Dragon Age

Cuda Thedas

Pierwszy Fragment z Dragon Age: Rozłam

Dodano: 06 grudnia 2011 21:19 | autor: roelka

Jestem Duchem Wieży.

Ta nieprzyjemna myśli raz po raz przewijała się przez umysł Cola.

Mówi się, że duchy nie istnieją, że zmarli nie przechadzają się wśród żywych, ale mimo to, wielu ludzi wierzy w ich istnienie. Wierzą, że zmarły może zabłądzić w drodze do Stwórcy i przez wieki dryfować wśród zacienionych mórz.

Cole nie był martwy.
Nie istniał, ale mimo to równocześnie przebywał wśród żywych.

Pewnego razu udało mu się podsłuchać rozmowę magów, którzy mówili o nim, nie mając nawet pojęcia o jego obecności. Odnalazł ich późną nocą, ukrytych w jednym z ciemnych korytarzy wielkiej Białej Wieży, w której można było natknąć się na wiele tajemnych miejsc, dających chwilowe schronienie magom, chcącym uciec od podejrzliwego spojrzenia wiecznie czujnych templariuszy. Cole znał je wszystkie.
O wiele mniej wiedział na temat samych magów. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że podjęli wielkie ryzyko wymykając się ze swoich komnat. Niewielu templariuszy było przychylnych magom, większość uważała, że magowie bezustannie rozprawiają o możliwych sposobach zesłania na świat niewyobrażalnych koszmarów... podczas gdy prawda była zazwyczaj bardziej banalna. Tematem większości rozmów były plotki. Magowie szeptem dzielili się swoimi tajemnicami, czasem niewinnie rozmawiali o romantycznych ekscesach innych. Innymi razy rozmowa schodziła na poważniejsze tory, na temat prawd, o których wiedzieli wszyscy, a których mimo to nie można było wspomnieć na głos. Czasem Cole wpadał na magów, którzy spotykali się ze sobą z potrzebny romansu. Widział ich ciała splecione razem w desperackim akcie intymności, będącym wykradzioną z ich codzienności chwilą.

Zupełnym przypadkiem natrafił na tę, rozmawiającą o nim parę - zatrzymał się, gdy jej przytłumione szepty dotarły do jego uszu. Jedną z osób była brzydka kobieta z długimi włosami koloru słomy, drugą szczupły elf.
Znał ich oboje, lecz tylko z widzenia. Byli to starsi uczniowie, tacy, którzy nie mają większego talentu magicznego i zdecydowanie zbyt dużo czasu stracili na przygotowania do nieuniknionego. Wkrótce zostaną wezwani przez templariuszy na swój ostatni test i Cole już nigdy więcej ich nie zobaczy lub... dostrzeże ich wśród grupy pozbawionych emocji Wyciszonych, obdartych ze swoich umiejętności i skazanych na dożywotnią, pasywną służbę u swoich oprawców. Cole pamiętał przerażenie w ich oczach. Brzydka kobieta miała siniak na policzku, jego fioletowe zabarwienie zaczęło zanikać powoli. Ze swojej kryjówki para, wzdrygając się na każdy najcichszy dźwięk, wypatrywała wszelkich znaków, wskazujących na zbliżający się patrol strażników. Nawet przemykający obok nich szczur spowodował, że podskoczyli, choć wciąż nie ruszali się z miejsca.

Mimo całej swojej czujności, nie udało im się zauważyć zbliżającego się do nich Cola. Nie spodziewał się innej reakcji. Stanął tuż obok nich, przysuwając się, by móc podsłuchać ich rozmowę.
"Mówię ci, widziałam to" - przekonywała kobieta głosem drżącym z zachwytu - "Przechodziłam niższym korytarzem szukając książki dla Zaklinacza Garlena i to tam było". "Duch?" - elfi chłopak nawet nie próbował ukryć swojego niedowierzania.
"Och, więc smoki mogą istnieć, ale duchy już nie?" - zapytała oburzona - "Zakon nie wie wszystkiego! W Pustce istnieją rzeczy, o który nawet nie mogą... "
"To mógł być demon."
Kobieta zamilkła, jej twarz pobladła od nagłego strachu. "Ale... nie próbował ze mną rozmawiać. Nie sądzę, żeby w ogóle mnie widział. Pomyślałam, że być może to tylko zagubiony gość, ale kiedy zaczęłam go śledzić po prostu zniknął."
Elf zmarszczył brwi, głos obniżył do szeptu, który trudno było Colowi dosłyszeć. "Wiesz dobrze, czego nas uczą. Kiedy przybywa demon, to na początku wydaje się niegroźny. Stanie się czymś, co zaczyna cię ciekawić, a dopiero później zsyła swoją korupcję...".
Kobieta uporczywie wpatrywała się, zaciskając ze zmartwienia usta. Patrzyła wprost na Cola, w którego głowie pojawiła się pojedyncza myśl: Czy naprawdę mnie widziała?

Elf westchnął i przytulił ją mocno. Szepcząc słowa pocieszenia mówił, że nie miał niczego złego na myśli, że chciał ją tylko ostrzec. Być może miała rację. Kobieta przytaknęła sztywno, z trudem zatrzymując łzy. "Jak wyglądał?" - zapytał w końcu.
"Żartujesz ze mnie."
"Nie, naprawdę chcę wiedzieć. Może to był tylko templariusz?"
"Myślisz, że nie rozpoznałabym każdego templariusza w tej wieży? Niektórych znam nawet lepiej niż bym chciała." Dotknęła siniaka na swoim policzku, elf skrzywił się, lecz nie powiedział nic. "Nie, nie miał na sobie zbroi ani szat. Wyglądał jak zwykły mężczyzna, nie starszy od ciebie. Kudłate włosy, chyba jasne? Nosił skóry, którym na pierwszy rzut oka przydałoby się porządne czyszczenie. Inni również go widzieli, ich opisy są podobnego do mojego."
"Może był to jeden z mężczyzn pracujących w tunelach."
"Kiedy ostatni raz widziałeś kogokolwiek, kto tutaj pracował?"
Chłopak niepewnie wzruszył tylko ramionami. "Wiem, po prostu..."
"Byłam tak blisko, że widziałam jego oczy" - kobieta skrzywiła się próbując wysilić pamięć - "Był taki smutny, jakby czuł się tu zagubiony. Wyobrażasz sobie?" Zadrżała lekko, a chłopak uśmiechnął się pocieszająco.
"Więc tak wygląda niesławny Duch z Wieży. Inni poczują się zazdrośni."
W odpowiedzi uśmiechnęła się lekko."Chyba nie powinniśmy nikomu nic mówić."
"Zapewne nie."

Przez chwilę jeszcze siedzieli w swojej kryjówce, Cole również pozostał przy nich. Miał nadzieję, że znów podejmą rozmowę na temat tego, co widziała kobieta, niestety milczeli. W ciemności trzymali się za dłonie i słuchali roznoszącego się po korytarzach dźwięku pieśni, dochodzącego z kaplicy znajdującej się ponad nimi. Po zakończeniu północnych obrzędów w wieży zaległa cisza i para niechętnie powróciła do swoich komnat.

Cole nie mógł pójść za nimi. Usiadł w opuszczonym przez nich miejscu wsłuchując się w ciszę. Wiedział, że nie jest demonem. Nigdy nawet żadnego nie widział, ani z żadnym nie rozmawiał. Nie było raczej możliwe, żeby ktoś był demonem nie widząc o tym. Czy mógł być duchem? Tego nie był już taki pewien.

Pamiętał, kiedy po raz pierwszy przybył do wieży. Jak każdego innego maga, tak i jego, przerażonego, wciągnęły weń twarde dłonie templariuszy. Nie miał pojęcia gdzie znajduje się to dziwne miejsce, ani nawet jak długa była do niego droga. Przez większość podróży miał zasłonięte oczy lub był nieprzytomny, a ci, którzy go pojmali, pozostawali niewzruszeni na jego prośby o wyjaśnienie. Równie dobrze mogli prowadzić go na śmierć.

Pamiętał, jak wepchnięto go do ciemnego korytarza, pustego prócz kilkorga uczniów, którzy czym prędzej schodzili mu z drogi. Większość z nich unikała jego wzroku, co tylko wzmocniło strach Cola. Zaprowadzono go do lochu, czarnej dziury, w której do końca życia miał pokutować za karę bycia magiem. Templariusze, gdy już musieli się do niego odzywać, wymawiali ten tytuł szorstkim, brzydkim tonem głosu.

Mag.

Zanim nastał ten dzień, Cole nigdy nie użyłby w stosunku do siebie tej nazwy. Było to coś, co jedynie słyszał z ust kapłanów, wypatrujących tych, którzy zostali przeklęci przez Stwórcę.

Tym właśnie teraz był.
Przeklętym.

Wrzucili go do celi. Leżał pojękując na wilgotnej, kamiennej podłodze. Spodziewał się, że go pobiją. Zamiast tego drzwi celi zatrzasnęły się z hukiem. Początkowo Cole odetchnął z ulgą, ale jak tylko tamci odeszli, uczucie ulgi wyparowało. Pozostawili go w ciemności samego, jedynie w towarzystwie szczurów. Stworzenia przebiegały wokół niego, podgryzając ostrymi jak ostrza zębami. Próbował odsuwać się od nich, ale nie miał żadnej drogi ucieczki, nic poza skuleniem się w sobie i modlitwą.

Wtedy, w ciemności i w pustce, modlił się o śmierć. Wszystko byłoby lepsze od czekania na powrót templariuszy i zastanawiania się, jakież to nowe cierpienia na niego ześlą. Kapłani mówili, że magowie przyciągają demony, które przemieniają ich w potworne plugawce ale Cole nie mógł wyobrazić sobie niczego bardziej strasznego od templariuszy. Nawet pomimo mocno zaciśniętych powiek, nie mógł przestać widzieć ich obojętnego spojrzenia.

Nie chciał być magiem. Nie chciał wiedzieć w jaki sposób zostaje się magiem, nie uznawał magii za coś wspaniałego. Gorąco modlił się do Stwórcy, błagając go o wybawienie. Modlił się tak długo, aż głos zachrypł mu całkowicie, modlił się prosząc, by templariusze zapomnieli o jego istnieniu.

Dostał dokładnie to, o co prosił. Templariusze zapomnieli.

Być może umarł w zapomnieniu i ciemnościach. Być może tak właśnie rodzą się duchy: powstając z dusz tych, którzy nie potrafili zaakceptować swojego odejścia. W takim stanie pozostają, kurczowo trzymając się życia, które ich odrzuciło.

Cole zacisnął mocno oczy. Stwórco - pomyślał - jeśli jestem martwy, daj mi jakiś znak. Czy nie chcesz mnie u swojego boku, tak jak mówili kapłani? Nie zostawiaj mnie tutaj.

Nie dostał żadnej odpowiedzi. Jak zwykle.

Ale jeśli był martwy, to dlaczego wciąż sypiał? Dlaczego odczuwał głód, oddychał i pocił się? Martwi ludzie nie robią ani nie potrzebują żadnej z tych rzeczy. Nie ważne, jak go nazywano - nie był duchem ani demonem. Ale to wciąż nie znaczyło, że był prawdziwy.

Wysoko nad nim Biała Wieża tętniła życiem. Było w niej wiele pięter, wypełnionych przestrzenią i rozświetlonych blaskiem słońca. Cole rzadko tam zaglądał. Lepiej czuł się na dole, pośród rzeczy również zapomnianych przez templariuszy i pośród tych, o których chcieli zapomnieć. Wieża sięgała daleko w głąb ziemi i te głębiny uważał za swój dom. Kilka pierwszych, niższych pięter wieży wyglądało niewinnie. Były tam magazyny z żywnością i zbrojownie, przestronne komnaty wypełnione po brzegi ekwipunkiem wystarczającym do wyposażenia armii templariuszy. Poniżej znajdowały się archiwa - kolejne pokoje wypełnione książkami, dla których nie znaleziono miejsca w bibliotekach.

Były to książki na temat magii, muzyki i filozofii, książki napisane w obcych językach, a nawet księgi zakazane, które trzymano pod kluczem. Zazwyczaj archiwa były puste, ale od czasu do czasu Cole spotykał w nich maga, który w świetle świec spędzał na czytaniu długie godziny. On sam nigdy nie rozumiał, co innych tak bardzo ciekawiło w słowach i obrazkach. Dla Cola książki były jedynie starym papierem.

Zdecydowanie bardziej interesujące były piętra poniżej archiwów. Najstarsza część wieży była nazywana "Jamą" i prócz Cola niewielu decydowało się na podróż w głębiny. Znajdowały się tam zatopione korytarze, zapieczętowane od dawna za ścianą z cegieł i rozsypujące się z zaniedbania. Chwiejne schody prowadziły do starożytnych magazynów, niektórych pełnych jedynie kurzu, a także innych pomieszczeń, w których ukryto tajemniczo wyglądające relikwie. Było tam również wielkie mauzoleum, stanowiące cichy testament zmarłych przed setkami lat templariuszy, blade posągi zapomnianych bohaterów, górujące nad marmurowymi trumnami. Cole odnalazł tajemne skrytki przeznaczone na skarby, których właściciele dawno już zniknęli z powierzchni ziemi. Podążał krętymi, mrocznymi tunelami, których część zawaliła się, a inne być może prowadziły do miejskich kanałów ściekowych. Czy ktokolwiek, tam na górze, wiedział o nich?

Cole poznał każdy zakątek Jamy, prócz miejsca, które znajdowało się w jej sercu. Znajdowały się tam lochy, setki i tysiące cel rozmieszczonych na wielu piętrach. Było ich więcej, niż życzyliby sobie templariusze i zdecydowanie więcej, niż kiedykolwiek mogliby wykorzystać. Najstarsze z nich były wypełnione jedynie cichym echem dawnych katuszy, pozostawionym niczym niezniszczalny znak wyryty w kamieniu. Na samą myśli o nich cierpła mu skóra. Cole unikał lochów, udając się tam jedynie, gdy naprawdę musiał. Gdy potrzebował.

Tak jak teraz.

W lochach nie korzystano z pochodni. Zamiast nich w szklanych lampach umieszczano lśniące kamienie, drgające niczym płomień, lecz rzucające zimne, niebieskie światło. Magia - wiedział o tym dobrze, czując jak jej szept pieści jego skórę, gdy przechodził obok nich. Niewiele z lamp było używanych, w zasadzie tyle, by wystarczyło, żeby strażnicy mogli dostrzec swe stopy.

Dawniej istniało wejście - przerażający odcinek korytarza z krzyżowym sklepieniem i wieloma żelaznymi bramami, które można było zamknąć w jednej chwili. Każdy złapany pomiędzy nimi zostałby rozszarpany przez ostrza, wylatujące z ciemnych dziur umieszczonych w ścianach. Cole wzdrygnął się przechodząc przez bramy. Nie była to jedyna śmiertelna pułapka ukryta w lochach. Templariusze woleli, gdy ich więźniowie ginęli niż uciekali, a stare, wypalone na ścianach znaki opowiadały historie tych, którzy mimo wszystko próbowali.

Po drugiej stronie korytarza znajdowało się stanowisko straży, prosty pokój z małym stołem i paroma krzesłami. Cole dostrzegł otwartą butelkę wina, dwa wypełnione do połowy kielichy i talerze z zimnymi resztkami kolacji. Na wieszaku wisiał płaszcz, na ziemi pod nim stały dwa zabrudzone hełmy. Strażników nie było, ale wewnętrzne drzwi były otwarte. Musieli być w środku.

Cole z wahaniem wszedł do więzienia. Smród strachu, dawnego i nowego, natychmiast zaatakował jego nozdrza. Cele były często używane. Nie miał pojęcia ilu więźniów było obecnie w nich zamkniętych, ale wiedział o przynajmniej jednym. Z głębi korytarza dochodził go odgłos przesiąkniętego strachem pojękiwania.

Słychać było również śmiech, towarzyszący rozmowie dwóch mężczyzn. Echo roznosiło ich głosy. Cole skradał się, aż w końcu dostrzegł pierwszy blask niebieskiego światła. Dwóch uzbrojonych templariuszy stało przed otwartą celą, jeden z nich trzymał lampę. Żaden z nich nie miał na sobie hełmu, więc od razu ich rozpoznał - nie znał ich imion, ale dobrze wiedział, że tych dwóch było bezwzględnymi łowcami, templariuszami, którzy byli w służbie Zakonu od tak wielu lat, że posiadane przez nich współczucie już dawno zamieniło się w proch.

"Ostrożnie" - powiedział Trzymający Lampę - "Ta wie, jak przywołać ogień".
Ten drugi, którego Cole nazwał Wielkim Nosem, prychnął pogardliwie. "Chciałbym zobaczyć jak próbuje."

Postać w celi jęknęła. Trzymający Lampę wywrócił oczami i odwrócił się. "Nie martwiłbym się. Gdy ją łapaliśmy, walki nie było zbyt wiele. Teraz jest jeszcze mniej."

"Huh. Myślisz, że przetrwa?"

"Prawdopodobnie dla niej będzie lepiej, jeśli nie". Gdy desperackie jęki przybrały na sile, templariusze wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wielki Nos wzruszył ramionami i zamknął drzwi celi, szukając odpowiedniego klucza wśród wielu innych, zawieszonych na dużym pierścieniu. Zamek zatrzasnął się ze złowrogim zgrzytem.

Mężczyźni odwrócili się i ruszyli w kierunku Cola, szepcząc między sobą. Żart, któremu towarzyszył okrutny śmiech. Cole stał w miejscu, nerwowo wstrzymując oddech. Gdy doszli do niego, zrobili to samo co wszyscy: przeszli obok zupełnie nieświadomi jego obecności. Nigdy nie był do końca pewien, choć zawsze spodziewał się, że ktoś go zauważy. Miał nawet nadzieję.

Pierścień kluczy odczepiony z pasa Wielkiego Nosa.

Po chwili już ich nie było. Razem z nimi zniknęła lampa, jedyne źródło światła w więzieniu, które od razu zatonęło w ciemnościach. Cole powoli odetchnął czekając, aż dźwięk kroków templariuszy ucichnie. Wciąż słyszał cichy płacz dochodzący zza drzwi celu. W pobliżu woda kapała na kamienną podłogę z rytmicznym tap-ta-tap. Szczury piszczały, wybiegając spomiędzy murów. Nie słyszał nic z pozostałych cel. Jeśli byli tu inni więźniowie, to zapewne spali.

Powinien się ruszyć. Próbował zmusić swoje stopy do ruchu, ale były jak zamarznięte. Czuł się niematerialnie, jakby był stworzony z cieni, a pierwszy krok sprawiłby, że zagubił by się w nich na zawsze.
Ogarniało go uczucie paniki, serce biło coraz szybciej. Pot spływał z jego twarzy.

Nie teraz - zląkł się - Jeszcze nie!

Cole sięgnął do muru. Przez chwilę obawiał się, że jego dłoń przezeń przeniknie, że potknie się i upadnie... będzie upadał bez końca. W dół i w dół, ostatni krzyk zostałby stłumiony przez czarną otchłań.
Lecz jego dłoń dotknęła kamienia. Błogosławionego, zimnego kamienia. Westchnął i przytulił do muru swoją twarz, pozwalając by chłodna powierzchnia dotknęła jego skóry.

Jego oddech zwolnił. Cały drżał, ale wciąż był prawdziwy.
Jeszcze nie było za późno.

Grzebiąc w kieszeni odszukał mały zwitek materiału. Gdy rozplątał go ostrożnie, pojawił się błękitny blask lśniącego kamienia. Do tego, co miało się wydarzyć, potrzebował światła.

Po kilku próbach odnalazł klucz, którego użył templariusz. Przekręcił go cicho, lecz zamek otworzył się z głośnym kliknięciem. Wówczas zatrzymał się - płacz dochodzący z wewnątrz celi ucichł nagle. Nie czekając by sprawdzić, czy hałas zaalarmował strażników, Cole otworzył drzwi i wszedł do środka.

Światło kamienia rozświetliło malutką celę, wypełnioną brudem. Była pusta, prócz jednego wiadra i wciśniętej w kąt dziewczyny, ubranej w zabrudzone szmaty zaplamione krwią. Jej? Czy kogoś innego? Czarne włosy dziewczyny, niczym mokre sznury, spływały po jej ramionach, gdy próbując się chronić zasłaniała twarz rękoma.

Przez długą chwilę Cole przestępował ze stopy na stopę, obserwując dziewczynę. Następnie kucnął, kładąc kamień na podłodze. Światło rozbłysło mocniej sprawiając, że jego cień zatańczył dziko na ścianie. Czuł zapach dziewczyny, nawet pomimo smrodu celi - ciężki pot zmieszany z odorem choroby. Drżała, zapewne obawiając się, że przyszedł ją skrzywdzić. Więc czekał.

Po chwili para zaczerwienionych oczu spojrzała na niego zza zasłony ramion. Była ładna, lub raczej - dawniej była ładna. Teraz wyglądała mizernie, wykończona po wszystkim, co musiała przejść w tym miejscu. Zmrużyła oczy, brak zrozumienia mieszał się ze strachem. Wpatrywała się w Cole'a, a on wpatrywał się z nią.

"Widzisz mnie" - powiedział. W jego głosie słychać było ulgę.

Dziewczyna krzyknęła, jakby ją ktoś uderzył i próbowała odsunąć się od niego najdalej jak tylko mogła. Oddychając szybko, wcisnęła się w kąt celi niczym zastraszone zwierzę. Jej brudne dłonie macały mury, jakby miało to pomóc w ucieczce. Cole poczekał, aż jej desperackie próby straciły na sile i ponownie na niego spojrzała.

"Widzisz mnie" - powtórzył, tym razem z większą pewnością.

"Nie chciałam go spalić." - wyszeptała pomiędzy nierównymi oddechami - "Ogień pochodził z moich dłoni, ale nie wiem nawet dlaczego. To stało się tak szybko, próbowałam ich ostrzec..." Dziewczyna zamknęła oczy, po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Przetarła drżącą dłonią twarz, rozsmarowując po niej brud.

Cole czekał. W końcu jej płacz ucichł i ponownie na niego spojrzała, tym razem ostrożniej. Wciąż klęczał na przeciwko niej, nie ruszając się. Dostrzegł w jej oczach błysk ciekawości.

"Jesteś magiem?" - zapytała - "Powiedzieli, że ktoś taki do mnie przyjdzie".

Zawahał się. "Nie".

"Więc... kim jesteś?"

"Mam na imię Cole."

Nie była to odpowiedź jakiej szukała. Wpatrywała się w niego z oczekiwaniem, ale nie odzywał się. "Ale... jeśli nie jesteś magiem", zapytała w końcu, "To co tutaj robisz? Czego ode mnie chcesz?"

"Przybyłem, ponieważ możesz mnie dostrzec". Spod swojej skórzanej kamizelki wyjął sztylet. Było to ozdobne ostrze z wyszukanymi zdobieniami umieszczonymi na rękojeści, których kształt układał się w głowę smoka. Ostrze zalśniło w niebieskim świetle, a dziewczyna spojrzała na nie z niedowierzaniem. "Poczułem to, gdy cię tutaj przyprowadzili" - mówił - "Wiedziałem, że mnie dostrzeżesz, zanim cię jeszcze poznałem".

Dziewczyna otworzyła buzię, następnie zamknęła ją szybko. Gdy w końcu odezwała się, jej głos był bardzo cichy. "Czy ty... mnie zabijesz?"

"Tak sądzę. Tak."

Jęknęła cicho. "Dlatego, że jestem magiem?"

"Nie, nie o to chodzi."

"Więc... dlaczego? Co ja ci zrobiłam?"

"Nic mi nie zrobiłaś". Emocje w nim wzbierały, uczucie desperacji, które zepchnął głęboko wewnątrz siebie, teraz próbowało się wydostać. Przez chwilę nie mógł zaczerpnąć tchu, oparł głowę na kolanach i zaczął kołysać się lekko. Zastanawiał się czy dziewczyna użyje na nim swojej magii, teraz, gdy miała szansę. Czy przywoła ogień, tak jak ostrzegali templariusze? Jakie byłoby to uczucie? Czy mogłaby go zabić?

Ale ona nie zrobiła nic. Cole walczył o odzyskanie równowagi, biorąc długie i powolne oddechy. Minęła chwila, zanim ponownie spojrzał na dziewczynę. Siedziała w bezruchu. Nie mogła oderwać wzroku od sztyletu i prawdopodobnie w ogóle nie wzięła pod uwagę możliwości obrony przed nim.

"Ja... zanikam" - wymamrotał - "Czuję, jak zaczynam przenikać przez szczeliny. Muszę to zrobić, przepraszam".

"Będę krzyczeć."

Mimo zapewnień, nie zaczęła krzyczeć. Widział, jak ten pomysł zanika wraz z nadejściem świadomości, że krzyk przywołałby jedynie templariuszy. I tylko, jeśliby zdecydowali się tu wrócić. Nawet będąc twarzą w twarz z uzbrojonym mężczyzną, powracający templariusze wydali się jej większym złem. Była to świadomość, którą bardzo dobrze rozumiał. Pokonana, dziewczyna powoli opadła na ziemię.

Cole zbliżył się, jego serce biło jak szalone. Wyciągnął dłoń i dotknął policzka dziewczyny, która nie odsunęła się. "Mogę sprawić, że te uczucia znikną." Słowa były łagodne, uniósł sztylet, by dowieść swojej obietnicy. "Ból, strach. Mogę sprawić, że znikną szybko. Nie musisz czekać tutaj ani zastanawiać się czego więcej się od nich spodziewać."

Badała go wzrokiem. "Czy jesteś demonem?" - zapytała w końcu - "Mówili, że to właśnie może przytrafić się magom. Demon może przyjść i zmienić ich w potwory." Uśmiechnęła się, ten pozbawiony życia grymas pasował do jej martwych oczu. "Ale nie musisz tego robić. Ja już jestem potworem."

Nie odpowiedział.

"Powiedziałam, że nie chciałam go spalić. Tak powiedziałam im. Ale kłamałam." - wyznanie wypłynęło z jej ust jak zimny jad. "Słyszałam jak moja matka, mój ojciec, jak oni wszyscy krzyczeli i nie zrobiłam nic. Chciałam, żeby spłonęli. Cieszę się, że nie żyją".

Jej tajemnica wyszła na jaw, dziewczyna wzięła głęboki oddech i powstrzymała napływające łzy. Spojrzała wyczekująco na Cole, ale on tylko westchnął. "Nie jestem demonem" - powiedział.

"Ale... czym więc jesteś?"

"Zagubionym" Wstał i zaoferował jej swoją dłoń. Dziewczyna zawahała się, ale potem przytaknęła sztywno. Pomógł jej się podnieść. W blasku niebieskiego światła, okrył ich dziwny rodzaj intymności. Cole widział każdy znak na jej skórze, każdą plamę po łzach na jej policzkach, każdy kosmyk włosów.

"Spójrz na mnie."- poprosił.

Zamrugała zmieszana, ale spełniła jego prośbę.

"Nie, spójrz na mnie."

Tak zrobiła. Dziewczyna spojrzała na Cola, spojrzała w niego. Miał zamiar ją zabić i wiedziała o tym. Przemknął przez życie, niezauważany i szybko przez wszystkich zapomniany, ale dla niej, w tej chwili był najważniejszą istotą na świecie. Już wiedziała, czym był. Cole był jej wyzwoleniem, ucieczką ze świata pełnego koszmarów. Dostrzegł w jej oczach ulgę, zmieszaną ze strachem. Poczuł się prawdziwy, gdy w tych oczach dostrzegł swój obraz.

"Dziękuję" - wyszeptał i wbił sztylet w jej pierś.

Dziewczyna jęknęła zaskoczona, ale nie oderwała od niego wzroku. Nacisnął mocniej, wbijając ostrze głębiej w jej serce. Zadrżała, strumień krwi wypłynął z jej ust. Opadła w jego ramiona.

Cole przytulał ją mocno, patrząc w jej oczy. Napawał się każdą sekundą, podczas gdy życie opuszczało jej ciało. Była to chwila, która wydawała się ciągnąć w nieskończoność... aż w końcu już nic po niej nie pozostało.

Drżąc, pozwolił by ciało zsunęło się z sztyletu i opadło ciężko na podłogę. Ledwo zauważał ciepłą krew pokrywającą ostrze, jego dłonie i cały przód jego skórzanego ubrania. Nie mógł przestać patrzeć w jej niewidzące już niczego oczy. Klęknął i zamknął je, pozostawiając na jej powiekach smugi czerwieni. Po chwili osunął się i oparł plecami o ścianę celi. Każdy oddech przychodził z trudem.

Musisz przestać.

Ostatkiem sił oderwał od niej wzrok. Jak zamroczony alkoholem człowiek potknął się, sięgając po lśniący kamień. Szybko zabrał go z podłogi i zawinął w szmaty pozwalając, by celę ponownie pochłonęła błogosławiona ciemność. Oddychał powoli, próbując ponownie przejąć kontrolę nad swoim ciałem.

Już prawie zapomniał, jakie to uczucie być połączonym, jak to jest należeć do świata. Jakaś część jego była pewna, że za moment przybędą templariusze, że cała Biała Wieża nagle zda sobie sprawę z tego kim był - zbiegłym magiem kroczącym pośród nich. Duchem Wieży.

Rzucą się na niego ze swoją magią i mieczami. Przewrócą go na ziemię i ponownie zamkną w celi. Będzie siedział w ciemnościach, dopóki nie przyjdą i nie skończą z nim raz na zawsze. Tym razem o nim nie zapomną. Tym razem drzwi się otworzą i wszyscy zobaczą, jak leży i błaga ich o śmierć.

Lecz nikt nie przyszedł.

Nigdy nikt nie przychodzi.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież