozumiała, że Fergus i wiadomość będą musieli poczekać, bo inaczej nikt tego dnia nie dostanie obiadu, już Niania o to zadba.
– Wolę tego nie sprawdzać – stwierdził rozbawiony sir Gilmore i obejrzał się przez ramię na szeroką drogę, która prowadziła do kolejnego zakrętu w prawo, drzwi do jadalni i wejścia do części prywatnej wznoszącej się trochę nad całym kompleksem. – Masz szczęście, że posiadasz swego własnego ogara bojowego. Wystarczająco sprytnego, żeby się nie odzywać, jak zwykł mawiać mój ojciec. To oczywiście oznacza, że bardzo szybko się nudzi. Niania twierdzi, że robi to całe zamieszanie wyłącznie dla zabawy. – Westchnął, wyraźnie zmęczony narzekaniami kucharki, a Ellen pomyślała, że nigdy nie będzie dowódcą straży. Jeśli miałyby ją nękać takie piastunki… na litość Stwórcy, tylko nie to! – Tak czy inaczej, twoja matka kazała, bym ci towarzyszył do czasu, aż sprawa zostanie rozwiązana – stwierdził i dziewczyna poczuła wielką ulgę. Samotne spotkanie z Nianią, zwłaszcza wściekłą Nianią, zawsze zostawia uszczerbki na zdrowiu psychicznym. – Pójdziemy?
– A więc do kuchni – westchnęła ciężko, wzniosła oczy do nieba i wyminęła sir Gilmore'a, by podążyć w odpowiednim kierunku.
Usłyszała jego rozbawiony śmiech i młodzieniec zrównał się z nią, dodając, niby od niechcenia:
– Idź tam, skąd dobiegają krzyki. Kiedy Niania jest niezadowolona, dba o to, by każdy o tym wiedział – rzucił złośliwie, a Ellen zachichotała, zerkając na niego z ukosa.
Minęli jadalnię i skręcili w prawo, stamtąd prowadziło kilka odbić na lewo, pierwsze zmierzało do kuchni, a kończyło się drzwiami do głównej spiżarni, drugie do pozostałych kwater gwardzistów, służby i głównej bramy. Oboje wymienili spojrzenia, skręcając w pierwszą ścieżkę i już stąd słyszeli powarkiwania Niani, szczekanie ogara i zdenerwowane piski kucharczyków. Biedni, pracować pod nadzorem tej kobiety… Ellen bezwiednie się wzdrygnęła, aż za dobrze wiedziała, jak bardzo jest ona wymagająca. I surowa. I straszna.
Dziewczyna otworzyła drzwi i z udawaną brawurą wkroczyła do pomieszczenia; od razu owiało ją ciepło buchające z rozgrzanych pieców, zapach ziół, przygotowywanego jedzenia, ciast… i jej psa. Przełknęła ślinę, wyobrażając sobie, że Niania strzela płomieniem z oczu. Po kątach walały się skrzynki i worki z jedzeniem, na stołach, szafkach i półkach leżały garnki, sztućce i zaczęte potrawy, dokoła rozlewał się ciepły blask ognia, a na końcu sali stała trójka osób – dwa elfy, pomocnicy w kuchni, i Niania we własnej osobie, wbijająca rozjuszone spojrzenie w drzwi od podręcznej spiżarni. Czyli tam zapewne znajdował się nieszczęsny pies.
Ellen z pewnym niezadowoleniem zauważyła, że sir Gilmore wycofuje się za nią, zachęcając dziewczynę, by poszła przodem. Fuknęła na niego, zabiła go wzrokiem i z nieco przygarbionymi ramionami ruszyła do staruszki, spodziewając się co najmniej końca świata.
– Zabierz tego parszywego kundla ze spiżarni! – ryknęła Niania na kulącą się przed nią służkę, drugi elf, stojący obok towarzyszki, skutecznie udawał, że nie istnieje.
Poorana licznymi zmarszczkami twarz starszej kobiety wyglądała upiornie, kiedy brązowe oczy ciskały piorunami, a siwe włosy sterczały we wszystkie strony, nastroszone niczym u wściekłego kota.
– Ależ pani! – jęknęła przerażona elfka. – On nas do siebie nie dopuści! – spróbowała uzmysłowić kucharce, przyciskając z trwogą dłonie do mostka, jakby się bała, że Niania zaraz wyszarpnie ostrze i wrazi je w jej pierś.
– Jeśli nie będę mogła wejść do spiżarni, obedrę was ze skóry, wy bezużyteczne elfy. Przysięgam! – warknęła niskim, skrzeczącym tonem kobieta, a służka pisnęła zduszonym głosem i zgarbiła ramiona, trzęsąc się jak liść na wietrze.
Ellen bardzo głęboko współczuła jej w tym momencie.
– Uspokój się, dobra kobieto – wtrącił się sir Gilmore i dziewczyna miała ochotę parsknąć mu śmiechem prosto w twarz. Niani do dobrej kobiety było daleko. Bardzo daleko. Mimo wszystko. – Przyszliśmy pomóc… – dodał mniej pewnie, bo owa dobra kobieta odwróciła się do niego twarzą i zamordowała go samą siłą myśli.
Ellen bezwiednie przełknęła ślinę, cała się spinając.
– Ty! – huknęła Niania, wytykając gwardzistę palcem. – I ty! – ryknęła, teraz wskazując na Couslandkę.
Oto jedyna osoba w posiadłości, która za grosz nie liczyła się z nazwiskiem swojej dawnej podopiecznej. Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie, słysząc skrzeczenie kobiety, która teraz warczała na nią:
– Twój przeklęty kundel zakrada się do mojej spiżarni! Trzeba go uśpić!
– To nie kundel, tylko czystej krwi mabari! – zjeżyła się Ellen, patrząc rozzłoszczona na Nianię.
Ej, może pies sprawiał problemy, był nieznośny, niewychowany, śmierdziało mu z pyska, szczekał za głośno i pakował się na kolana zawsze wtedy, kiedy nie powinien, ale dziewczyna go bardzo kochała i o żadnym usypianiu nie chciała słyszeć.
– Wilk plagi: tym właśnie jest! – splunęła starsza kobieta, zgromiła Ellen wzrokiem i załamała rozjuszona ręce. – Niby jak mam pracować w takich warunkach?
– Ojej – sapnęła przerażona i zmartwiona służka, odpychając swojego kompana trochę bardziej w tył, jakby chciała go osłonić przed gniewem kucharki. – Niech się pani uspokoi, proszę… – jęknęła skruszona i przerażona, wlepiając w nią pełne nadziei spojrzenie.
– Dość tego! – ryknęła Niania i Ellen dałaby sobie głowę uciąć, że gdyby w zasięgu jej rąk był stół, rąbnęłaby w niego pięścią dla podkreślenia swoich słów. – Odchodzę. Przekażcie to teyrnie. Będę gotować w majątku jakiegoś miłego banna.
Dziewczyna z satysfakcją pomyślała, że po tygodniu spędzonym z kucharką bann wcale już taki miły by nie był.
– Nianiu, proszę! – jęknął sir Gilmore i tym razem to on załamał ręce, nie mając już siły do starszej kobiety.
Ellen jakoś nie przeszkadzało, że to gwardzista próbuje ratować sytuację, nie miała ochoty kłócić się z dawną piastunką. To było niezdrowe.
– Schwytamy tego psa. Uspokój się! – dodał, spojrzał na nią błagalnie i chyba nieco zmiękła pod ostrzałem uroczych zielonych ocząt.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.
– Po prostu się go pozbądź! – warknęła, jednak już trochę spuściła z tonu. – Mam i tak dość problemów z regimentem wiecznie głodnych żołnierzy! – dodała groźnie, a sir Gilmore zrobił urażoną minę, jako że i on tym wiecznie głodnym żołnierzem był. – Wy dwaj! – ryknęła z nową siłą na elfy; najwyraźniej na kimś musiała się wyżyć. – Nie stójcie tam jak idioci! Z drogi!
Ellen spojrzała z wdzięcznością na swojego przyjaciela, kiedy kucharka i jej pomocnicy oddalili się od spiżarni, i wypuściła powietrze z płuc. Choć uważano ją za odważną i pewną siebie, czasami lubiła się skulić za kimś i pozwolić, by to on działał.
Sir Gilmore uśmiechnął się krzywo i wskazał ruchem dłoni zamknięte drzwi, zza których dobiegały ich popiskiwania i szczekanie. Oboje przekroczyli próg, zamknęli przejście i z pełnym przerażeniem spojrzeli na bałagan ścielący się na podłodze.
Jedzenie z półek i z worków w większej mierze zostało wyciągnięte na posadzkę, kilka pomidorów zdeptały olbrzymie łapy, jakiś regał został połamany, lniany materiał w innym kącie podarty pazurami. I wśród tego wszystkiego kroczył z nosem przy ziemi wielki pies, ogar mabari, o złocistym futrze, masywnym podpalanym na czarno pysku i nastawionymi uszami. Sir Gilmore i Ellen zgodnie jęknęli, podczas gdy zwierzę zatrzymało się przed jednym z rogów pomieszczenia i zaczęło obszczekiwać worki z pszenicą.
– Spójrzcie tylko na ten bałagan! – zawołał z przerażonym westchnieniem gwardzista, sunąc wzrokiem po pobojowisku rozciągającym się na podłodze całej spiżarni. – Co ten pies tutaj robi? – spytał oburzony i w tym momencie mabari odwrócił się przodem do przybyłych. >
Jego ogon poruszył się, najpierw powoli, jednak kiedy dostrzegł stojącą obok sir Gilmore'a Ellen, zaczął machać nim błyskawicznie z jednej strony w drugą, zaszczekał wyraźnie podekscytowany i doskoczył do swojej pani, wlepiając w nią mądre brązowe ślepia. Dziewczyna zmarszczyła lekko czoło, widząc, że pies zachowuje się inaczej niż zwykle. Kogo jak kogo, ale zwierzęta rozumiała doskonale.
– Próbujesz mi coś powiedzieć, Shegar? – zwróciła się do swojego ogara ciepłym głosem, pogładziła zaśliniony pysk i przywołała na usta łagodny uśmiech. Na pewno istniał powód, dla którego narobił takiego zamieszania, nie był przecież głupi.
Ogar zaszczekał jeszcze bardziej entuzjastycznie i zaczął kręcić się nerwowo w kółko, jakby chciał coś koniecznie pokazać. Ellen uniosła brwi, śledząc poczynania zwierzęcia wzrokiem, aż wreszcie odezwał się sir Gilmore:
– Rzeczywiście wygląda, jakby chciał ci coś powiedzieć – zgodził się, najwyraźniej również przyglądając się Shegarowi.
W tym momencie oboje usłyszeli ciche piszczenie, bynajmniej nie od strony skaczącego psa, a od strony worków przed chwilą obszczekiwanych przez mabari. Potem rozległ się chrobot i dźwięk, jakby ktoś sunął czymś po kamieniach, czymś gładkim.
– Chwileczkę, słyszysz to? – zaniepokoił się młodzieniec.
Skinęła głową, napinając się. Co mogło się ukryć wśród jedzenia w spiżarni? W pierwszej chwili pomyślała o myszach, jednak Shegar warknął nisko i gardłowo, tuląc uszy i stawiając ogon na sztorc. Zadrżała nieznacznie, widząc, że jej ogar nie bagatelizuje dźwięku, i potoczyła spojrzeniem dokoła. Wtedy to zauważyła. Wielki czarny szczur.
– Uważaj! – zawołała do sir Gilmore'a, kiedy gryzoń ruszył z wyraźnym zamiarem ugryzienia gwardzisty.
Nie była pewna, jakie brudy taka istota przenosi, więc bez wahania, wyuczonym, prawie naturalnym ruchem, wyszarpnęła zza pleców swoje ukochane dwa sztylety i celnym pchnięciem przebiła zwierzę na wylot.
I w tym momencie wyroiło się ich jeszcze więcej. Sir Gilmore jęknął zdumiony, dobył miecza i ściągnął z łopatek tarczę, wyraźnie zastanawiając się, jak jej użyć do walki z tak… niecodziennym przeciwnikiem. Shegar bez oporu rzucił się na gryzonie, wgryzając się masywnymi szczękami w ich grzbiety i z głuchym trzeszczeniem kości łamiąc ich karki. Ellen zacisnęła zęby i poszła w ślady swojego psa, niekoniecznie tak bardzo podobnie jak ogar, bo sztyletami zabrała się do masowego mordu szczurów, po chwili dołączył do niej Gilmore.
Kiedy już myślała, że fala uderzeniowa tych zwierząt się nie skończy, nagle przestały wyskakiwać zza worków i półek, zaległa cisza. Dziewczyna oddychała szybko, jej twarz, nogi, ręce i sztylety zdobiły plamki krwi, również złote futro Shegara poznaczone było szkarłatną mozaiką. Spojrzała na to, co zdołali unieszkodliwić, i z pewną odrazą doliczyła się trzynastu trupów. Szczury były większe od jej stopy, na litość Stwórcy, co one tu robiły? Spojrzała zdenerwowana na sir Gilmore'a; młodzieniec nie wyglądał lepiej, przeniósł na nią zdumiony wzrok, chowając miecz do pochwy. Także ona odłożyła sztylety na ich prawowite miejsce – czyli do osłonek przyczepionych na jej plecach.
– Ogromne szczury? – wypowiedział na głos zaniepokojone myśli Ellen. – Przypomina mi to początek marnych historyjek przygodowych, jakie zwykł mi opowiadać dziadek – stwierdził rozbawiony gwardzista, ocierając opancerzoną dłonią krople krwi z twarzy.
Dziewczyna także spróbowała doprowadzić się do porządku, myśląc, że jej dzisiejszy dzień cały wygląda jak jakaś marna historyjka przygodowa.
– Twój ogar musiał je wytropić. Wygląda na to, że jednak nie chodziło mu o to, by pomyszkować sobie w spiżarni – dodał ugodowo, patrząc przyjaźnie na psa.
Shegar szczeknął podekscytowany, oblizując co chwila pysk, by pozbyć się zalegającej na nim krwi. Ellen przeniosła wzrok na mabari, uśmiechnęła się wesoło i podrapała go za uchem, patrząc zadowolona na szczęśliwe ślepia swojego przyjaciela.
– A więc mój własny pies stawia mnie w niebezpieczeństwie – zauważyła rozbawiona i rzuciła żartobliwie: – Świetnie.
– Wyświadczył nam wielką przysługę, pozbywając się ich na dobre – upomniał ją sir Gilmore, tak na wszelki wypadek, żeby nie pomyślała, by się gniewać na zwierzaka. – Widzę, że masz tu swego mabari, więc mogę zająć się swoimi sprawami – zmienił temat, skłonił się lekko i Ellen z irytacją pomyślała, że on zawsze wyskakuje z takimi dworskimi gestami w najmniej odpowiednich momentach. – Mam przygotować się na przybycie kolejnych ludzi arla – dodał dla wyjaśnienia, uśmiechnął się do niej ciepło i skierował się do wyjścia, poprawiając jeszcze przytroczony do pasa miecz.
Westchnęła ciężko, znów posmyrała Shegara za uchem i wbiła wzrok w wielkie truchła szczurów. Spróbowała sobie przypomnieć, czy wie coś o tej dziwnej odmianie gryzoni, i zmarszczyła w zamyśleniu czoło. Z tego, co jej się zdawało, nie były jakoś wyjątkowo groźne, a raczej obrzydliwe. Choć kto wie, takich wielkich siekaczy nikt nie powinien lekceważyć.
Skierowała się wraz z Shegarem u boku do wyjścia ze spiżarni, otworzyła drzwi, przekroczyła próg i chwilę miała nadzieję, że Niania jej nie zauważy i razem z psem zdołają przemknąć się niepostrzeżenie do wyjścia. Przeliczyła się.
– A oto i on, oblizuje się pewnie po tym, jak zeżarł moją pieczeń! – zawarczała kucharka, zbliżając się sztywnym krokiem do mabari i jego pani.
Ellen westchnęła znowu, spojrzała umęczona na Nianię i podjęła wyzwanie:
– Tak naprawdę to bronił twojej spiżarni przed szczurami – uświadomiła ją uprzejmie, a na wypadek, gdyby nie zrobiło to na niej wrażenia, dodała: – Takimi dużymi. – Uśmiechnęła się przebiegle, patrząc, jak na obliczu staruszki maluje się zastanowienie.
– Szczury? – przeraziła się stojąca nieopodal służka, prawie upuściła trzymany talerz. – Ale nie takie wielkie i szare? – spytała wyraźnie zaniepokojona, a zmieszanie na twarzy Couslandki musiało potwierdzić jej najgorsze obawy. Pisnęła strwożona.
– Stwórco, zjedzą nas żywcem! – zawołał zdruzgotany elf, odkładając trzymanego w dłoniach pomidora i łapiąc się za głowę.
Zaraz wybuchnie panika, pomyślała zirytowana Ellen.
– Widzisz? Wystraszyłaś mi służbę! – dołączyła się do tego Niania i dziewczyna rzuciła jej wściekłe spojrzenie, z całych sił próbując się opanować i nie powiedzieć niczego niemiłego. – Mam nadzieję, że te ohydne stworzenia są już martwe.
– Mój wierny ogar bojowy zadbał o to, by było bezpiecznie – mruknęła znacząco Ellen i położyła dłoń na łbie Shegara w celu podkreślenia, że mówi o tym ogarze bojowym.
– Hmm – zamyśliła się Niania i dziewczyna już wiedziała, że jej następne słowa się jej nie spodobają. Wcale. – Założę się, że to ten pies wpuścił szczury do środka – stwierdziła pewna swojej racji, a Ellen jęknęła cicho.
Ona jest niereformowalna.
Shegar zaskomlił, wlepiając w kucharkę duże, brązowe ślepia i nieśmiało merdając ogonem. Kobieta prychnęła rozjuszona i machnęła ręką tak, jakby chciała coś uciąć.
– Och, nie zaczynaj nawet z tymi smutnymi oczami! – zapiekliła się. – Jestem odporna na ten twój tak zwany urok – zastrzegła jeszcze, jednak ogar się nie poddał, znowu pisnął niczym pokrzywdzone dziecko, nie odrywając wzroku od Niani.
Wreszcie westchnęła zrezygnowana i wzięła ze stołu kawałek mięsa.
– No dobrze, proszę – poddała się, rzucając pożywienie na posadzkę. – Bierz wieprzowinę i nie mów, że Niania nic ci nie daje! – stwierdziła, a uradowany Shegar prawie wciągnął otrzymaną porcję nosem.
Ellen zastanowiła się, czy on to w ogóle pogryzł, jednak jej uwagę odwróciło przeklinanie kucharki:
– Przeklęty pies. Dziękuję, moja pani – zwróciła się do dziewczyny z cierpkim, ale wylewnym jak na nią uśmiechem. – Możemy wreszcie wziąć się do pracy. Wy dwaj, nie stójcie tak! – warknęła na służbę i nagle straciła zainteresowanie Couslandką.
– W nogi – szepnęła do Shegara Ellen, klepnęła go pieszczotliwie w grzbiet i przemknęła błyskawicznie, niczym cień, do drzwi wychodzących na główną drogę.
Wypadła na świeże powietrze jak oparzona, ogar wyskoczył za nią i zamknęła szybko drzwi. Oparła się o deski, odetchnęła głęboko kilka razy, po czym podreptała w drogę powrotną na uliczkę prowadzącą do prywatnych komnat.
Zaniepokoił ją widok jej matki, dwóch szlachciców i służki, którzy zagradzali właśnie drogę do sypialń. Zamarła w pół kroku, szybko przeanalizowała obecną sytuację, a przypomniawszy sobie, że ten chłopak stojący obok drobnej elfki nie ma jeszcze żony, od razu podjęła decyzję. Fergus trochę poczeka, nie spieszy mu się zapewne, a biblioteka to bardzo ciekawe miejsce. Ciekawsze niż wysłuchiwanie pustych komplementów.
Schowała się za rogiem ściany, poczekała, aż rozmowa znowu zacznie toczyć się bardzo ożywiona, by mieć pewność, że jej nie zauważą, skinęła głową na Shegara i westchnęła, kiedy pies przytruchtał do niej z wyrazem niezrozumienia na pysku.
– Biegnij pod bibliotekę – rozkazała półgłosem, rzuciła mu naglące spojrzenie i mabari wreszcie zrozumiał, że to bardzo ważne.
Pisnął radośnie, podwinął ogon, stulił uszy i przemknął się niczym złodziej pod same drzwi. Dopiero tam wywalił wesoło jęzor i popatrzył wyczekująco na swoją panią.
Śmignęła w przejściu niczym błyskawica, zaledwie ułamki sekund pozostając na widoku, po czym ukryła się za kolejnym rogiem – już bezpieczna. Jeden z wartowników spojrzał na nią zdumiony, więc wyszczerzyła do niego zęby w uśmiechu i dołączyła do Shegara.
W bibliotece jak zawsze panowała cisza, wszędzie gdzie okiem sięgnąć stały półki z książkami, księgi i woluminy walały się nawet na podłodze, a naprzeciw drzwi płonęło radośnie palenisko. Trudno utrzymywało się ciepło w kamiennej posiadłości, dlatego prawie w każdej sali znajdowało się jedno ognisko. Po lewej stronie od wejścia widać było jeszcze jedne drzwi i w pierwszej chwili Ellen nie pomyślała, by tam się schować, a w drugiej było za późno, bo brat Aldous pouczający właśnie dwóch smyków ją zauważył.
Sędziwy starzec skinął na dziewczynę dłonią, żeby podeszła, ona skrzywiła się nieznacznie i bez szemrania wykonała polecenie, podchwytując rozbawione spojrzenie bibliotekarza stojącego nieopodal niej.
– Witaj, moja droga. Tak się składa, że zaczynam właśnie uczyć tych młodych giermków historii twego rodu – przywitał się wyraźnie uradowany widokiem dawnej uczennicy, a Couslandka uśmiechnęła się rozbawiona, widząc zbolałą minę maluchów.
– Musimy? – jęknął jeden z nich z czarną czupryną. – Historia jest nudna! – poskarżył się tonem obrażonego dziecka i Ellen przypomniała sobie, że kiedyś jej twarz miała taki sam wyraz, gdy słyszała w korytarzu kroki starca.
– Chłopcy, mówicie o Couslandach… – upomniał ich Aldous, kręcąc z oburzeniem głową. – Rodzie, w którego zamku wszyscy mieszkacie! – dodał i machnął ręką, wskazując całą salę, jakby to właśnie tu mieszkali. – Okażcie trochę szacunku!
– Nie ma sprawy – uspokoiła go rozbawiona dziewczyna, patrząc z wesołym uśmiechem na nieszczęsnych uczniów. – Historia rzeczywiście jest nudna – poparła ich jeszcze, unosząc bezradnie ramiona.
Co zrobić, kiedy taka prawda?
– Widzę, że nic a nic się nie zmieniłaś – stwierdził pogodnie Aldous. Wyglądało na to, że rozmowa z Ellen sprawiała mu przyjemność. – Może warto byłoby przyłączyć się do naszej lekcji? – zaproponował z prawie namacalną nadzieją, a Couslandka rozejrzała się nieco bezradnie dokoła.
Z jednej strony widmo nudnych wykładów uczonego, z drugiej grupa szlachciców dyskutująca o tym kogo, kiedy i gdzie dziewczyna poślubi. I jak, no i oczywiście należy rozważyć względy nocy poślubnej… Wzdrygnęła się, skrzywiła się brzydko i spojrzała z wdzięcznością na Aldusa. Woli historię.
– Oczywiście. Uczynię to z radością – powiedziała zgodnie z prawdą, a oblicze starca momentalnie się rozjaśniło.
– Wspaniale! – ucieszył się i Ellen przez chwilę miała wrażenie, że z tego szczęścia zaklaszcze w dłonie. – Historia Couslandów jest długa. Od czego zaczniemy? – spytał już bardziej opanowany i dziewczyna zamyśliła się.
– Kiedy nasz ród został założony? – mruknęła pierwsze pytanie, jakie jej przyszło na myśl.
W odmętach swojego umysłu nie mogła dogrzebać się żadnej konkretnej daty, było tam tylko przekonanie, że ród został założony. Czego niezbitym dowodem była.
– Archiwa nie są w tej sprawie precyzyjne, ale wiadomo, że Couslandowie zostali teyrnami podczas Czarnego Wieku – zaczął wywód Aldous i Ellen zadowolona pomyślała, że jednak nie jest taka głupia z historii. I ten Czarny Wiek z czymś jej się skojarzył. – Brzmi znajomo, moje dziecko? – No tak, żadna siła nie powstrzyma starca od przepytywania uczniów.
– W okresie zarazy likantropijnej? – podsunęła dość niepewnie, bo tylko to określenie jej się nasuwało.
Pamiętała, że lubiła ten okres, z uwagą śledziła poczynania wilkołaków i ich taktykę; w istocie były dla niej tylko fantastycznymi stworzeniami, które nie istnieją, tak samo jak gryfy czy smoki.
– Dobrze! Cieszę się, że zapamiętałaś coś z moich lekcji – pochwalił ją Aldous, odchrząknął i kontynuował wywód: – W tamtych czasach twoja rodzina dzierżyła tylko mało znaczący tytuł banna. Gdy wilkołaki dotarły na te tereny, bann Mather Cousland wprowadził w mieście godzinę policyjną i zorganizował patrole. Kilku miejscowych bannów wspierało jego wysiłki, składając przysięgę lojalności i czyniąc go swoim teyrnem.
– A więc nasz ród powstał przed powołaniem do życia królestwa, tak? – spytała, bo właściwie to się rozumiało samo przez się.
Chyba tylko chęć zabłyśnięcia skromną wiedzą sprawiła, że przerwała starcowi i wtrąciła swoje trzy grosze.
– Cieszę się, że choć część moich lekcji nie zniknęła w otchłani ziejącej między twymi uszami, młoda damo – mruknął złośliwie Aldous, a Ellen uśmiechnęła się szeroko, słysząc przesympatyczne określenie, jakim obdarzono jej nieszczęsny mózg.
– Robię co w mojej mocy – zapewniła wesoło starca, posyłając mu rozbawione spojrzenie.
Przywykła już do tych jego zaczepek, niegdyś często słyszała podobne sformułowania wobec jej inteligencji.
– Wygląda więc na to, że już do końca wykorzystałaś swój potencjał. Szkoda – podsumował ją Aldous, a ona zachichotała, przekrzywiając z wdziękiem głowę. – Tak czy siak, twoja rodzina kontrolowała teyrnir Wysokoże od czasów poprzedzających zjednoczenie Fereldenu przez króla Kalenhada. Prawda jest taka, że teyrna Elethea Cousland walczyła przeciwko Kalenhadowi o zachowanie przez Wysokoże niezależności.
– Sprzeciwiliśmy się królowi? – wyrwało się jej z niedowierzaniem, bo jakoś nie mogła sobie wyobrazić, by jej ojciec tupnął nogą, zrobił oburzoną minę i powiedział kapryśnie: "nie dam wojsk Cailanowi!".
– Dzisiaj Couslandowie są żarliwymi rojalistami, ale w tamtym okresie Kalenhad nie był powszechnie znany, a wielu uważało go wręcz za człowieka niebezpiecznego – wytłumaczył usłużnie. – Gdy armia Kalenhada dotarła do Wysokoża, teyrna Elethea poprowadziła przeciwko niej miejscowych bannów. Kalenhad oczywiście zwyciężył.
– I pozwolił nam zatrzymać teyrnir? – spytała ostrożnie, choć wydawało się to głupie. Przecież należy do rodziny teyrna, stoi w bibliotece ich posiadłości i jeszcze pyta, czy to się dzieje naprawdę!
– Kalenhad nie pragnął podboju Fereldenu, tylko jego zjednoczenia. Po tym, jak żołnierze Elethei zostali pokonani, Kalenhad poprosił ją, by przysięgła mu lojalność. – Starzec na chwilę zamilkł, zastanowił się i kontynuował: – Głaz, przy którym pertraktowali, po dziś dzień stanowi pamiątkę tamtego wydarzenia.
Ellen skinęła głową i zamyśliła się. Nieświadomie powróciła we wspomnieniach do rozmowy sprzed jakichś dwóch godzin, do zachowania Howe'a i życzliwości ojca względem arla Amarantu. Może to ich wzajemne traktowanie się wynika z historii?
– Opowiedz o naszych stosunkach z arlem Howe – poprosiła i sama zaskoczyła się nutką przejęcia i zainteresowania w głosie.
Na gacie Andrasty, naprawdę zaczęła się interesować polityką?!
– Rody Couslandów i Howe'ów maja wspólną przeszłość sięgającą czasów orlesiańskiej okupacji.
– Kiedy Orlesianie okupowali Wysokoże? – spytała od razu, chcąc jak najwięcej wyciągnąć z Aldousa.
– Za rządów twojego dziadka. Oczywiście mieli poważne problemy z utrzymaniem tych ziem. Podczas powstania przeciwko Orlesianom w pobliżu Wysokoża stoczono kilka bitew. Portowa wioska, Bród Harpera, była stolicą teyrniru. Jej arl nazywał się Terleton Howe. Choć miał blisko dziewięćdziesięciu lat, wciąż był bystry i zawzięty. Twój dziadek otwarcie wspierał powstanie, podczas gdy ród Howe opowiedział się po stronie Orlesian. – Ellen właściwie nie poczuła zdziwienia. Już z twarzy Rendona można wyczytać, że posunąłby się prędzej do zdrady ojczyzny niż do stracenia wpływów. – Zanim wszystko dobiegło końca, twoja rodzina zmuszona była zająć Bród Harpera.
Dziewczyna przetrawiła uzyskane informacje, wygrzebała z pamięci jeszcze kilka szczegółów i zmontowała w swoim umyśle zarys sytuacji politycznej w tamtych czasach. Ugryzła sprawę z każdej strony; gospodarczej, militarnej, kulturowej, potem westchnęła i skinęła poważnie głową.
– To niefortunne, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na utratę Brodu Harpera – stwierdziła spokojnie i znów zdumiała się, że wyciągnęła takie wnioski i tak głęboko przeanalizowała wszystko.
To chyba wpływ ciężkiego dnia, nic więcej.
– Zgadza się. To z kolei, jak pewnie się domyślasz, doprowadziło do rozdźwięku pomiędzy oboma rodami. Howe przyłączyli się w końcu do powstania, gdy cały Ferelden zjednoczył się pod przywództwem króla Marica i generała Loghaina. Tak jak teraz jesteśmy zjednoczeni pod wodzą króla Cailana, syna Marica, w walce z mrocznymi pomiotami.
– Czas chyba zakończyć lekcję – rzuciła po chwili milczenia Ellen, uznawszy, że na dzisiaj ma dość, a jak tak dalej pójdzie, Fergus nigdy się nie dowie, że wyrusza bez ojca.
– Dziękuję, że sprawiłaś przyjemność staremu człowiekowi – mruknął z uznaniem Aldous i skłonił się lekko dziewczynie.
Uśmiechnęła się pogodnie i spojrzała rozbawiona na śpiącego przy palenisku Shegara. Biedak, on jeszcze gorzej znosił lekcje historii.
– Ech! – westchnął młody giermek i dopiero wtedy Ellen sobie przypomniała, że to był wykład dla maluchów, nie dla niej. – To znaczy, że teraz ciebie będziemy musieli słuchać?
– Cisza! – huknął Aldous i dziewczyna cofnęła się o krok, tak dla bezpieczeństwa. – Nie pozwolę, byście zamienili się w przemądrzałych chuliganów! – zagroził, pomachał im złowieszczo palcem przed nosami, a dzieciaki momentalnie skoczyły do pozostawionych na ziemi książek i wróciły do lektury. – Powinnaś już iść – zwrócił się do Ellen o wiele łagodniej. – Nie warto ich jeszcze bardziej rozpraszać. Ja tymczasem sobie tutaj usiądę i… – Następne słowa starca były niezrozumiałe, zaczął coś mamrotać pod nosem, więc dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, cmoknęła na psa i ruszyła do wyjścia.
Shegar nastawił jedno ucho, zamruczał z rozkoszy, gdy się przeciągnął, i doskoczył do swojej pani, zrównując z nią krok. Wyszli razem z biblioteki, Couslandka z niejaką ulgą zamknęła drzwi i podążyła do swojego celu. Miała tylko nadzieję, że tym razem nikt jej nie zatrzyma na tak długo.
|